Trzy kraje od nas, czyli… w sercu Azji

Z czym się kojarzy Kazachstan? Yyy, stepy, konie, wielkie przestrzenie… Niektórzy dodadzą Bajkonur, inni poligon w Semipałatyńsku, a jeszcze inni zsyłkę dziadka. A śpiewające wydmy, kaniony jak Kolorado, kolorowe skały, czy jezioro z zatopionymi drzewami? Prawie nikt. A to właśnie po to (i mnóstwo innych atrakcji) mogą tu przyjechać fotografowie krajobrazu.

Zapraszam na fotograficzną przejażdżkę po Kazachstanie. Zdjęcia powstały podczas naszej pionierskiej fotoekspedycji. Ci, którzy z nami byli, mogą czuć się usatysfakcjonowani. Qui audet adipiscitur.

Zaczęliśmy z grubej rury, od Parku Narodowego Ałtyn Emel. Na dzień dobry pojechaliśmy do kolorowych skał. Pogoda była średnia, ale następnego dnia miało padać i w ogóle nie dałoby się tu dojechać:

Padało w nocy, a rano przywitały nas piękne chmury, które sfotografowaliśmy nad malowniczymi grobowcami przedstawicieli panującego tu niegdyś klanu:

Po południu wspięliśmy się na Śpiewającą Wydmę – wspaniały piaszczysty barchan, który przy odpowiednim wietrze wydaje z siebie dźwięki. Tym razem wiatr był nieodpowiedni, za to świetnie nadawał się do uwieczniania piasku przewalającego się nad krawędzią:

Większość z nas postanowiła wspiąć się właśnie po krawędzi wydmy…

… chociaż niektórzy wybrali trudniejszą diretissimę:

Jeszcze jeden fajny motyw w tych stronach to sąsiednia góra, pomalowana w paski przez słońce i chmury:

Naszym następnym celem był Kanion Szaryński, czyli kazachskie Kolorado. Co prawda jest znacznie mniejszy, ale fotografuje się go równie dobrze.

Również od środka, dokąd można łatwo zejść (znacznie łatwiej niż półtora roku temu dzięki nowym schodom).

Jedziemy dalej. Górska wioska Satty to już zupełnie inny świat. Spacerując ulicami można cieszyć oko ładnymi detalami zabudowy:

Z Satty jedzie się nad jezioro Kaindy, znane z zatopionego lasu. Akwen powstał po lawinie skalnej, która w 1911 r. przegrodziła dolinę i zatamowała drogę płynącej tędy rzeczce. Sterczące z wody kikuty tworzą nietypowy pejzaż:

Można zatem pokusić się o sfotografowanie go w nietypowy, malarski sposób:

Kilka słów o kazachskich stepach. Przestrzenie są tu faktycznie imponujące. Podróż do Kazachstanu powinni zapisywać lekarze jako kurację wszystkim, którzy pracują przy komputerze – oczy wspaniale wypoczywają przy takim krajobrazie.

Na stepie można mieszkać na różne sposoby. Najbardziej popularne są skromne domki z zagrodami dla zwierząt:

Koczowniczy tryb życia Kazachów skończył się wraz z nastaniem demokracji ludowej. Dlatego widok jurt na stepie należy już do rzadkości. Tym większa radość, kiedy na takie się trafi:

Przemiły gospodarz poinformował nas, że mamy szczęście, bo jutro zwija majdan i wraca na zimę do wioski:

Jurty pięknie prezentują się na tle gór. Robiąc poniższe zdjęcie byłem przekonany, że jest na nim jedna. Potem doliczyłem się jeszcze dwóch:

W Kazachstanie konie są chyba najszczęśliwsze na świecie. Trawiaste stepy to w końcu ich naturalne środowisko:

Są tu też inni szczęśliwi mieszkańcy:

Oraz szczęśliwi fotografowie, którzy właśnie ich zobaczyli…

Osiołki zapewne też są szczęśliwe – trudno powiedzieć, czy patrzą na wielbłąda, czy na dziwadło z czymś długim przy oku…

Stepy można oglądać z wiodących przez nie dróg:

I nie tylko. My byliśmy w o tyle dobrej sytuacji, że mieliśmy do dyspozycji luksusowe terenówki, które pozwalały odkrywać bardziej dziewicze przestrzenie:

Na przykład dotrzeć nad malownicze jezioro przy granicy z Chinami, nad którym rosły wrzosopodobne rośliny, zabarwiając brzegi na czerwono.

