Zorza z Łysym

Fotografowie nie od dziś dyskutują na temat plusów i minusów obecności Księżyca podczas wykonywania zdjęć zorzy polarnej. Jedni uważają, że powinno go nie być, bo białe światło zakłóca obserwację. Inni par contre – Łysy nie przeszkadza, a nawet pomaga, bo doświetla to co na dole i dzięki temu zdjęcie jest ciekawsze. Będąc dalekim od teoretyzowania, postanowiłem sprawdzić rzecz organoleptycznie. I już wiem: też jestem par contre. Księżyc i Aurora świetnie się dogadują. I nie ma mowy o zagłuszaniu tej drugiej przez ten pierwszy – nocne zdjęcia robiło się przednio, chociaż na Lofotach trafiliśmy akurat na Księżyc w wersji „super”:

Powyższe zdjęcie to jedyne w tym wpisie, które nie powstało w nocy. Zrobiłem je skoro świt, dając uprzednio po hamulcach na widok Łysego w pełnej krasie, uciekającego za górę.

Przy takim Księżycu można fotografować po zmroku niezależnie od zorzy – szczególnie zimowe pejzaże rozjaśnione przez śnieg:

Ciemność sprawia, że chmury ładnie rozmywają się bez konieczności nakładania filtrów, a zimne światło nadaje światu niesamowitą, odrealnioną postać:

Nawet samotny domek wygląda na… jeszcze bardziej samotny:

A zorza? Cóż, najsłabsze świecą zwykle nikłą kreseczką na północy, a tam Księżyca nie ma. Co ciekawe, kiedy zorza jest naprawdę słaba, wygląda jak biała smuga i można ją łatwo pomylić z chmurą lub śladem samolotu. Trzeba wtedy zrobić zdjęcie – aparat widzi więcej i na wyświetlaczu nieoczekiwanie może się pojawić zielona kreska:

Zdarzały mi się też pomyłki w drugą stronę. Solidną białą linię brałem za światła północy, a po zrobieniu zdjęcia nadal pozostawała biała…

Za to gdy zorza polarna się rozkręci to wątpliwości już nie ma żadnych:

Na niebie robi się zielono, a spektakularny taniec świateł wprawia w osłupienie:

Aurora szaleje, a Księżyc grzecznie podświetla góry:

Czasami trochę przyblednie, staje się bardziej subtelna:

A potem znowu przywali:

I to tak, że w jej obserwacji nie są w stanie przeszkodzić światła miejscowości poniżej:

Ciekawe mogą też być obserwacje… obserwatorów zorzy. Na przykład pod powyższą grupa azjatyckich turystów tańczyła, skakała i robiła sobie selfies komórkami.

Podczas dwóch tygodni na Lofotach zorza pojawiała się ze zmiennym szczęściem. Pierwszego mogliśmy ją obserwować kilka razy. Drugiego też była, tyle że… nad chmurami. A następna okazja do obserwacji już za rok 🙂

 

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Plaża na końcu świata

Dzisiaj wreszcie spadł u nas śnieg (mieszkam w Wielkopolsce i w tzw. cieniu opadowym, więc to rzadkość) i świat zrobił się czarno-biały. Taki jak powyższe zdjęcie z Elgol, chociaż tam nie ma śniegu. Elgol to prawdziwy koniec świata – trzeba się nieźle wysilić, żeby tu dotrzeć. Ale warto, bo to jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc na Skye, czyli jednej z najbardziej fotogenicznych wysp na świecie. Kilka wpisów temu pokazałem zdjęcie zachodu słońca, który sam sobie zrobiłem. Tu obraz z poprzedniej fotowyprawy (w 2016 r.). Na Skye można przyjeżdżać dowolną ilość razy i za każdym będzie inne światło. Do tego samego wniosku doszło kilkoro Uczestników naszego ostatniego pleneru (w listopadzie 2017), którzy… zapisali się już na następny (4–11 listopada 2018). Jak ktoś ma ochotę na pójście ich śladem, może zrobić to na stronie Klubu Podróży Horyzonty.

