Śpiewająca Wydma

Okolice Ałmaty, największego miasta Kazachstanu, to fotograficzne eldorado: przestrzeń, egzotyka i mnóstwo różnorodnych plenerów, które ma się tylko dla siebie. Gdyby to był środek Europy, sezon turystyczny trwałby tu cały rok. Zresztą może niedługo będzie. Dzięki bezpośrednim połączeniom lotniczym do Astany (i częstym promocjom) nasi rodacy coraz śmielej eksplorują te tereny. A do tego ci bardziej posunięci w latach (jak na przykład ja) nie mają bariery językowej, bo rosyjski nadal tu rządzi. Kto wie, czy za kilka lat Kazachstan nie zamieni się w drugą Gruzję.

Póki co, można tu jednak wędrować samemu. Jednym z ciekawszych miejsc jest Park Narodowy Ałtyn Emel, a w nim – Pojuszczij Barchan, czyli Śpiewająca Wydma.

Stupięćdziesięciometrowa góra piachu wije się na odcinku 3 km i w sprzyjających okolicznościach wydaje charakterystyczne dźwięki. Sprzyjające warunki to wiatr i suchy piasek. My akurat trafiliśmy na warunki odwrotne. Było podeszczowo i spokojnie. Plusem było ciut łatwiejsze wejście na górę (mniej osypujące się podłoże), a minusem (choć to rzecz względna) – jej ciemnoszary kolor:

Ze szczytu mieliśmy przyjemność obserwowania zachodu słońca za sąsiednią górą:

i góry przeciwległej, przez to słońce oświetlonej:

Dojazd do wydmy zajmuje około godziny. Po drodze mija się zagrodę z końmi Przewalskiego, których przodkowie w przeszłości wędrowali stadnie po stepach Azji Centralnej (i może w przyszłości też będą, bo trwa ich reintrodukcja):

Mija się też Kamienie Ognia, czyli trzy menhiropodobne głazy, przy których być może rozpalano ogień. Legenda głosi, że biwakował tu sam Dżyngis Chan:

Minusem dla fotografów jest zakaz jeżdżenia samochodem po parkowych drogach (co w praktyce oznacza zakaz przebywania na wydmie po zmroku). My trochę nagięliśmy przepisy, dzięki czemu zrozumieliśmy ich sens. Gdy zapadła ciemność, wszystko co żywe (o, jakie piękne dżejrany!) postanowiło rzucić nam się pod koła. Wymuszało to wolną i uważną jazdę, ale ekosystem nie ucierpiał…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Malta – fotorelacja z fotoekspedycji

Wiosenny plener fotograficzny na Malcie już za nami. Odwiedziliśmy dwie główne wyspy archipelagu, Maltę i Gozo. Ta pierwsza to jakby dwa kontrastujące ze sobą światy: północ i wschód silnie zurbanizowane, a pozostała część niemal pusta, z nadspodziewanie dzikim i bezludnym wybrzeżem. Gozo to z kolei dużo zieleni, wioski wspinające się na wzgórza i wyjątkowo atrakcyjna linia brzegowa. Było co robić…

Zaczęliśmy, jak należy, od stolicy. Pierwszą sesję zrobiliśmy… w hotelu. Dokładniej na tarasie na dachu, skąd świetnie widać port Marsamxett, otaczający starą Vallettę od zachodu:

Potem ruszyliśmy w miasto:

Valletta to szachownica zabytkowych uliczek, wspinających się i opadających pod różnymi kątami. Fotografowie szybko zabrali się do roboty:

Mieliśmy szczęście, bo miasto było jeszcze w przebraniu wielkanocnym (później zdejmowano je na naszych oczach):

W Valletcie można polować na scenki rodzajowe:

I znaleźć najlepszy punkt widokowy na słynne kolorowe balkony:

Można też pójść na jeden z tarasów widokowych:

Valletta była jednak tylko rozgrzewką przed największą fotograficzną atrakcją Malty, czyli dzikim, poszarpanym wybrzeżem. Najbardziej efektowna jest południowa część wyspy:

Na pierwszym planie widać cypel z łagodnym skalnym mostem. Tego typu formacji jest tu bez liku, a najbardziej znanym był łuk Azure Window, który zawalił się rok temu (dziś zawalisko jest coraz większą atrakcją wśród nurków).