Widok z daleka:

I z bliska:

Woda w jeziorze jest słona, a brzeg tworzy malownicze błotko:

Znad jeziora widać najwyższe szczyty Tien-Szanu – olbrzymiego pasma górskiego oddzielającego Kazachstan od Kirgistanu (i częściowo od Chin). My też je widzieliśmy, ale światło było akurat takie sobie. Górskimi panoramami mogliśmy za to napawać się w innych miejscach:

Najwięcej fotograficznych emocji wzbudził świt na przełęczy Szałkoty (ok. 3200 m n.p.m.), na którą wwiozły nas nasze dzielne Land Cruisery. Nie mniej dzielni byli fotografowie, którzy na widok fantastycznego światła zaczęli rozstawiać statywy w co bardziej efektownych miejscach (mimo przejmującego zimna):

Przedświt zabarwił niebo nad dalekim pasmem Kungej Ałatau na piękny fioletowawy kolor:

Kiedy słońce wyskoczyło znad pobliskiej góry, światło od razu zrobiło się cieplejsze:

Wszyscy czekaliśmy na pojawienie się króla Tien-Szanu, czyli pięknej piramidy Chan Tengri (Pan Nieba; 7010 m n.p.m.). Co prawda nie jest to najwyższy szczyt tego pasma, ale bez wątpienia najpiękniejszy. Chan w końcu zaszczycił nas swoim widokiem, choć nie do końca: poranne słońce zabarwiło jego zbocza na złotawy kolor, wierzchołek jednak pozostał ukryty. Dzięki superteleobiektywowi udało mi się uchwycić to złoto z odległości… ponad stu kilometrów:

Pierwsza fotoekspedycja do Kazachstanu za nami. Poniżej jej Uczestnicy – wspaniała ekipa, z którą podróżowanie było samą przyjemnością (autor tekstu w czerwonej kurtce, podpiera się ręką o step):

Za rok znowu tu przyjedziemy! Można się już nawet zapisać na stronie Klubu Podróży Horyzonty: o tutaj.

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Otagowano , , , , , , , | 5 komentarzy

Wyprawy w 2020 r.

Jeżeli ktoś w przyszłym roku chciałby wybrać się na fotograficzną wyprawę, a jeszcze nie wie kiedy i dokąd, radzę przeczytać poniższy artykuł. My już wiemy! Poniżej małe streszczenie. Zapraszam do lektury. Będzie się działo!

Lofoty (14–20 lutego)

Nasz zimowy klasyk w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Góry, morze, śnieg i zorze 😉 Na te ostatnie nie ma gwarancji, ale szansa ich zobaczenia jest duża.

Więcej o wyprawie tutaj, a zapisy – tutaj.

Malta (28 marca–2 kwietnia)

Malta jest naszym fotograficznym odkryciem. Oferuje dzikie skaliste wybrzeża, wykute w skałach solniska, nastrojowe miasteczka, mosty skalne i łany różnobarwnych kwiatów. Nie wspominając o stolicy, wspaniale położonej na wysokim półwyspie.

Więcej informacji tutaj, a zapisy – tutaj.

Arizona i Utah (13–24 maja)

Dziki Zachód w obiektywie. Majestat Wielkiego Kanionu i kolory Kanionu Antylopy. Skalne łuki w Parku Narodowym Arches i ostańce hoodoo w Parku Narodowym Bryce. Nostalgia Route 66 i szaleństwo Las Vegas.

Zapisy tutaj.

Peru (14 czerwca–1 lipca)

Kto nie chciałby sfotografować słynnego Machu Picchu w magicznym świetle poranka, czy kondorów szybujących nad kanionem Colca? Inkaskich i hiszpańskich zabytków Cusco albo wysp na jeziorze Titicaca? A to jeszcze nie wszystko. Zobaczymy też kolonialną Arequipę i wznoszący się nad nią wulkan El Misti, Świętą Dolinę Inków, papugi w amazońskiej dżungli i mnóstwo innych atrakcji.

Zapisy wkrótce na horyzonty.pl.

Montana i Wyoming (26 sierpnia–6 września)

Parki narodowe USA to kopalnia fotograficznych tematów. Grand Teton rozsławił słynny Ansel Adams, nestor amerykańskiej fotografii. Pobliski Yellowstone słynie z malowniczych gejzerów i wspaniałego świata zwierzęcego (w tym dość łatwe do napotkania bizony). Park Narodowy Glacier, na granicy z Kanadą, to Góry Skaliste w najpiękniejszej odsłonie, a do wielu miejsc widokowych można łatwo dojechać. Ta wyprawa napełni nasze karty pamięci wspaniałymi kadrami.

