Wyspa kadrów (a nawet dwie)

Musze się Wam przyznać, że plenery fotograficzne na Malcie należą do moich ulubionych. Podoba mi się stolica, z ulicami-schodami na pofałdowanym półwyspie, nastrojowe miasteczka z wysmakowanymi detalami architektonicznymi oraz – przede wszystkim – wyjątkowo fotogeniczne wybrzeża na obu wyspach: Malcie i Gozo. Kraj jest kompaktowy, dzięki czemu wszędzie można sprawnie dojechać, hotele mamy bardzo fajne, a wyłowione z Morza Śródziemnego specjały świetnie się komponują na talerzach i w ustach. Innymi słowy fotograficzna dolce vita 🙂

Nasze plenery tradycyjnie zaczynamy od aglomeracji Valletty. Stolica leży na wysokim półwyspie, a z każdego miejsca można dojść do morza w kilka minut.

Nieczęsto zdarza się, żeby hotel w centrum miasta znajdował się w spacerowej odległości od „dzikiego” wybrzeża:

Samą Vallettę najlepiej smakować wędrując niespiesznie jej zaułkami:

Powyższe zdjęcie przypomina kto ostatnio kolonizował archipelag.

Na wschodnim wybrzeżu Malty leży miasteczko Marsaxlokk, z zatoką, w której bujają się kolorowe łodzie:

Zwykle można tu poobserwować rybaków przy pracy:

Prawdziwą gratką dla fotografów są maltańskie wybrzeża:

Dzikie, skaliste, postrzępione, szczególnego czaru nabierają tuż przed zachodem słońca:

I podczas samego zachodu. Wiosną, kiedy klify porastają kępy kwiatów, jest tu zdecydowanie najpiękniej. Trzeba tylko uważać, żeby w ferworze fotografowania nie zaliczyć upadku, bo w wielu miejscach jest bardzo stromo.

Dawna stolica Malty to Mdina – miasto, w którym od tamtych czasów niewiele się działo. I całe szczęście, bo dzięki temu możemy się tu poczuć jak na planie historycznego filmu:

Drugą główną wyspą archipelagu jest Gozo. Przed przeprawą odwiedzamy jeszcze Czerwoną Wieżę, czyli XVII-wieczną fortyfikację zwaną też Wieżą Świętej Agaty:

To jedna z tzw. Wież Lascarisa, czyli militarnych obiektów obserwacyjnych, które powstały za panowania wielkiego mistrza zakonu maltańskiego, noszącego takie właśnie nazwisko.

Wybrzeża Gozo w niczym nie ustępują maltańskim. Sama wyspa jest zdecydowanie spokojniejsza i mniej zaludniona, co docenią miłośnicy przyrody.

Na północy Gozo najbardziej charakterystyczne są solniska. Wykute w skale baseny liczą sobie już 350 lat. Wybraliśmy się na ich fotografowanie o wschodzie słońca:

Cisza, spokój i te kolory… Dlatego właśnie warto wybierać się na plenery w grupie. Samemu zbyt często nie chce się wstać i potem traci się takie kadry…

Późnym popołudniem odwiedzaliśmy inne wybrzeża Gozo, podziwiając żółte skały, które w tym świetle robiły się jeszcze żółtsze:

I jeszcze jedną Wieżę Lascalisa:

Tradycyjnie na zachód słońca wszyscy pielgrzymują nad morze, a tuż po nim od razu wracają. Właśnie wtedy często jest najlepsze światło i nikt już nie wchodzi w kadr…

Do zobaczenia na Malcie! Zapisy tutaj.

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Inne oblicze Kanarów

Wyspy Kanaryjskie kojarzą się z beztroskimi wakacjami (to dobrze) i wczasowiczami w dużych ilościach (to już trochę mniej dobrze). Bardziej wtajemniczonym kojarzą się też z pięknymi, bardzo różnorodnymi krajobrazami (a to już bardzo dobrze – szczególnie dla tych, którzy lubią te krajobrazy uwieczniać na zdjęciach).