Wieczór nie zapowiadał się jakoś specjalnie, ale Natura po raz kolejny pokazała, że lubi płatać figle. Zza bezkształtnych chmur nagle wyszło zachodzące słońce i pomalowało je na pomarańczowo:

Kolejny skalny łuk atakowany przez fale:

Ciekawe jak długo jeszcze postoi. Jeden z naszych postanowił sprawdzić jego wytrzymałość siadając na brzegu (test jak widać wypadł pomyślnie).

Kolejny maltański zachód słońca był już spokojniejszy, ale nie mniej urokliwy:

Zatoka na dole to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można zejść i fotografować skały z wysokości morza. A to ostatnie szturmuje bez wytchnienia:

W ramach płodozmianu wybieramy się do cywilizacji. Tym razem wioska Marsaxlokk, znana z kolorowych łodzi luzzu, cechujących się wyjątkową odpornością na sztormy:

Do dziś służą rybakom, którzy w przerwach między rejsami rozkładają i naprawiają sieci:

Mocne kolory zwiniętych sieci to świetny poligon fotograficzny:

Spędziłem przy nich chyba z kwadrans. Początkowo byłem sam, a później moje wygibasy zwabiły turystów, którzy zaczęli robić to samo co „ten z wielkim aparatem” 😉

I jeszcze jeden spacerek, tym razem po starej stolicy Mdinie, która w słoneczny dzień cieszy oko pięknymi światłocieniami i uwypuklonymi detalami:

Zostawiamy z tyłu Maltę i przez kanał płyniemy na Gozo (całe 25 minut rejsu). Tu skupiamy się już głównie na wybrzeżach. A jest na czym. Mieszkańcy od wieków eksploatują tutejsze solniska. My też spróbowaliśmy, chociaż w trochę inny sposób. Pierwszego poranka pomogła nam w tym burza:

Drugiego podziwialiśmy nieco zmulony wschód słońca:

A pod wieczór odwiedziliśmy inne solniska, na drugim brzegu wyspy:

Na Gozo są też konkretne klify i formacje skalne:

A brak Azure Window rekompensuje most Wied il-Mielah:

Jest tu też pomarańczowy skalny grzyb, przy którym można bawić się w Kate Winslet na Titanicu (bo tak wieje):

Samo wybrzeże urodą w niczym nie ustępuje maltańskiemu, a niektórzy twierdzą, że nawet je przewyższa:

Na koniec nasza ekipa (brakuje jednego Uczestnika) podczas akcji na południowym wybrzeżu Gozo. Dziękuję wszystkim za współudział i polecam się na przyszłość. A ta wygląda bardzo ciekawie 🙂

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Od Malty do Kazachstanu

Za mną dwie podróże w dwa zupełnie różne miejsca. Na początku kwietnia wybraliśmy się z fotoekspedycją na Maltę. Odwiedziliśmy z aparatami najciekawsze miejsca na głównej wyspie i na sąsiedniej Gozo. Fotografowaliśmy zarówno miejskie pejzaże Valletty, jak i dzikie wybrzeża, na które nie docierają turyści. Fotorelacja z tego bardzo miłego i owocnego wyjazdu już wkrótce.

Dzień po powrocie z Malty siedziałem już w samolocie do Astany. Fotograficzny wypad do Kazachstanu, jednego z najbardziej malowniczych krajów Azji Centralnej, był strzałem w dziesiątkę. Choć Kazachstan jest olbrzymi, można tu na niewielkim obszarze znaleźć mnóstwo fotograficznych tematów. Niewiele jest miejsc na świecie, gdzie z pejzażami jak z Arizony sąsiadują wyniosłe siedmiotysięczniki i turkusowe górskie jeziorka. Zdjęcia z Kazachstanu już wkrótce.