Zapisy wkrótce na horyzonty.pl.

Kazachstan (19–27 września)

Okolice Ałmaty to jeden z najpiękniejszych regionów Azji Centralnej. Są tu olbrzymie wydmy, skały wyglądające jak gigantyczne kolorowe muszle, turkusowe górskie jeziorka, kaniony jak na Dzikim Zachodzie, stepy z pasącymi się końmi i niebotyczne szczyty Tien-Szanu. I przemili ludzie, chętnie wdający się z gośćmi w pogawędki.

Zapisy: tutaj.

Dachstein i Dolomity (3–11 października)

Alpejska odyseja w jesiennej odsłonie: skaliste szczyty odbijające się w krystalicznie czystych jeziorkach (albo ledwo wystające spoza chmur), sielankowe miejscowości z Hallstatt na czele, przebłyski światła na zielonych łąkach i górskie lasy we wszystkich odcieniach przebarwiających się liści.

Zapisy wkrótce na horyzonty.pl.

Wietnam (7–18 listopada)

Fotograficzne odkrywanie Dalekiego Wschodu. Wietnam to tarasowe pola ryżowe, bajkowe plenery zatoki Ha Long, bogata przyroda i fascynująca, egzotyczna kultura. Trzeba pamiętać o wystarczającym zapasie kart pamięci, bo zdjęcia będą się tu robiły same 😉

Zapisy wkrótce na horyzonty.pl.

Kambodża, Laos i Bangkok (18–29 listopada)

Kolejna odsłona naszego azjatyckiego bestsellera. Hitem jest kompleks Angkoru, czyli wynurzający się z dżungli największy kompleks świątynny na świecie. Będziemy go eksplorować na spokojnie przez kilka dni. Zobaczymy też pływającą wioskę, piękne miasto Luang Prabang nad Mekongiem, wodospady w dżungli i śródgórskie doliny Laosu. A na koniec zanurzymy się w szalone życie Bangkoku.

Zapisy: tutaj.

Jak widać, w 2020 r. będziemy mieli co fotografować. Zapraszam na wyprawy. Do wyboru, do koloru 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarze

Światło Północy

Pod koniec lata warto pomyśleć o zimie. Co powiecie na wyprawę za koło podbiegunowe? Archipelag Lofotów nie od dzisiaj cieszy się opinią jednego z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Tutejsze krajobrazy nasuwają skojarzenia z Alpami, które ktoś przeniósł na daleką Północ. Góry omywają wody Atlantyku o zaskakujących kolorach, od groźnego stalowoszarego, po idylliczny turkus niczym w tropikach. Ale najciekawsze jest światło. Lofoty wyglądają dobrze zarówno podczas ciężkiego zachmurzenia, jak i w pełnym słońcu. Najatrakcyjniejsze fotograficznie świt i zmierzch trwają tu bardzo długo – w końcu jesteśmy na Północy. Dlatego po zmroku czeka nas polowanie na zorze polarne: podczas bezchmurnych nocy szanse ich zobaczenia są bardzo duże (oczywiście nie ma gwarancji, ale przez to łowy stają się jeszcze bardziej emocjonujące).

Wyspy stanowią raj dla miłośników wszelkiego rodzaju „outdooru”, ale są też wyjątkowo przyjazne dla tych, którzy… nie lubią dużo chodzić. Do większości miejscówek będziemy dojeżdżać: kto chce, idzie ze statywem na dłuższy spacer, kto chce – fotografuje z okolic parkingu.

Poniżej trochę zdjęć z mojej ostatniej eksploracji Lofotów.

Światło poranka wielu fotografów uważa za najbardziej magiczne. Jest podobne do wieczornego, ale można je podziwiać w mniejszym gronie (niefotografom nie chce się tak wcześnie wstawać).