Dzisiaj skupimy się na Gran Canarii – najbardziej urozmaiconej wizualnie wyspie archipelagu. Miałem przyjemność odwiedzić ją „zimą”, kiedy powietrze jest najchłodniejsze i najbardziej przejrzyste. Cudzysłów jest jak najbardziej na miejscu: w styczniu panują tu temperatury między krótkim rękawem a lekką bluzą. Istotny jest fakt, że o tej porze roku większość obiektów obsługujących podróżników normalnie funkcjonuje – to nie północne wybrzeże Morza Śródziemnego, zabijane na zimę dechami.

Gran Canaria, mimo swoich rozmiarów, ma owalny, kompaktowy kształt, dzięki czemu łatwo można ją zwiedzić zatrzymując się na nocleg w jednym albo dwóch miejscach. To świetna informacja dla tych, którzy chcieliby spędzić tu fotograficzny tydzień.

Zróbmy sobie małą wycieczkę po tym miniaturowym kontynencie.

Najciekawszym przyrodniczo miejscem na południowym krańcu wyspy są wydmy Maspalomas:

Piaszczyste wzgórza zajmują obszar ponad 400 ha i – mimo bliskości ośrodków turystycznych – stanowią cenną ostoję przyrody. Do ich fotografowania przyda się teleobiektyw, wycinający z pejzażu najciekawsze kadry (zdjęcie powyżej i poniżej):

Przyda się też szeroki kąt, którym można sfotografować efektowne ripplemarki na pierwszym planie:

Południowe wybrzeże to nie tylko wydmy. Są tu też urocze miejscowości, na czele z Puerto Mogan, gdzie kwitną kwiaty i miłość…

Dzięki autostradzie w kilkadziesiąt minut można dotrzeć na wschodnie wybrzeże, do miejsca zwanego La Garita. Jest tu niewielki przybrzeżny basen, do którego podczas przypływu ocean wtłacza masy wody, tworząc kilkusekundowe kaskady. Warto przybyć na wschód słońca, ale koniecznie trzeba uważać, żeby nie zostać porwanym przez fale:

Dłuższa jazda autostradą doprowadzi na północne wybrzeże. Warto spędzić tu trochę czasu eksplorując co ładniejsze zatoczki. W niektórych można trafić na zielone jeziorka, niezwykle kontrastujące z wodami Atlantyku (i z chmurami, które na szczęście akurat były na niebie podczas naszej wizyty):

W głębi wyspy też jest ciekawie. Wtajemniczeni fotografowie chętnie odwiedzają niewielki wąwóz, który nasuwa skojarzenia z południowym zachodem Stanów Zjednoczonych:

Wyżej w górach przekonujemy się dlaczego warto przylecieć na Gran Canarię na początku roku. Całe zbocza porośnięte są migdałowcami, o tej porze roku obsypanymi białym kwieciem. Te drzewa w porze kwitnienia w przeszłości inspirowały malarzy, w tym samego Van Gogha. Znał się chłop na rzeczy:

I w końcu docieramy na najwyższe szczyty. Symbolem Gran Canarii jest Roque Nublo (1813 m n.p.m.) – drugi najwyższy masyw na wyspie, zwieńczony charakterystycznymi ostańcami:

Korzystna lokalizacja sprawia, że można tu fotografować zarówno o wschodzie, jak i zachodzie słońca. Ten pierwszy ma tę przewagę, że jest tu wówczas zupełnie pusto:

W okolicy szczytu nie brakuje innych motywów, zarówno bliskich…

… jak i dalekich, wśród których króluje budząca się do życia Teneryfa:

To jeszcze jeden atut zimy – latem niska przejrzystość powietrza sprawia, że sąsiadka Gran Canarii jest zwykle niewidoczna.