A ja już niedługo ruszam na Lofoty. Dwa razy było bezzorzowo, ale – jak powiadają – do trzech razy sztuka 🙂

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Old Man w różnych odsłonach

Starzec ze Storr to najbardziej znany punkt widokowy Wielkiej Brytanii.

Wyrastający we wschodniej części Półwyspu Trotternish skalny ostaniec regularnie bity jest atlantyckimi wiatrami i moczony dzikimi ulewami. Fronty atmosferyczne gnają tu jeden za drugim i dzięki temu „Dziadek” jest tak atrakcyjny fotograficznie.

Można go odwiedzać wiele razy i za każdym będzie inne światło (a nawet za tym samym razem, bo wszystkie zdjęcia pochodzą z ostatniego pleneru):

Ja byłem tu cztery razy. Za pierwszym nawet nie o świcie – przedpołudniowe słońce przebijające się przez chmury dało taki spektakl, że to chyba właśnie wtedy przekonałem się do wyjazdów do Szkocji w listopadzie. Za drugim (podczas pierwszej fotowyprawy) Old Mana… nie było. Przykryła go mgła, a z nieba siąpiło paskudztwo. Trzeci raz był najbardziej szkocki. Podczas dojazdu na parking (jeszcze ciemną nocą) tak lało, że nawet najtwardsi wojownicy statywów mieli nietęgie miny. Popadywało jeszcze jak podchodziliśmy, po czym na górze nagle zrobiło się słonecznie. Kilka chmurek o świcie, a potem „lampa”, czyli błękitne niebo.

Czwarty był teraz w listopadzie.

Do Old Mana idzie się z parkingu około godziny i jest to godzina konkretnego podejścia. Nie byliśmy jeszcze na miejscu kiedy zaczęły się pierwsze przebłyski. Jak już udało nam się dosapać i wbić statywy w pochyły stok, wystrzelił „red sunrise”:

Światło zmieniało się z minuty na minutę, a my – rozpierzchnięci u stóp góry (miejsc widokowych jest tu plus nieskończoność) oddawaliśmy się fotograficznemu szaleństwu.

Aż chmury ostatecznie zwyciężyły i zrobiło się bezświetlnie:

Pozostało już tylko zejść do autobusu i wrócić do Portree na pyszną kawę z ciastkiem albo świetne fish & chips w porcie (albo i to i to, jak w moim przypadku). Zasłużyliśmy 🙂

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Fotorelacja z Indochin

Za nami pierwsza fotoekspedycja, czyli wyprawa przygotowana specjalnie dla pasjonatów fotografii. Podobnie jak na wcześniejszych wyjazdach, odwiedzaliśmy najlepsze miejsca widokowe w porze najlepszego światła – jedyną różnicą był brak wieczornych warsztatów teoretycznych. Jak to się sprawdziło? Doskonale. Grupa (łącznie 13 osób) zamknęła się na wiele tygodni przed terminem odlotu, a na miejscu panowała fantastyczna atmosfera (to nie tylko moja  opinia) – jak zawsze, kiedy w jednym miejscu zgromadzą się pasjonaci. Podróżowali z nami fotografowie o różnym stopniu zaawansowania: od początkujących po takich, których prace wbijają w fotel. Wszyscy świetnie się dogadywali, zarówno podczas plenerów, jak i wieczornych „rozmów Polaków”. Zżyliśmy się ze sobą do tego stopnia, że żal było się rozstawać…

Ale od początku. Do Bangkoku dolecieliśmy liniami Emirates, z przesiadką w Dubaju (niezły widok na wyłaniający się z nocy Burdż Chalifa). Dwa sześciogodzinne loty szybko minęły – jedni spali, inni korzystali z multimedialnych rozrywek (z filmoteki można było wybrać różne egzotyczne filmy, np. polskie albo pakistańskie).