Lofoty zimą mają ten plus, że wschód słońca przypada na bardzo cywilizowaną porę, a piękne światło utrzymuje się długo, choćby na chmurze:

Albo na budynkach i w ich okolicach:

Bywa tak, że niebo w całości zasnuwają chmury. To też są dobre warunki fotograficzne, w sumie lepsze niż w pełnym słońcu za dnia:

Niektóre kadry aż się proszą o konwersję do czerni i bieli:

Kolejna zdjęciowa pora to wieczór:

Zachód słońca i chwile tuż po nim:

Przełamanie dnia i nocy można też fotografować w niewielkich rybackich wioskach:

A na deser światło, które budzi najwięcej emocji. Zorza nie zawsze się pojawia, ale jak już rozbłyśnie to daje niesamowity spektakl:

Lofoty fotografujemy w niewielkiej grupie i dysponujemy własnym pojazdem. Dzięki temu możemy „zapolować” na zorze w najbardziej atrakcyjnych miejscach. Do tego mamy bazę w jednym, bardzo przytulnym i wygodnym miejscu.

Zapisy na wyprawę dostępne są już na stronie Horyzontów. Nie ma co zwlekać…

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Otagowano , , , , , , , , , | 1 komentarz

Wyspa kadrów (a nawet dwie)

Musze się Wam przyznać, że plenery fotograficzne na Malcie należą do moich ulubionych. Podoba mi się stolica, z ulicami-schodami na pofałdowanym półwyspie, nastrojowe miasteczka z wysmakowanymi detalami architektonicznymi oraz – przede wszystkim – wyjątkowo fotogeniczne wybrzeża na obu wyspach: Malcie i Gozo. Kraj jest kompaktowy, dzięki czemu wszędzie można sprawnie dojechać, hotele mamy bardzo fajne, a wyłowione z Morza Śródziemnego specjały świetnie się komponują na talerzach i w ustach. Innymi słowy fotograficzna dolce vita 🙂

Nasze plenery tradycyjnie zaczynamy od aglomeracji Valletty. Stolica leży na wysokim półwyspie, a z każdego miejsca można dojść do morza w kilka minut.

Nieczęsto zdarza się, żeby hotel w centrum miasta znajdował się w spacerowej odległości od „dzikiego” wybrzeża:

Samą Vallettę najlepiej smakować wędrując niespiesznie jej zaułkami:

Powyższe zdjęcie przypomina kto ostatnio kolonizował archipelag.

Na wschodnim wybrzeżu Malty leży miasteczko Marsaxlokk, z zatoką, w której bujają się kolorowe łodzie:

Zwykle można tu poobserwować rybaków przy pracy:

Prawdziwą gratką dla fotografów są maltańskie wybrzeża:

Dzikie, skaliste, postrzępione, szczególnego czaru nabierają tuż przed zachodem słońca:

I podczas samego zachodu. Wiosną, kiedy klify porastają kępy kwiatów, jest tu zdecydowanie najpiękniej. Trzeba tylko uważać, żeby w ferworze fotografowania nie zaliczyć upadku, bo w wielu miejscach jest bardzo stromo.

Dawna stolica Malty to Mdina – miasto, w którym od tamtych czasów niewiele się działo. I całe szczęście, bo dzięki temu możemy się tu poczuć jak na planie historycznego filmu:

Drugą główną wyspą archipelagu jest Gozo. Przed przeprawą odwiedzamy jeszcze Czerwoną Wieżę, czyli XVII-wieczną fortyfikację zwaną też Wieżą Świętej Agaty:

To jedna z tzw. Wież Lascarisa, czyli militarnych obiektów obserwacyjnych, które powstały za panowania wielkiego mistrza zakonu maltańskiego, noszącego takie właśnie nazwisko.

Wybrzeża Gozo w niczym nie ustępują maltańskim. Sama wyspa jest zdecydowanie spokojniejsza i mniej zaludniona, co docenią miłośnicy przyrody.

Na północy Gozo najbardziej charakterystyczne są solniska. Wykute w skale baseny liczą sobie już 350 lat. Wybraliśmy się na ich fotografowanie o wschodzie słońca:

Cisza, spokój i te kolory… Dlatego właśnie warto wybierać się na plenery w grupie. Samemu zbyt często nie chce się wstać i potem traci się takie kadry…

Późnym popołudniem odwiedzaliśmy inne wybrzeża Gozo, podziwiając żółte skały, które w tym świetle robiły się jeszcze żółtsze:

I jeszcze jedną Wieżę Lascalisa:

Tradycyjnie na zachód słońca wszyscy pielgrzymują nad morze, a tuż po nim od razu wracają. Właśnie wtedy często jest najlepsze światło i nikt już nie wchodzi w kadr…

Do zobaczenia na Malcie! Zapisy tutaj.