Teneryfę widać też z Pico de las Nieves (1949 m n.p.m.), najwyższego miejsca na wyspie. Na szczyt wjeżdża się samochodem, a w pobliżu znajduje się punkt widokowy na postrzępione okno skalne, Roque Nublo i właśnie Teneryfę w tle:

I nie tylko na nie:

W górach Gran Canarii jest mnóstwo innych miradores (punktów widokowych), a do większości z nich można wygodnie dojechać. Poniżej kilka kadrów z szeroko pojętych okolic Roque Nublo i Pico de las Nieves:

Na deser wracamy znowu nad ocean, a dokładniej na zachodnie wybrzeże wyspy. Klify są tu najwyższe, a plaże najbardziej fotogeniczne (choć dostanie się do niektórych wymaga sporego zachodu).

Poniżej Playa de Aldea, akurat łatwo dostępna, na której można ćwiczyć rozbryzgi wody na kamieniach:

To jedna z piękniejszych plaż na wyspie. Uchylając rąbka tajemnicy powiem, że w przygotowywanej właśnie wyprawie fotograficznej będziemy tu o zachodzie słońca, czyli w najlepszej porze do robienia zdjęć.

Inne plaże w tych stronach w niczym nie ustępują powyższej:

Skoro już zacząłem to dokończę: fotograficzna wyprawa na Gran Canarię jest w planach i to mocno zaawansowanych. Warto być na bieżąco…

Opublikowano Aktualności | 6 komentarzy

Chodźcieeee! Szybcieeeej!

dav

Kanion Antylopy (a w zasadzie dwa – górny i dolny) w przeszłości znany był tylko żyjącym na tych terenach Nawahom. Później niezwykła gra świateł na czerwonawych skałach zaczęła tu przyciągać fotografów. Dzisiaj miejsce jest tak popularne, że na wejście trzeba się zapisywać z długim wyprzedzeniem, a wąskie pęknięcie w ziemi stało się dla Indian żyłą złota.
Nie ma mowy o żadnej prywatności ani spokojnym kontemplowaniu pejzaży. To nie bezkresne przestrzenie Doliny Śmierci, ani nawet nie Horseshoe Bend w sąsiednim Page. Zwiedzanie przypomina przemieszczanie się w kolejce do kontroli paszportowej – tylko niestety jest znacznie szybsze. Przewodnik naszej grupy szybko nauczył się dwóch słów po polsku i używał ich kiedy tylko ktoś się zatrzymywał żeby zrobić zdjęcie (to te dwa tytułowe słowa).
Na szczęście wprawny fotograf z dobrym refleksem jest w stanie poradzić sobie nawet w takich warunkach. A nasza grupa składała się właśnie z takich osób. Poniżej kilka kadrów z dolnego Kanionu Antylopy:

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Lovely, Asian, Original, Sunny…

Dzisiaj kilka słów o Laosie, śródlądowym kraju na Półwyspie Indochińskim (ta „śródlądowość” to ewenement – wszystkie inne państwa regionu mają dostęp do morza). Piękne krajobrazy, wspaniałe świątynie, kolonialna architektura, świetna kuchnia – zdawać by się mogło, że turyści walą tu drzwiami i oknami. Na szczęście (jeszcze) tak nie jest. Widać to kiedy wędruje się po kraju (z wyjątkiem kilku najbardziej popularnych miejsc) albo studiuje dane statystyczne. Dwa lata temu sektor turystyczny wzbogacił Laos o 2 mld dolarów, podczas gdy sąsiednia Kambodża zarobiła prawie trzy razy więcej, a Tajlandia… czterdzieści razy więcej. To oznacza, że turystyczny boom jest jeszcze przed nami. A to oznacza, że warto tu przyjechać właśnie teraz.

Na Dalekim Wschodzie podaż szybko dostosowuje się do popytu. Jednym z tego przejawów są dogodne połączenia lotnicze na trasach między najważniejszymi ośrodkami turystycznymi. Dzięki temu po zwiedzeniu Angkoru można po kilku godzinach znaleźć się w Luang Prabang – najbardziej zabytkowym mieście Laosu. Już w czasie podchodzenia do lądowania widać, że znaleźliśmy się w innym świecie. Zachodnia Kambodża jest płaska jak stół, a tu za oknami przesuwają się zielone góry i wijący się między nimi Mekong.