Dzięki komfortowej podróży w Bangkoku byliśmy w dobrej formie i po zakwaterowaniu w hotelu mogliśmy przystąpić do działania. Na miejsce wieczornej akcji wybraliśmy dwa kompleksy świątynne – Wat Arun i Wat Po – do których dotarliśmy tramwajem wodnym (nie tylko Wenecja takie ma). Ten pierwszy dość nieoczekiwanie przyszło nam oglądać w deszczu. Miało to swoje plusy, bo zamiast pocztówkowych ujęć można było upolować fajne odbicia w wodzie albo mnichów z parasolami:

Wat Po rozciąga się dokładnie po drugiej stronie rzeki Chao Phraya. Leżący Budda zawsze wygląda tak samo, ale las spiczastych stup na terenie świątyni najlepiej prezentuje się w okolicach zmroku. Przy okazji można sportretować lokalnego rezydenta:

To ostatnie wymagało sporego zaangażowania kilku osób, bo rezydent długo siedział na murku w zupełnie niefotogenicznej pozie…

Następnego dnia skoro świt wyruszyliśmy w stronę słynnego Angkoru. Najpierw dwa busy zawiozły nas do granicy z Kambodżą: podróż upłynęła w miłej atmosferze, jeśli nie liczyć drobnego incydentu, kiedy kierowca zaczął wykrzykiwać do mnie piskliwym głosem: „giw mi mani nał!”. Po kambodżańskiej stronie czekał już tamtejszy autobus, który dowiózł nas do Siem Reap. Tu też był jeden incydent: przewodnik na przydrożnym stoisku zjadł półsurowego kurczaka, przez co potem był jedyną na całym wyjeździe osobą z jakimikolwiek problemami żołądkowymi (brawo ja).

Następny dzień przeznaczyliśmy w całości na eksplorację Angkor Wat – największej świątyni na świecie. Tutejsze wschody słońca nad sadzawką są chyba najpopularniejsze w całej Azji: razem z nami spektakl podziwiało kilka tysięcy osób stłoczonych jedna na drugiej. Światło było akurat dość przeciętne – lepsze zdjęcia można było zrobić po południu znad drugiej sadzawki:

Ciekawszy był drugi wschód słońca. Część grupy postanowiła zrobić poprawkę przy Angkor Wat, a część pojechała do dawnego królewskiego basenu o romantycznej nazwie Sra Srang. Ta druga opcja miała dużo plusów: basen jest dużym jeziorem, a ozdobiona lwami platforma na brzegu stanowi doskonały punkt widokowy. No i było tu tylko kilkanaście osób. Zupełnie inna jakość fotografowania:

Przyznaję, że liczyłem na poranne mgiełki nad wodą. No i się nie przeliczyłem, chociaż pojawiły się z dość nieoczekiwanej strony. W skleconych z desek kafejkach na brzegu zaczęto parzyć kawę („Kofi mister?”), a dymek poszybował nad jezioro. Na dodatek wszyscy już sobie poszli, z wyjątkiem łaciatego rezydenta, który postanowił zostać moim pierwszym planem:

W kompleksie Angkoru (Angkor Wat to tylko jego niewielka część) spędziliśmy kilka dni. Odwiedziliśmy m.in. Angkor Thom z niesamowitymi rzeźbami hinduistycznych boginek:

Rozszerzyliśmy też program i pojechaliśmy do Banteay Srei, z najpiękniejszymi płaskorzeźbami w całej Kambodży (mówi się, że wykonały je kobiety, bo żaden facet nie stworzyłby czegoś tak delikatnego):

Nie zabrakło też słynnego Bajonu z wieżami w kształcie twarzy Buddy, ani Ta Prohm, po którym biegała Angelina Jolie vel Lara Croft. W jednym miejscu trafiliśmy na pistacjową sesję ślubną:

W innym na śliczną dziewczynkę:

Jeden z zachodów słońca podziwialiśmy ze świątyni Pre Rup. Jest to piramida, wyglądająca jak miniaturowy Angkor Wat i wyrastająca wysoko ponad drzewa:

Ze szczytu zafascynowany fotografowałem nadciągające burzowe chmury:

Nadciągnęły zaskakująco szybko. Zgodnie z zasadą „kapitan schodzi ostatni” obszedłem całość, żeby zobaczyć czy nikt nie został. Skończyło się to przemoczeniem „do gaci” i wesołością grupy, która sucha i bezpieczna siedziała już w autobusie.