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | 1 komentarz

Inne oblicze Kanarów

Wyspy Kanaryjskie kojarzą się z beztroskimi wakacjami (to dobrze) i wczasowiczami w dużych ilościach (to już trochę mniej dobrze). Bardziej wtajemniczonym kojarzą się też z pięknymi, bardzo różnorodnymi krajobrazami (a to już bardzo dobrze – szczególnie dla tych, którzy lubią te krajobrazy uwieczniać na zdjęciach).

Dzisiaj skupimy się na Gran Canarii – najbardziej urozmaiconej wizualnie wyspie archipelagu. Miałem przyjemność odwiedzić ją „zimą”, kiedy powietrze jest najchłodniejsze i najbardziej przejrzyste. Cudzysłów jest jak najbardziej na miejscu: w styczniu panują tu temperatury między krótkim rękawem a lekką bluzą. Istotny jest fakt, że o tej porze roku większość obiektów obsługujących podróżników normalnie funkcjonuje – to nie północne wybrzeże Morza Śródziemnego, zabijane na zimę dechami.

Gran Canaria, mimo swoich rozmiarów, ma owalny, kompaktowy kształt, dzięki czemu łatwo można ją zwiedzić zatrzymując się na nocleg w jednym albo dwóch miejscach. To świetna informacja dla tych, którzy chcieliby spędzić tu fotograficzny tydzień.

Zróbmy sobie małą wycieczkę po tym miniaturowym kontynencie.

Najciekawszym przyrodniczo miejscem na południowym krańcu wyspy są wydmy Maspalomas:

Piaszczyste wzgórza zajmują obszar ponad 400 ha i – mimo bliskości ośrodków turystycznych – stanowią cenną ostoję przyrody. Do ich fotografowania przyda się teleobiektyw, wycinający z pejzażu najciekawsze kadry (zdjęcie powyżej i poniżej):

Przyda się też szeroki kąt, którym można sfotografować efektowne ripplemarki na pierwszym planie:

Południowe wybrzeże to nie tylko wydmy. Są tu też urocze miejscowości, na czele z Puerto Mogan, gdzie kwitną kwiaty i miłość…

Dzięki autostradzie w kilkadziesiąt minut można dotrzeć na wschodnie wybrzeże, do miejsca zwanego La Garita. Jest tu niewielki przybrzeżny basen, do którego podczas przypływu ocean wtłacza masy wody, tworząc kilkusekundowe kaskady. Warto przybyć na wschód słońca, ale koniecznie trzeba uważać, żeby nie zostać porwanym przez fale:

Dłuższa jazda autostradą doprowadzi na północne wybrzeże. Warto spędzić tu trochę czasu eksplorując co ładniejsze zatoczki. W niektórych można trafić na zielone jeziorka, niezwykle kontrastujące z wodami Atlantyku (i z chmurami, które na szczęście akurat były na niebie podczas naszej wizyty):

W głębi wyspy też jest ciekawie. Wtajemniczeni fotografowie chętnie odwiedzają niewielki wąwóz, który nasuwa skojarzenia z południowym zachodem Stanów Zjednoczonych:

Wyżej w górach przekonujemy się dlaczego warto przylecieć na Gran Canarię na początku roku. Całe zbocza porośnięte są migdałowcami, o tej porze roku obsypanymi białym kwieciem. Te drzewa w porze kwitnienia w przeszłości inspirowały malarzy, w tym samego Van Gogha. Znał się chłop na rzeczy:

I w końcu docieramy na najwyższe szczyty. Symbolem Gran Canarii jest Roque Nublo (1813 m n.p.m.) – drugi najwyższy masyw na wyspie, zwieńczony charakterystycznymi ostańcami:

Korzystna lokalizacja sprawia, że można tu fotografować zarówno o wschodzie, jak i zachodzie słońca. Ten pierwszy ma tę przewagę, że jest tu wówczas zupełnie pusto:

W okolicy szczytu nie brakuje innych motywów, zarówno bliskich…

… jak i dalekich, wśród których króluje budząca się do życia Teneryfa:

To jeszcze jeden atut zimy – latem niska przejrzystość powietrza sprawia, że sąsiadka Gran Canarii jest zwykle niewidoczna.