Samo Luang Prabang to miasto postkolonialnych rezydencji i watów, czyli buddyjskich świątyń:

Codziennie skoro świt wychodzą z nich mnisi i w tradycyjnym pochodzie przemierzają ulice, a miejscowi nasypują im do misek ryż.

Między szacownymi budowlami rozpycha się targowisko – miejsce, w którym codziennie przewijają się tłumy miejscowych i przyjezdnych:

Przewagę tych drugich widać na tzw. nocnym targowisku u stóp wzgórza Phu Si, gdzie codziennie wieczorem handluje się pamiątkami i lokalnymi wyrobami.

Luang Prabang jest pięknie położone, na wysokim brzegu Mekongu, a okolice miasta w niczym mu krajobrazowo nie ustępują. Świetnym celem wycieczki jest wodospad Tat Kuang Si, szczególnie efektownie prezentujący się pod koniec pory deszczowej:

Ucztą dla oczu jest trasa na południe, do Vang Vieng. Wszechobecna zieleń i dzikie kształty skał nasuwają skojarzenia z chińską doliną Li:

Podziwiając widoki można nieopatrznie wejść klapkiem w… kałużę smoły. Porzuconym obuwiem natychmiast zajmuje się miejscowa brygada renowacyjna:

Samo Vang Vieng ma równie efektowną lokalizację, a usytuowane nad rzeką hotele są świetnym miejscem do obserwacji zachodów słońca:

Między góry z powyższego zdjęcia prowadzi lokalna droga – najwięcej frajdy sprawia przejechanie jej podstawowym laotańskim środkiem transportu, czyli songthaewem:

Jest to duży pick-up z otwartą paką, na której pasażerowie siedzą na ławkach, bokiem do kierunku jazdy.

W dolinie znajdują się pola uprawne, a na nich rolnicy:

Niektórzy bardzo młodzi…

… i pozujący do zdjęć na różne sposoby:

Na niektóre szczyty można wejść. Ścieżka przez dżunglę jest stroma, ale na wierzchołku czekają piękne widoki…

… a także… mini-knajpka, czyli bezcenna lokalna inicjatywa (nikt po wspinaczce nie odmówi schłodzonego napoju).

Kilka godzin jazdy na południe od Vang Vieng położona jest stolica kraju, Wientian, a kawałek dalej – granica z Tajlandią. Przy niej warto znaleźć Buddha Park, czyli park niezwykłych figur, które stworzył tajsko-laotański rzeźbiarz Bunleua Sulilat:

Celem, który mu przyświecał, była synteza dwóch wielkich religii: buddyzmu i hinduizmu.

Buddha Park rozłożył się na brzegu Mekongu:

Tereny po drugiej stronie należą już do Tajlandii. Po przekroczeniu granicy można podjechać na lokalny dworzec kolejowy i bardzo wygodnym nocnym pociągiem potoczyć się do Bangkoku.

Jeżeli chcesz zobaczyć ze mną Laos to zapraszam na listopadową fotoekspedycję. Jej program i szczegóły praktyczne dostępne są na stronie Klubu Podróży Horyzonty.