Powyżej niewielki kanion na Gozo, poniżej trochę większy w Kazachstanie. Ten drugi, zwany Czarnym, jest tu mocno nietypowy – w tych stronach skały często mienią się wszystkimi odcieniami tęczy.

Opublikowano Aktualności | 2 komentarze

Wesołych Świąt

Wszystkim moim czytelnikom, przyjaciołom i fotografom, z którymi uwieczniałem (i mam zamiar dalej uwieczniać) piękno krajobrazów na całym świecie składam najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Do życzeń dołącza się baranek z powyższego zdjęcia (taki trochę inny, szkocki, bez rogów) 😉

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Światło Północy

Tym razem nie będzie o zorzy, w każdym razie nie o zielonej. Północ to także bardziej konwencjonalne barwy, czasem tak nasycone, że trudno w to uwierzyć. Zimą słońce nigdy nie jest wysoko, a ukośne promienie pięknie wybarwiają krajobraz przez prawie cały dzień –  oczywiście kiedy świeci. A z tym bywa różnie: rok temu obdarzało nas swymi wdziękami bardzo skromnie (a i tak przywieźliśmy dużo fajnych zdjęć), teraz było znacznie lepiej.

Na Lofotach można polować na światło nie wychodząc z miejscowości:

Powyższe zdjęcie zrobiłem z szosy. Jadąc samochodem zobaczyliśmy co się święci i po zaparkowaniu w kupie śniegu zrobiliśmy szybką akcję. To poniżej to też miejscowość – ryby na żerdziach jeszcze się nie suszyły, dzięki czemu można było skomponować domek w ramce:

Czasami plaża w wiosce wygląda na położoną gdzieś na odludziu, szczególnie kiedy światło uwypukli to co trzeba, a niepożądane elementy zostają w cieniu:

I ta sama plaża. Latem miejscowi podobno się tu kąpią…

Jednak proporcje między dziełami Natury a rąk ludzkich są na Lofotach wyraźnie zaznaczone: od razu widać kto tu rządzi:

Wschody słońca urzekają barwami:

Ale sporo po wschodzie nadal jest całkiem dobrze:

W środku dnia też:

Magia wraca wieczorem. Czasami światło ledwo muśnie skałę:

Czasami walnie z grubej rury:

Zachód słońca nad morzem to klasyka również w Norwegii:

A po zachodzie robi się ciemniej i ciemniej…

Aż w końcu zrobi się czarno i na niebie pojawia się zielony tancerz (ale to już nie ten wpis).

 

Opublikowano Aktualności | 4 komentarze

Dęby skute mrozem

Tegoroczne warsztaty fotograficzne na rogalińskich łęgach stały pod znakiem syberyjskiego mrozu i dużego nasłonecznienia (jedno z drugim zwykle idzie w parze). Było zimniej niż kilka tygodni wcześniej na Lofotach, za Kołem Podbiegunowym. Było też mokro: nigdy wcześniej nie trafiliśmy na takie ilości wody (pod warstwą lodu, niestety zbyt cienką żeby mogła utrzymać fotografa). Łęgi mają to do siebie, że Warta czasem je zalewa, czyniąc mniej lub bardziej niedostępnymi. I tak mieliśmy szczęście, bo wcześniej wody było jeszcze więcej. Mimo zalanych mostów udało mi się znaleźć przejście „suchą nogą” do wszystkich najważniejszych skupisk drzew (choć zabawy w tym labiryncie miałem co niemiara).