Teneryfę widać też z Pico de las Nieves (1949 m n.p.m.), najwyższego miejsca na wyspie. Na szczyt wjeżdża się samochodem, a w pobliżu znajduje się punkt widokowy na postrzępione okno skalne, Roque Nublo i właśnie Teneryfę w tle:

I nie tylko na nie:

W górach Gran Canarii jest mnóstwo innych miradores (punktów widokowych), a do większości z nich można wygodnie dojechać. Poniżej kilka kadrów z szeroko pojętych okolic Roque Nublo i Pico de las Nieves:

Na deser wracamy znowu nad ocean, a dokładniej na zachodnie wybrzeże wyspy. Klify są tu najwyższe, a plaże najbardziej fotogeniczne (choć dostanie się do niektórych wymaga sporego zachodu).

Poniżej Playa de Aldea, akurat łatwo dostępna, na której można ćwiczyć rozbryzgi wody na kamieniach:

To jedna z piękniejszych plaż na wyspie. Uchylając rąbka tajemnicy powiem, że w przygotowywanej właśnie wyprawie fotograficznej będziemy tu o zachodzie słońca, czyli w najlepszej porze do robienia zdjęć.

Inne plaże w tych stronach w niczym nie ustępują powyższej:

Skoro już zacząłem to dokończę: fotograficzna wyprawa na Gran Canarię jest w planach i to mocno zaawansowanych. Warto być na bieżąco…

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | 6 komentarzy

Chodźcieeee! Szybcieeeej!

dav

Kanion Antylopy (a w zasadzie dwa – górny i dolny) w przeszłości znany był tylko żyjącym na tych terenach Nawahom. Później niezwykła gra świateł na czerwonawych skałach zaczęła tu przyciągać fotografów. Dzisiaj miejsce jest tak popularne, że na wejście trzeba się zapisywać z długim wyprzedzeniem, a wąskie pęknięcie w ziemi stało się dla Indian żyłą złota.
Nie ma mowy o żadnej prywatności ani spokojnym kontemplowaniu pejzaży. To nie bezkresne przestrzenie Doliny Śmierci, ani nawet nie Horseshoe Bend w sąsiednim Page. Zwiedzanie przypomina przemieszczanie się w kolejce do kontroli paszportowej – tylko niestety jest znacznie szybsze. Przewodnik naszej grupy szybko nauczył się dwóch słów po polsku i używał ich kiedy tylko ktoś się zatrzymywał żeby zrobić zdjęcie (to te dwa tytułowe słowa).
Na szczęście wprawny fotograf z dobrym refleksem jest w stanie poradzić sobie nawet w takich warunkach. A nasza grupa składała się właśnie z takich osób. Poniżej kilka kadrów z dolnego Kanionu Antylopy:

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Dodaj komentarz

Lovely, Asian, Original, Sunny…

Dzisiaj kilka słów o Laosie, śródlądowym kraju na Półwyspie Indochińskim (ta „śródlądowość” to ewenement – wszystkie inne państwa regionu mają dostęp do morza). Piękne krajobrazy, wspaniałe świątynie, kolonialna architektura, świetna kuchnia – zdawać by się mogło, że turyści walą tu drzwiami i oknami. Na szczęście (jeszcze) tak nie jest. Widać to kiedy wędruje się po kraju (z wyjątkiem kilku najbardziej popularnych miejsc) albo studiuje dane statystyczne. Dwa lata temu sektor turystyczny wzbogacił Laos o 2 mld dolarów, podczas gdy sąsiednia Kambodża zarobiła prawie trzy razy więcej, a Tajlandia… czterdzieści razy więcej. To oznacza, że turystyczny boom jest jeszcze przed nami. A to oznacza, że warto tu przyjechać właśnie teraz.

Na Dalekim Wschodzie podaż szybko dostosowuje się do popytu. Jednym z tego przejawów są dogodne połączenia lotnicze na trasach między najważniejszymi ośrodkami turystycznymi. Dzięki temu po zwiedzeniu Angkoru można po kilku godzinach znaleźć się w Luang Prabang – najbardziej zabytkowym mieście Laosu. Już w czasie podchodzenia do lądowania widać, że znaleźliśmy się w innym świecie. Zachodnia Kambodża jest płaska jak stół, a tu za oknami przesuwają się zielone góry i wijący się między nimi Mekong.

Samo Luang Prabang to miasto postkolonialnych rezydencji i watów, czyli buddyjskich świątyń:

Codziennie skoro świt wychodzą z nich mnisi i w tradycyjnym pochodzie przemierzają ulice, a miejscowi nasypują im do misek ryż.