Opublikowano Aktualności | 1 komentarz

Spotkanie na krawędzi

Na łęgi rogalińskie jeździ się fotografować dęby (albo po prostu wśród nich spacerować). Podczas niedawnego pleneru światło generalnie dopisywało – może z wyjątkiem ostatniego poranka, który był dość mdły. Po rutynowym patrolu między dendrologicznymi monumentami poszedłem do sąsiadującego lasu, zobaczyć czy nie da się tam czegoś skomponować. Nawet się dało, akurat też z dębów:

Za lasem płynie Warta. Blisko rzeki natknąłem się na bobrowe zgryzy. Sądząc po rozmiarach zaatakowanego drzewa, gryzonie miały dużo wiary we własne siły:

Światło nie miało zamiaru się zmienić, więc stanąłem nad rzeką i zacząłem w aparacie przeglądać plony poprzedniego dnia, gdy strzelałem seriami do łabędzi pływających między odbiciami dębów. Długo stałem bez ruchu i nie emitowałem żadnych dźwięków (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Po jakimś czasie w wodzie kilkanaście metrów ode mnie coś zapluskało. Po chwili na tafli pojawiły się dwa wypukłe kształty. Najpierw dość irracjonalnie pomyślałem, że to oczy krokodyla, ale przypomniałem sobie, że fotowyprawę do Etiopii mam dopiero za pół roku. Chwilę później jedno oko wytoczyło się na brzeg i przybrało postać włochatego owalu z płaskim ogonem:

Powyższe zdjęcie powstało nieco później. Za jednym owalem wypełzł drugi i flegmatycznie zaczęły coś sobie robić łapkami. A ja w myślach zrobiłem przegląd tego, co mam na szyi. Miałem supertele, więc było nieźle. Gorzej z czułością. Zgryzy robiłem ze statywu na ISO 100. Musiałem mocno podnieść i przy tym nie wystraszyć moich gospodarzy. Przypomniały mi się wszystkie opowieści o płochliwości bobrów i o tym, że nie sposób ich podejść (tu na szczęście była ta różnica, że to one podeszły). Ruszając tylko palcem i nie patrząc na aparat zacząłem przy nim manipulować. Guzik ISO i pokrętłem pyk. Bobry nic. Znowu pyk. Nic. Pyk pyk pyk. Spokój. Tak doszedłem do pięciu tysięcy (przynajmniej tak wynikało z moich obliczeń) zupełnie ignorowany przez futrzaki. A gdy podniosłem aparat do oka, te majestatycznie zsunęły się do wody.

Pomyślałem, że jest po zabawie, kiedy dwie główki mignęły w wodzie tuż przed moimi oczami:

A po chwili dopłynęły tak blisko, że już bardziej się nie dało:

I wygramoliły na zwaloną kłodę:

Teraz już bez ceregieli zacząłem je fotografować. Ten bardziej rudy szybko mnie zauważył i dłuższy czas przyglądał się z dość zawadiacką miną:

A potem oba odpłynęły, bynajmniej zbytnio nie spłoszone.

Powyższe zdjęcia może nie są najlepszymi portretami bobrów ever, ale frajdy miałem co niemiara…

Opublikowano Aktualności | 2 komentarze

Europejska Antylopa

Kanion Antylopy – a w zasadzie dwa – to jedna z największych (choć nie obszarowo) atrakcji fotograficznych Stanów Zjednoczonych. Jeśli jednak ktoś nie chce wybierać się za ocean, może znaleźć jego odpowiednik… na oceanie. Dokładniej – na Gran Canarii. Kojarzona z wakacyjnym luzem wyspa ma do zaoferowania znacznie więcej niż hotelowe baseny. Krajobrazy są tu tak różnorodne, że można byłoby nimi obdzielić kilka krajów: wydmy, strzeliste klify, kamieniste plaże, piękne góry… A także wąwozy – większe i mniejsze. Do tych ostatnich należy Barranco de las Vacas (co można przetłumaczyć jak Krowi Kanion). Nie jest to żelazny punkt na liście wycieczek, zresztą trudno byłoby się przy nim zatrzymać autokarem: w pobliżu jest tylko jedna niewielka przestrzeń parkingowa. Na dodatek miejsce jest bardzo odludne, a ślady po wybitych szybach na powyższym „parkingu” dają nieco do myślenia.