Jeszcze jedną atrakcją w okolicach Siem Reap jest pływająca wioska na jeziorze Tonle Sap. Po drodze zatrzymaliśmy się żeby sfotografować prowincjonalne targowisko. Na zdjęciu lokalna rodzinka wracająca z zakupów:

Pływająca wioska była ciekawa, a jeszcze ciekawszy zatopiony las, po którym pływa się łodziami (na pierwszym zdjęciu nasza wioślarka):

Tego dnia po południu pożegnaliśmy Kambodżę i z nowiutkiego lotniska polecieliśmy do Laosu. Naszym pierwszym celem było Luang Prabang – piękne miasto z kolonialną architekturą, położone w widłach Mekongu i rzeki Nam Khan. Czekała nas tu niespodzianka pogodowa. Po relaksująco ciepłej Kambodży musieliśmy wyjąć z plecaków kurtki.

Luang Prabang słynie z porannych procesji mnichów, którzy maszerują ulicami z miskami w dłoniach, a miejscowi nasypują im do misek ryż. Pierwsi mnisi zrobili nam dowcip i wyszli jeszcze przed świtem. Nie zraziliśmy się jednak i zaczęliśmy ich fotografować w sztucznym oświetleniu:

Szybko zrobiło się jasno, a do mnichów dołączyły psy, wyczuwając śniadaniową atmosferę:

Ciekawostką Luang Prabang są sezonowe bambusowe mosty na Nam Khan (powstają w porze suchej, a w deszczowej woda je zmywa):

Prócz kolonialnych domów miasto słynie z pięknych świątyń, takich jak Wat Ho Pha Bang na terenie kompleksu królewskiego (daszki poniżej to nocne targowisko):

Z Luang Prabang postanowiliśmy zrobić wycieczkę do wodospadów Tat Kuang Si. Rzeka przedziera się przez dżunglę spływając efektownymi kaskadami, pod którymi tworzą się zielonkawe baseny. Można tu spędzić całe godziny rozstawiając statyw to tu, to tam…

Naszym kolejnym celem było Vang Vieng. Z Luang Prabang jedzie się tu przez góry, co samo w sobie stanowi atrakcję (szczególnie kiedy pojawiają się wędrujące mgiełki, jak na naszej trasie). Niesamowite krajobrazy zaczynają się jeszcze przed dojechaniem na miejsce:

W Vang Vieng wróciły podkoszulkowe temperatury. Samo miasto leży nad rzeką, za którą wznoszą się efektowne skalne wzgórza. Najlepszy widok jest z pewnej wysokości, dlatego warto tu przyjechać z dronem albo zatrzymać się w odpowiednim hotelu. My wybraliśmy tę druga opcję. Poniżej wschód słońca z naszego balkonu:

A tu zachód – też z balkonu:

Można też wyjść kawałek za miasto i plenery otwierają się same. Poniższe zdjęcie to panorama z dwóch ujęć, wykonana zza płotu po wyłamaniu kawałka bambusowej sztachety (i tak już ledwo się trzymała):

W Laosie zajrzeliśmy też do Vientiane, stolicy kraju. Jednym z symboli Laosu i religii buddyjskiej jest świątynia Pha Tat Luang na obrzeżach miasta:

Stanowi cel pielgrzymek różnych grup społecznych i zawodowych. My trafiliśmy na kierowców tuk-tuków, którzy akurat robili tu sobie zdjęcia wraz ze swoimi przystrojonymi rydwanami:

Najbardziej niezwykłym miejscem w okolicach Vientiane jest Buddha Park – park rzeźb o tematyce religijnej. Nietypowe figury mają stanowić syntezę buddyzmu i hinduizmu. Jedną z nich jest wielka dynia z paszczą, przez którą wchodzi się do środka:

Przy największym Buddzie zrobiliśmy sobie zdjęcie. Oto Dwanaścioro Wspaniałych (i ja):

Po odwiedzeniu parku przeprawiliśmy się na tajską stronę granicy, gdzie wsiedliśmy w wygodny nocny pociąg do Bangkoku. Podróż upłynęła bardzo przyjemnie i w komfortowych warunkach, tym bardziej, że nad wagonem czuwali konduktorzy, którzy na wstępie miło poinformowali, że „beer not allowed, sir”.