Między szacownymi budowlami rozpycha się targowisko – miejsce, w którym codziennie przewijają się tłumy miejscowych i przyjezdnych:

Przewagę tych drugich widać na tzw. nocnym targowisku u stóp wzgórza Phu Si, gdzie codziennie wieczorem handluje się pamiątkami i lokalnymi wyrobami.

Luang Prabang jest pięknie położone, na wysokim brzegu Mekongu, a okolice miasta w niczym mu krajobrazowo nie ustępują. Świetnym celem wycieczki jest wodospad Tat Kuang Si, szczególnie efektownie prezentujący się pod koniec pory deszczowej:

Ucztą dla oczu jest trasa na południe, do Vang Vieng. Wszechobecna zieleń i dzikie kształty skał nasuwają skojarzenia z chińską doliną Li:

Podziwiając widoki można nieopatrznie wejść klapkiem w… kałużę smoły. Porzuconym obuwiem natychmiast zajmuje się miejscowa brygada renowacyjna:

Samo Vang Vieng ma równie efektowną lokalizację, a usytuowane nad rzeką hotele są świetnym miejscem do obserwacji zachodów słońca:

Między góry z powyższego zdjęcia prowadzi lokalna droga – najwięcej frajdy sprawia przejechanie jej podstawowym laotańskim środkiem transportu, czyli songthaewem:

Jest to duży pick-up z otwartą paką, na której pasażerowie siedzą na ławkach, bokiem do kierunku jazdy.

W dolinie znajdują się pola uprawne, a na nich rolnicy:

Niektórzy bardzo młodzi…

… i pozujący do zdjęć na różne sposoby:

Na niektóre szczyty można wejść. Ścieżka przez dżunglę jest stroma, ale na wierzchołku czekają piękne widoki…

… a także… mini-knajpka, czyli bezcenna lokalna inicjatywa (nikt po wspinaczce nie odmówi schłodzonego napoju).

Kilka godzin jazdy na południe od Vang Vieng położona jest stolica kraju, Wientian, a kawałek dalej – granica z Tajlandią. Przy niej warto znaleźć Buddha Park, czyli park niezwykłych figur, które stworzył tajsko-laotański rzeźbiarz Bunleua Sulilat:

Celem, który mu przyświecał, była synteza dwóch wielkich religii: buddyzmu i hinduizmu.

Buddha Park rozłożył się na brzegu Mekongu:

Tereny po drugiej stronie należą już do Tajlandii. Po przekroczeniu granicy można podjechać na lokalny dworzec kolejowy i bardzo wygodnym nocnym pociągiem potoczyć się do Bangkoku.

Jeżeli chcesz zobaczyć ze mną Laos to zapraszam na listopadową fotoekspedycję. Jej program i szczegóły praktyczne dostępne są na stronie Klubu Podróży Horyzonty.

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | 1 komentarz

Spotkanie na krawędzi

Na łęgi rogalińskie jeździ się fotografować dęby (albo po prostu wśród nich spacerować). Podczas niedawnego pleneru światło generalnie dopisywało – może z wyjątkiem ostatniego poranka, który był dość mdły. Po rutynowym patrolu między dendrologicznymi monumentami poszedłem do sąsiadującego lasu, zobaczyć czy nie da się tam czegoś skomponować. Nawet się dało, akurat też z dębów:

Za lasem płynie Warta. Blisko rzeki natknąłem się na bobrowe zgryzy. Sądząc po rozmiarach zaatakowanego drzewa, gryzonie miały dużo wiary we własne siły:

Światło nie miało zamiaru się zmienić, więc stanąłem nad rzeką i zacząłem w aparacie przeglądać plony poprzedniego dnia, gdy strzelałem seriami do łabędzi pływających między odbiciami dębów. Długo stałem bez ruchu i nie emitowałem żadnych dźwięków (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Po jakimś czasie w wodzie kilkanaście metrów ode mnie coś zapluskało. Po chwili na tafli pojawiły się dwa wypukłe kształty. Najpierw dość irracjonalnie pomyślałem, że to oczy krokodyla, ale przypomniałem sobie, że fotowyprawę do Etiopii mam dopiero za pół roku. Chwilę później jedno oko wytoczyło się na brzeg i przybrało postać włochatego owalu z płaskim ogonem:

Powyższe zdjęcie powstało nieco później. Za jednym owalem wypełzł drugi i flegmatycznie zaczęły coś sobie robić łapkami. A ja w myślach zrobiłem przegląd tego, co mam na szyi. Miałem supertele, więc było nieźle. Gorzej z czułością. Zgryzy robiłem ze statywu na ISO 100. Musiałem mocno podnieść i przy tym nie wystraszyć moich gospodarzy. Przypomniały mi się wszystkie opowieści o płochliwości bobrów i o tym, że nie sposób ich podejść (tu na szczęście była ta różnica, że to one podeszły). Ruszając tylko palcem i nie patrząc na aparat zacząłem przy nim manipulować. Guzik ISO i pokrętłem pyk. Bobry nic. Znowu pyk. Nic. Pyk pyk pyk. Spokój. Tak doszedłem do pięciu tysięcy (przynajmniej tak wynikało z moich obliczeń) zupełnie ignorowany przez futrzaki. A gdy podniosłem aparat do oka, te majestatycznie zsunęły się do wody.

Pomyślałem, że jest po zabawie, kiedy dwie główki mignęły w wodzie tuż przed moimi oczami:

A po chwili dopłynęły tak blisko, że już bardziej się nie dało:

I wygramoliły na zwaloną kłodę:

Teraz już bez ceregieli zacząłem je fotografować. Ten bardziej rudy szybko mnie zauważył i dłuższy czas przyglądał się z dość zawadiacką miną:

A potem oba odpłynęły, bynajmniej zbytnio nie spłoszone.

Powyższe zdjęcia może nie są najlepszymi portretami bobrów ever, ale frajdy miałem co niemiara…

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | 2 komentarze

Europejska Antylopa

Kanion Antylopy – a w zasadzie dwa – to jedna z największych (choć nie obszarowo) atrakcji fotograficznych Stanów Zjednoczonych. Jeśli jednak ktoś nie chce wybierać się za ocean, może znaleźć jego odpowiednik… na oceanie. Dokładniej – na Gran Canarii. Kojarzona z wakacyjnym luzem wyspa ma do zaoferowania znacznie więcej niż hotelowe baseny. Krajobrazy są tu tak różnorodne, że można byłoby nimi obdzielić kilka krajów: wydmy, strzeliste klify, kamieniste plaże, piękne góry… A także wąwozy – większe i mniejsze. Do tych ostatnich należy Barranco de las Vacas (co można przetłumaczyć jak Krowi Kanion). Nie jest to żelazny punkt na liście wycieczek, zresztą trudno byłoby się przy nim zatrzymać autokarem: w pobliżu jest tylko jedna niewielka przestrzeń parkingowa. Na dodatek miejsce jest bardzo odludne, a ślady po wybitych szybach na powyższym „parkingu” dają nieco do myślenia.

Barranco znajduje się poniżej szosy – prowadzi doń łatwa ścieżka, a spacer zajmuje najwyżej 15 minut:

Na koniec trzeba przejść przez tunel pod kamienną ścianą (czyli mostem drogowym):

Za nim zaczyna się właściwa część kanionu. Ma wszystkiego może z dwieście metrów długości, ale fotograf nie będzie się tu nudził:

Oprócz szerszych ujęć można bawić się detalami, np. „stopniami”, po których mało kto by wszedł, czy kamienną wstęgą w ścianie:

Kanion kończy się ślepo – trzeba wrócić tą samą drogą. Istnieje duża szansa, że będzie się tu samemu albo w towarzystwie przedstawicieli najbardziej dociekliwej krajoznawczo nacji na naszym kontynencie (w pozytywnym znaczeniu). Wszystkie spotkane na miejscu osoby potrafiłyby tez problemu powiedzieć wierszyk o brzmiącym chrząszczu…

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Dodaj komentarz

Werbujemy do bandy ;)

Uwaga!!! Wyjęty spod prawa James Dalton ogłasza nabór do bandy wyruszającej na podbój Dzikiego Zachodu. Tylko dla największych śmiałków! Będziemy napadać na dyliżanse, strzelać się z ludźmi szeryfa, urządzać pojedynki rewolwerowców i jeździć na bizonach… No dobra, może z niektórych punktów programu zrezygnujemy, ale na pewno nie odpuścimy robienia zdjęć. Co więcej, zrobimy lepsze niż wszystkie bandziory Dzikiego Zachodu razem wzięte 😉

Zapisy do bandy (tutaj) już trwają. Warto się pospieszyć, bo Dalton zabiera ze sobą tylko nielicznych…

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Dodaj komentarz