Barranco znajduje się poniżej szosy – prowadzi doń łatwa ścieżka, a spacer zajmuje najwyżej 15 minut:

Na koniec trzeba przejść przez tunel pod kamienną ścianą (czyli mostem drogowym):

Za nim zaczyna się właściwa część kanionu. Ma wszystkiego może z dwieście metrów długości, ale fotograf nie będzie się tu nudził:

Oprócz szerszych ujęć można bawić się detalami, np. „stopniami”, po których mało kto by wszedł, czy kamienną wstęgą w ścianie:

Kanion kończy się ślepo – trzeba wrócić tą samą drogą. Istnieje duża szansa, że będzie się tu samemu albo w towarzystwie przedstawicieli najbardziej dociekliwej krajoznawczo nacji na naszym kontynencie (w pozytywnym znaczeniu). Wszystkie spotkane na miejscu osoby potrafiłyby tez problemu powiedzieć wierszyk o brzmiącym chrząszczu…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Werbujemy do bandy ;)

Uwaga!!! Wyjęty spod prawa James Dalton ogłasza nabór do bandy wyruszającej na podbój Dzikiego Zachodu. Tylko dla największych śmiałków! Będziemy napadać na dyliżanse, strzelać się z ludźmi szeryfa, urządzać pojedynki rewolwerowców i jeździć na bizonach… No dobra, może z niektórych punktów programu zrezygnujemy, ale na pewno nie odpuścimy robienia zdjęć. Co więcej, zrobimy lepsze niż wszystkie bandziory Dzikiego Zachodu razem wzięte 😉

Zapisy do bandy (tutaj) już trwają. Warto się pospieszyć, bo Dalton zabiera ze sobą tylko nielicznych…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Weekend z dębami

Zapraszam na kolejną już edycję fotograficznych warsztatów w Rogalińskim Parku Krajobrazowym. Wiekowe, rosochate dęby na nadwarciańskich łęgach wyglądają jak przybysze z innych światów. A już na pewno z innych czasów – najstarsze pamiętają bitwę pod Grunwaldem. Świetnie się je fotografuje o każdej porze roku: na przykład zimą można liczyć na krystaliczne, „północne” światło, a przy odrobinie szczęście – na magiczny mroźny poranek, ze słońcem wynurzającym się nad pomarańczową mgłą.

Można też upolować łabędzie przelatujące nad dębem „Orłowilkiem”:

Albo zwariowanego czarodzieja żonglującego świetlistą kulą:

Przy dębach będziemy cztery razy – za każdym razem w innych warunkach oświetleniowych. Oprócz tego czekają nas inne fotograficzne atrakcje.

W Rogalinie spędzimy weekend 22–24 lutego. Zapisy i dodatkowe informacje tutaj.

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Jordańskie łuki

Listopad to świetna pora na odwiedzenie Jordanii. Oczywiście jeżeli jest się fotografem – fotografowie lubią zmienną pogodę i zimne poranki, bo wtedy najwięcej się dzieje i jest najlepsze światło. Zresztą dla plażowiczów to też dobra pora: temperatury nad Morzem Martwym są jak u nas latem.

Dziś mały przekrój jordańskich krajobrazów, z klamrą kompozycyjną w postaci łuku (albo łukiem w postaci klamry, jak kto woli).

W Jordanii tego typu formacji jest całe mnóstwo. Większość stworzyła natura, ale nie wszystkie – przykładem może być antyczny Dżerasz, czyli raj fotografów, gdzie można wszędzie rozstawiać statywy i nikt nie wrzeszczy:

Reszta łuków w dzisiejszym wpisie powstała naturalnie (oprócz jednego). Najbardziej imponujące można znaleźć w Wadi Rum, uważanej za najpiękniejszą pustynię na świecie:

Powyżej skalne okno Kharaz (niestety z ozdobnikiem w postaci beduińskiego namiotu – wcześniej go tu nie było). Poniżej też, tylko z drugiej strony i z innej perspektywy:

Obok znajduje się mniejszy, ale nie mniej malowniczy kamienny most:

Te dwa są najbardziej znane, ale to nie wszystkie łuki skalne w tych okolicach. Kiedy przyjechaliśmy tu drugi raz o świcie, postanowiłem zobaczyć jak wygląda wschód słońca „za górką” (Kharaz ma wystawę zachodnią). Wyglądał świetnie, a po kilkuminutowej wspinaczce na skałę znalazłem na niej takie oto cudo:

Wygląda całkiem imponującą, prawda? W rzeczywistości nie zmieściłaby się w nim dwudziestocentymetrowa linijka, a w miejsce, z którego fotografowałem, żadną miarą nie chciał wejść statyw (zbudowałem podpórkę z kamyków).

Skalne łuki są też w Petrze. Przy odpowiednim kadrowaniu nie różnią się niczym od tych na pustyni:

I jeszcze ten jeden, o którym wspominałem, zbudowany przez człowieka (a raczej wyskrobany w miękkiej skale):

Petra to najczęściej odwiedzana atrakcja Jordanii, ale większość turystów dociera do Skarbca (tego z Indiany Jonesa), ewentualnie przejdzie się kawałek dalej dnem doliny. Świat jaskiń (głównie mieszkalnych i grobowych) zaczyna się ciut wyżej, na jej zboczach, i prawie nikt go nie eksploruje. Grota na zdjęciu stanowiła przejście do wyższych partii wzgórza (ten otwór po lewej) – zupełnie jak w jakiejś grze na Xboksie…

Ostatni łuk (trochę naciągany, bo w zasadzie była to dziura) znalazłem nad Morzem Martwym:

Ten zbiornik mokrej soli to największa depresja na Ziemi (poniżej minus czterysta). Spore partie jego brzegów są kamieniste, co już samo w sobie jest fajne. Do tego kamienie oblane są słonym lukrem, a w mikrogrotach tworzą się solne stalaktyty. Do takiej właśnie groty wsadziłem aparat i metodą prób i błędów zrobiłem zdjęcie (moja pancerna lustrzanka nie ma wywijanego wyświetlacza, bo wtedy byłaby mniej pancerna;). Poniżej „mejking of”:

Et voilà!

Opublikowano Aktualności | 4 komentarze

W krainie uśmiechu

Podczas fotograficznej podróży na Daleki Wschód odwiedziliśmy głównie Kambodżę i Laos. Dzisiaj trochę kadrów z tej pierwszej – na Laos jeszcze przyjdzie czas.

Dotarliśmy tu z Bangkoku, dokąd najłatwiej dolecieć z Europy. Było trochę czasu na eksplorację miasta, a wieczorne oberwanie chmury przypomniało nam, że tropikalny monsun jeszcze się nie skończył:

Były to jednak jego ostatnie podrygi, bo więcej na tym wyjeździe już nas nie zmoczyło.

Wróćmy jednak do Kambodży. W powszechnej świadomości kraj kojarzy się z Angkorem – największym kompleksem świątynnym na świecie. Jego rozmiary trudno sobie wyobrazić: pewne pojęcie może dać informacja, że wokół rozciągało się największe miasto jakie stworzyli ludzie przed rewolucją przemysłową.

Absolutnym hitem jest słynna świątynia Angkor Wat. Podziwianie wynurzającego się zza niej o świcie słońca to „must see” dla każdego kto tu przyjeżdża:

Sadzawka, zza której robi się zdjęcia, jest oblegana przez turystów o każdej porze roku:

Do tego stopnia, że ci, którzy przyjeżdżają później, nie są w stanie się do niej dopchać (mogą za to znaleźć pocieszenie przy kawie w którejś z okolicznych knajpek).