Fotografowaliśmy wczesnym rankiem i o zachodzie słońca, żeby wykorzystać najlepsze światło tego pięknego weekendu:

Dostojne nadwarciańskie dęby to prawdziwy cud natury – należy je fotografować z pokorą i szacunkiem:

Zamykający łąki od północy las też potrafi ciekawie wyglądać – w ukośnym świetle poranka z ciemnej czeluści wyłaniają się Entowie (albo co kto tam sobie wymyśli):

Tuż przed zachodem słońca dęby nabierają ciepłych barw:

A po zachodzie stają się czarne jak smoła. Tego poniżej nazwałem Orłowilkiem. Jego skrzydła z roku na rok są coraz mniejsze, więc pewnie w końcu zamieni się w Wilka…

Dla urozmaicenia pleneru zrobiliśmy wypad do Lecha Browarów Wielkopolski. Najciekawszym obiektem fotograficznym (i zresztą jedynym gdzie wolno robić zdjęcia) jest warzelnia. Można tu strzelać „zza winkla”…

… albo bawić się w abstrakcje (tylko bez skojarzeń) 😉

Na pożegnanie wstąpiliśmy do pałacu w Rogalinie, wznoszącego się na wysokim brzegu doliny Warty, dokładnie nad łęgami. Najbardziej imponującym pomieszczeniem jest tu biblioteka, z krętymi schodkami na antresolę:

Już cztery razy organizowaliśmy warsztaty fotograficzne w Rogalinie i za każdym razem dęby wyglądały inaczej. To jedna ze składowych magii tego miejsca…

 

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Zorza z Łysym

Fotografowie nie od dziś dyskutują na temat plusów i minusów obecności Księżyca podczas wykonywania zdjęć zorzy polarnej. Jedni uważają, że powinno go nie być, bo białe światło zakłóca obserwację. Inni par contre – Łysy nie przeszkadza, a nawet pomaga, bo doświetla to co na dole i dzięki temu zdjęcie jest ciekawsze. Będąc dalekim od teoretyzowania, postanowiłem sprawdzić rzecz organoleptycznie. I już wiem: też jestem par contre. Księżyc i Aurora świetnie się dogadują. I nie ma mowy o zagłuszaniu tej drugiej przez ten pierwszy – nocne zdjęcia robiło się przednio, chociaż na Lofotach trafiliśmy akurat na Księżyc w wersji „super”:

Powyższe zdjęcie to jedyne w tym wpisie, które nie powstało w nocy. Zrobiłem je skoro świt, dając uprzednio po hamulcach na widok Łysego w pełnej krasie, uciekającego za górę.

Przy takim Księżycu można fotografować po zmroku niezależnie od zorzy – szczególnie zimowe pejzaże rozjaśnione przez śnieg:

Ciemność sprawia, że chmury ładnie rozmywają się bez konieczności nakładania filtrów, a zimne światło nadaje światu niesamowitą, odrealnioną postać:

Nawet samotny domek wygląda na… jeszcze bardziej samotny:

A zorza? Cóż, najsłabsze świecą zwykle nikłą kreseczką na północy, a tam Księżyca nie ma. Co ciekawe, kiedy zorza jest naprawdę słaba, wygląda jak biała smuga i można ją łatwo pomylić z chmurą lub śladem samolotu. Trzeba wtedy zrobić zdjęcie – aparat widzi więcej i na wyświetlaczu nieoczekiwanie może się pojawić zielona kreska:

Zdarzały mi się też pomyłki w drugą stronę. Solidną białą linię brałem za światła północy, a po zrobieniu zdjęcia nadal pozostawała biała…

Za to gdy zorza polarna się rozkręci to wątpliwości już nie ma żadnych:

Na niebie robi się zielono, a spektakularny taniec świateł wprawia w osłupienie:

Aurora szaleje, a Księżyc grzecznie podświetla góry:

Czasami trochę przyblednie, staje się bardziej subtelna:

A potem znowu przywali:

I to tak, że w jej obserwacji nie są w stanie przeszkodzić światła miejscowości poniżej:

Ciekawe mogą też być obserwacje… obserwatorów zorzy. Na przykład pod powyższą grupa azjatyckich turystów tańczyła, skakała i robiła sobie selfies komórkami.

Podczas dwóch tygodni na Lofotach zorza pojawiała się ze zmiennym szczęściem. Pierwszego mogliśmy ją obserwować kilka razy. Drugiego też była, tyle że… nad chmurami. A następna okazja do obserwacji już za rok 🙂

 

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Plaża na końcu świata

Dzisiaj wreszcie spadł u nas śnieg (mieszkam w Wielkopolsce i w tzw. cieniu opadowym, więc to rzadkość) i świat zrobił się czarno-biały. Taki jak powyższe zdjęcie z Elgol, chociaż tam nie ma śniegu. Elgol to prawdziwy koniec świata – trzeba się nieźle wysilić, żeby tu dotrzeć. Ale warto, bo to jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc na Skye, czyli jednej z najbardziej fotogenicznych wysp na świecie. Kilka wpisów temu pokazałem zdjęcie zachodu słońca, który sam sobie zrobiłem. Tu obraz z poprzedniej fotowyprawy (w 2016 r.). Na Skye można przyjeżdżać dowolną ilość razy i za każdym będzie inne światło. Do tego samego wniosku doszło kilkoro Uczestników naszego ostatniego pleneru (w listopadzie 2017), którzy… zapisali się już na następny (4–11 listopada 2018). Jak ktoś ma ochotę na pójście ich śladem, może zrobić to na stronie Klubu Podróży Horyzonty.

A ja już niedługo ruszam na Lofoty. Dwa razy było bezzorzowo, ale – jak powiadają – do trzech razy sztuka 🙂

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Old Man w różnych odsłonach

Starzec ze Storr to najbardziej znany punkt widokowy Wielkiej Brytanii.

Wyrastający we wschodniej części Półwyspu Trotternish skalny ostaniec regularnie bity jest atlantyckimi wiatrami i moczony dzikimi ulewami. Fronty atmosferyczne gnają tu jeden za drugim i dzięki temu „Dziadek” jest tak atrakcyjny fotograficznie.

Można go odwiedzać wiele razy i za każdym będzie inne światło (a nawet za tym samym razem, bo wszystkie zdjęcia pochodzą z ostatniego pleneru):

Ja byłem tu cztery razy. Za pierwszym nawet nie o świcie – przedpołudniowe słońce przebijające się przez chmury dało taki spektakl, że to chyba właśnie wtedy przekonałem się do wyjazdów do Szkocji w listopadzie. Za drugim (podczas pierwszej fotowyprawy) Old Mana… nie było. Przykryła go mgła, a z nieba siąpiło paskudztwo. Trzeci raz był najbardziej szkocki. Podczas dojazdu na parking (jeszcze ciemną nocą) tak lało, że nawet najtwardsi wojownicy statywów mieli nietęgie miny. Popadywało jeszcze jak podchodziliśmy, po czym na górze nagle zrobiło się słonecznie. Kilka chmurek o świcie, a potem „lampa”, czyli błękitne niebo.

Czwarty był teraz w listopadzie.

Do Old Mana idzie się z parkingu około godziny i jest to godzina konkretnego podejścia. Nie byliśmy jeszcze na miejscu kiedy zaczęły się pierwsze przebłyski. Jak już udało nam się dosapać i wbić statywy w pochyły stok, wystrzelił „red sunrise”:

Światło zmieniało się z minuty na minutę, a my – rozpierzchnięci u stóp góry (miejsc widokowych jest tu plus nieskończoność) oddawaliśmy się fotograficznemu szaleństwu.