Krotko po wschodzie świat oblewa miękkie, ciepłe światło:

Angkor Wat, ze swoimi galeriami, pasażami, dziedzińcami na różnych poziomach i wspaniałymi zdobieniami, jest atrakcyjny również za dnia:

Świątynia żyje po dziś dzień i można tu natrafić na tradycyjne ceremonie z udziałem mnichów:

Na powyższym zdjęciu widać, że Kambodżanie często się uśmiechają. Na poniższym też:

Przedstawia ono naszego przewodnika – wyjątkowego oryginała, tryskającego energią i dobrym humorem. Jego koronnym numerem było wykrzykiwanie znienacka „Angkor whaaaat?!”, potrafił też zatrzymywać się przy nieznajomych i wrzeszczeć „I love you like crazy!” (np. do policjantów, wprawiając ich w niezłą konsternację). Dopiero kiedy po jakimś czasie pogadałem z nich sam na sam, przekonałem się, że to mądry i wrażliwy człowiek.

W Angkor Wat pewien problem sprawiają zachody słońca. Strażnicy obiektu tuż przed zaczynają sadystycznie przeganiać zwiedzających. Można się poddać i wyjść albo pobawić się w ciuciubabkę. Ja spróbowałem tej drugiej opcji – po raz któryś z rzędu i znowu bezskutecznie: wyłuskiwali mnie z najdalszych zakamarków. W końcu usiadłem w wypatrzonym wcześniej miejscu i powiedziałem strażnikowi, że jak wypędzi wszystkich Chińczyków z mojego kadru to pięć sekund później ja też sobie pójdę. Dotrzymałem słowa: gdy Chińczycy poszli (widać ich w oddali), zrobiłem zdjęcie i ruszyłem do wyjścia.

Angkor to nie tylko Angkor Wat. Jest tu bez liku innych świątyń. Niektóre pieczołowicie odrestaurowane, inne do dziś ukryte w dżungli. Do tych pierwszych należy Bayon, z wieżami w kształcie twarzy zagadkowo uśmiechniętego Buddy (jest ich tu ponad dwieście):

W tych stronach można też znaleźć niewielki pasaż z kapitalnie wyrzeźbionymi apsarami, devadami i innymi postaciami:

Innych doznań dostarcza fotografowanie celów ruchomych:

Na szczęście są przyzwyczajone do ludzi i ich ruchomość niespecjalnie przeszkadza w portretowaniu.

Kolejne miejsce to Ta Prohm, gdzie Angelina Jolie udawała Larę Croft. To właśnie to miejsce, gdzie agresywne korzenie drzew „zjadają” stare kamienne mury:

Spośród licznych płaskorzeźb w Ta Prohm najwięcej emocji budzi ta:

Do dziś trwają spory, czy jest to dziwnie pokazana krowa, pancernik, czy… stegozaur. Miłośnicy sensacyjnych teorii optują za tym ostatnim i za faktem, że dinozaury wcale nie wyginęły tak dawno temu…

W świątyniach Angkoru można robić różne rzeczy. Na przykład przemierzać tajemnicze korytarze niczym Indiana Jones…

… uczestniczyć w modłach (czynność wyjątkowo stosowna w takim miejscu)…

Albo wejść na jedną z piramid i podziwiać zachód słońca nad dżunglą:

W tej części Kambodży jest jeszcze jedna atrakcja – olbrzymie jezioro Tonle Sap, które drastycznie zwiększa swoją powierzchnię w porze deszczowej. Warto tu zrobić sobie wycieczkę do pływającej wioski:

Wyjątkowo wdzięcznym tematem zdjęć są jej mieszkańcy (nie mający nic przeciwko fotografowaniu):

Jednym z punktów programu jest pływanie łodziami po lesie mangrowym. Co ciekawe, wiosłują miejscowe kobiety (większość mężczyzn wyemigrowała):

Frajda jest nieziemska:

Płynąc można znienacka natrafić na przebieralnię mnichów:

Kambodża to kraj miłych, uśmiechniętych ludzi o łagodnym usposobieniu. Zawsze z przyjemnością tu wracam. Naszym następnym celem był Laos, ze wspaniałymi górskimi krajobrazami, które pokażę innym razem. Na koniec zdjęcie naszej grupy na tle Angkor Wat:

Opublikowano Aktualności | Skomentuj