Aż chmury ostatecznie zwyciężyły i zrobiło się bezświetlnie:

Pozostało już tylko zejść do autobusu i wrócić do Portree na pyszną kawę z ciastkiem albo świetne fish & chips w porcie (albo i to i to, jak w moim przypadku). Zasłużyliśmy 🙂

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Fotorelacja z Indochin

Za nami pierwsza fotoekspedycja, czyli wyprawa przygotowana specjalnie dla pasjonatów fotografii. Podobnie jak na wcześniejszych wyjazdach, odwiedzaliśmy najlepsze miejsca widokowe w porze najlepszego światła – jedyną różnicą był brak wieczornych warsztatów teoretycznych. Jak to się sprawdziło? Doskonale. Grupa (łącznie 13 osób) zamknęła się na wiele tygodni przed terminem odlotu, a na miejscu panowała fantastyczna atmosfera (to nie tylko moja  opinia) – jak zawsze, kiedy w jednym miejscu zgromadzą się pasjonaci. Podróżowali z nami fotografowie o różnym stopniu zaawansowania: od początkujących po takich, których prace wbijają w fotel. Wszyscy świetnie się dogadywali, zarówno podczas plenerów, jak i wieczornych „rozmów Polaków”. Zżyliśmy się ze sobą do tego stopnia, że żal było się rozstawać…

Ale od początku. Do Bangkoku dolecieliśmy liniami Emirates, z przesiadką w Dubaju (niezły widok na wyłaniający się z nocy Burdż Chalifa). Dwa sześciogodzinne loty szybko minęły – jedni spali, inni korzystali z multimedialnych rozrywek (z filmoteki można było wybrać różne egzotyczne filmy, np. polskie albo pakistańskie).

Dzięki komfortowej podróży w Bangkoku byliśmy w dobrej formie i po zakwaterowaniu w hotelu mogliśmy przystąpić do działania. Na miejsce wieczornej akcji wybraliśmy dwa kompleksy świątynne – Wat Arun i Wat Po – do których dotarliśmy tramwajem wodnym (nie tylko Wenecja takie ma). Ten pierwszy dość nieoczekiwanie przyszło nam oglądać w deszczu. Miało to swoje plusy, bo zamiast pocztówkowych ujęć można było upolować fajne odbicia w wodzie albo mnichów z parasolami:

Wat Po rozciąga się dokładnie po drugiej stronie rzeki Chao Phraya. Leżący Budda zawsze wygląda tak samo, ale las spiczastych stup na terenie świątyni najlepiej prezentuje się w okolicach zmroku. Przy okazji można sportretować lokalnego rezydenta:

To ostatnie wymagało sporego zaangażowania kilku osób, bo rezydent długo siedział na murku w zupełnie niefotogenicznej pozie…

Następnego dnia skoro świt wyruszyliśmy w stronę słynnego Angkoru. Najpierw dwa busy zawiozły nas do granicy z Kambodżą: podróż upłynęła w miłej atmosferze, jeśli nie liczyć drobnego incydentu, kiedy kierowca zaczął wykrzykiwać do mnie piskliwym głosem: „giw mi mani nał!”. Po kambodżańskiej stronie czekał już tamtejszy autobus, który dowiózł nas do Siem Reap. Tu też był jeden incydent: przewodnik na przydrożnym stoisku zjadł półsurowego kurczaka, przez co potem był jedyną na całym wyjeździe osobą z jakimikolwiek problemami żołądkowymi (brawo ja).

Następny dzień przeznaczyliśmy w całości na eksplorację Angkor Wat – największej świątyni na świecie. Tutejsze wschody słońca nad sadzawką są chyba najpopularniejsze w całej Azji: razem z nami spektakl podziwiało kilka tysięcy osób stłoczonych jedna na drugiej. Światło było akurat dość przeciętne – lepsze zdjęcia można było zrobić po południu znad drugiej sadzawki:

Ciekawszy był drugi wschód słońca. Część grupy postanowiła zrobić poprawkę przy Angkor Wat, a część pojechała do dawnego królewskiego basenu o romantycznej nazwie Sra Srang. Ta druga opcja miała dużo plusów: basen jest dużym jeziorem, a ozdobiona lwami platforma na brzegu stanowi doskonały punkt widokowy. No i było tu tylko kilkanaście osób. Zupełnie inna jakość fotografowania:

Przyznaję, że liczyłem na poranne mgiełki nad wodą. No i się nie przeliczyłem, chociaż pojawiły się z dość nieoczekiwanej strony. W skleconych z desek kafejkach na brzegu zaczęto parzyć kawę („Kofi mister?”), a dymek poszybował nad jezioro. Na dodatek wszyscy już sobie poszli, z wyjątkiem łaciatego rezydenta, który postanowił zostać moim pierwszym planem:

W kompleksie Angkoru (Angkor Wat to tylko jego niewielka część) spędziliśmy kilka dni. Odwiedziliśmy m.in. Angkor Thom z niesamowitymi rzeźbami hinduistycznych boginek:

Rozszerzyliśmy też program i pojechaliśmy do Banteay Srei, z najpiękniejszymi płaskorzeźbami w całej Kambodży (mówi się, że wykonały je kobiety, bo żaden facet nie stworzyłby czegoś tak delikatnego):

Nie zabrakło też słynnego Bajonu z wieżami w kształcie twarzy Buddy, ani Ta Prohm, po którym biegała Angelina Jolie vel Lara Croft. W jednym miejscu trafiliśmy na pistacjową sesję ślubną:

W innym na śliczną dziewczynkę:

Jeden z zachodów słońca podziwialiśmy ze świątyni Pre Rup. Jest to piramida, wyglądająca jak miniaturowy Angkor Wat i wyrastająca wysoko ponad drzewa:

Ze szczytu zafascynowany fotografowałem nadciągające burzowe chmury:

Nadciągnęły zaskakująco szybko. Zgodnie z zasadą „kapitan schodzi ostatni” obszedłem całość, żeby zobaczyć czy nikt nie został. Skończyło się to przemoczeniem „do gaci” i wesołością grupy, która sucha i bezpieczna siedziała już w autobusie.

Jeszcze jedną atrakcją w okolicach Siem Reap jest pływająca wioska na jeziorze Tonle Sap. Po drodze zatrzymaliśmy się żeby sfotografować prowincjonalne targowisko. Na zdjęciu lokalna rodzinka wracająca z zakupów:

Pływająca wioska była ciekawa, a jeszcze ciekawszy zatopiony las, po którym pływa się łodziami (na pierwszym zdjęciu nasza wioślarka):

Tego dnia po południu pożegnaliśmy Kambodżę i z nowiutkiego lotniska polecieliśmy do Laosu. Naszym pierwszym celem było Luang Prabang – piękne miasto z kolonialną architekturą, położone w widłach Mekongu i rzeki Nam Khan. Czekała nas tu niespodzianka pogodowa. Po relaksująco ciepłej Kambodży musieliśmy wyjąć z plecaków kurtki.

Luang Prabang słynie z porannych procesji mnichów, którzy maszerują ulicami z miskami w dłoniach, a miejscowi nasypują im do misek ryż. Pierwsi mnisi zrobili nam dowcip i wyszli jeszcze przed świtem. Nie zraziliśmy się jednak i zaczęliśmy ich fotografować w sztucznym oświetleniu:

Szybko zrobiło się jasno, a do mnichów dołączyły psy, wyczuwając śniadaniową atmosferę:

Ciekawostką Luang Prabang są sezonowe bambusowe mosty na Nam Khan (powstają w porze suchej, a w deszczowej woda je zmywa):

Prócz kolonialnych domów miasto słynie z pięknych świątyń, takich jak Wat Ho Pha Bang na terenie kompleksu królewskiego (daszki poniżej to nocne targowisko):

Z Luang Prabang postanowiliśmy zrobić wycieczkę do wodospadów Tat Kuang Si. Rzeka przedziera się przez dżunglę spływając efektownymi kaskadami, pod którymi tworzą się zielonkawe baseny. Można tu spędzić całe godziny rozstawiając statyw to tu, to tam…

Naszym kolejnym celem było Vang Vieng. Z Luang Prabang jedzie się tu przez góry, co samo w sobie stanowi atrakcję (szczególnie kiedy pojawiają się wędrujące mgiełki, jak na naszej trasie). Niesamowite krajobrazy zaczynają się jeszcze przed dojechaniem na miejsce:

W Vang Vieng wróciły podkoszulkowe temperatury. Samo miasto leży nad rzeką, za którą wznoszą się efektowne skalne wzgórza. Najlepszy widok jest z pewnej wysokości, dlatego warto tu przyjechać z dronem albo zatrzymać się w odpowiednim hotelu. My wybraliśmy tę druga opcję. Poniżej wschód słońca z naszego balkonu:

A tu zachód – też z balkonu:

Można też wyjść kawałek za miasto i plenery otwierają się same. Poniższe zdjęcie to panorama z dwóch ujęć, wykonana zza płotu po wyłamaniu kawałka bambusowej sztachety (i tak już ledwo się trzymała):

W Laosie zajrzeliśmy też do Vientiane, stolicy kraju. Jednym z symboli Laosu i religii buddyjskiej jest świątynia Pha Tat Luang na obrzeżach miasta:

Stanowi cel pielgrzymek różnych grup społecznych i zawodowych. My trafiliśmy na kierowców tuk-tuków, którzy akurat robili tu sobie zdjęcia wraz ze swoimi przystrojonymi rydwanami:

Najbardziej niezwykłym miejscem w okolicach Vientiane jest Buddha Park – park rzeźb o tematyce religijnej. Nietypowe figury mają stanowić syntezę buddyzmu i hinduizmu. Jedną z nich jest wielka dynia z paszczą, przez którą wchodzi się do środka:

Przy największym Buddzie zrobiliśmy sobie zdjęcie. Oto Dwanaścioro Wspaniałych (i ja):

Po odwiedzeniu parku przeprawiliśmy się na tajską stronę granicy, gdzie wsiedliśmy w wygodny nocny pociąg do Bangkoku. Podróż upłynęła bardzo przyjemnie i w komfortowych warunkach, tym bardziej, że nad wagonem czuwali konduktorzy, którzy na wstępie miło poinformowali, że „beer not allowed, sir”.

Po dotarciu do Bangkoku ogarnęliśmy się w hotelu, po czym pojechaliśmy na pływający targ Damnoen Saduak. To od wielu lat tajlandzkie „must see”. Od zbyt wielu. Poziom skomercjalizowania tego miejsca przekroczył akceptowalny poziom i więcej tu nie wrócimy. Na pożegnanie zrobiłem kilka portretów:

Za to mieliśmy fajny wieczór. Na początku podróży odwiedziliśmy stary Bangkok, teraz skoncentrowaliśmy się na współczesnym city. Miejsc, z których można podziwiać wieżowce jest sporo, my wybraliśmy park z jeziorkiem, wokół którego biegali lub spacerowali miejscowi (co ciekawe, ruch jest jednostronny). Niektórzy też karmili żółwie albo robili sobie zdjęcia:

Po zmroku zrobiło się bardzo ładnie, a fotografowie rozciągnęli się wzdłuż nabrzeża w poszukiwaniu idealnej kępy kwiatów na pierwszym planie. Tzw. Niebieska Godzina przyniosła takie światło:

Po zmroku wróciliśmy do centrum i zrobiliśmy sobie pożegnalny spacer po Bangkoku. Odwiedziliśmy chińską dzielnicę (już spała) i dystrykt uciech Patpong (dopiero się budził).

A potem Emirates wygodnie przetransportowały nas z powrotem do Polski. Nawet bardzo wygodnie: na odcinku Bangkok–Dubaj lecieliśmy dwupokładowym Airbusem A380, największym pasażerskim samolotem świata. W parze z wielkością maszyny szła jakość systemu audio: pierwszy raz w samolocie mogłem wygodnie słuchać metalu 🙂

Fotoekspedycja do Indochin była tak udana, że w 2018 r. planujemy kolejną (z niewielkimi modyfikacjami). Jej termin niedługo zostanie ogłoszony na stronie Klubu Podróży Horyzonty. Zapraszam 🙂

Opublikowano Aktualności | 2 komentarze