Po dotarciu do Bangkoku ogarnęliśmy się w hotelu, po czym pojechaliśmy na pływający targ Damnoen Saduak. To od wielu lat tajlandzkie „must see”. Od zbyt wielu. Poziom skomercjalizowania tego miejsca przekroczył akceptowalny poziom i więcej tu nie wrócimy. Na pożegnanie zrobiłem kilka portretów:

Za to mieliśmy fajny wieczór. Na początku podróży odwiedziliśmy stary Bangkok, teraz skoncentrowaliśmy się na współczesnym city. Miejsc, z których można podziwiać wieżowce jest sporo, my wybraliśmy park z jeziorkiem, wokół którego biegali lub spacerowali miejscowi (co ciekawe, ruch jest jednostronny). Niektórzy też karmili żółwie albo robili sobie zdjęcia:

Po zmroku zrobiło się bardzo ładnie, a fotografowie rozciągnęli się wzdłuż nabrzeża w poszukiwaniu idealnej kępy kwiatów na pierwszym planie. Tzw. Niebieska Godzina przyniosła takie światło:

Po zmroku wróciliśmy do centrum i zrobiliśmy sobie pożegnalny spacer po Bangkoku. Odwiedziliśmy chińską dzielnicę (już spała) i dystrykt uciech Patpong (dopiero się budził).

A potem Emirates wygodnie przetransportowały nas z powrotem do Polski. Nawet bardzo wygodnie: na odcinku Bangkok–Dubaj lecieliśmy dwupokładowym Airbusem A380, największym pasażerskim samolotem świata. W parze z wielkością maszyny szła jakość systemu audio: pierwszy raz w samolocie mogłem wygodnie słuchać metalu 🙂

Fotoekspedycja do Indochin była tak udana, że w 2018 r. planujemy kolejną (z niewielkimi modyfikacjami). Jej termin niedługo zostanie ogłoszony na stronie Klubu Podróży Horyzonty. Zapraszam 🙂

Opublikowano Aktualności | 2 komentarze

Welcome back

Tak, wiem, miesięczna przerwa we wpisach to prawie skandal dyplomatyczny. Już jestem. I będzie mnie więcej. Cytując kierowcę z jednej z naszych fotowypraw: „Trzymajcie się, bo będę nadrabiał!”.

Już na dniach obszerna relacja (tez fotograficzna) z naszej pierwszej fotoekspedycji do Indochin. Tam to się działo: świątynie, wschód nad Angkor Wat (podziwiany w towarzystwie miliona turystów) i w innym miejscu Angkoru (prawie w samotności), dżungla, wodospady, mnisi, których fotografowaliśmy (patrz wyżej), mnisi, którzy nas fotografowali (ten sam pięć minut później), światło nad skałami Vang Vieng i mnóstwo różnych różności. Ekipa i atmosfera była taka, że można byłoby tam spędzić jeszcze z miesiąc…

Za rok wracamy 🙂

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Zachód słońca w Elgol

Elgol to wioska na południowym zachodzie wyspy Skye, bardzo znana wśród fotografów, za to zupełnie ignorowana przez turystów. Do tego stopnia, że za każdym razem kiedy ją odwiedzaliśmy, kierowcy (szkoccy) byli tu z nami po raz pierwszy. Elgol to kilkanaście domów i „plaża”. Ta ostatnia raczej nie przypadłaby do gustu miłośnikom kocyków i parawanów: są tu same głazy i skały. Wyjątkowo fotogeniczne. I wyjątkowo niegościnne. Byłem tu po raz czwarty i zawsze pogoda była pod psem. Teraz też: wyglądało to tak, jakby deszcz z wiatrem poszli o zakład, który bardziej nam dokopie.

Ale co to? Nagle tuż przed zachodem słońca niebo otworzyło się i złoty promień padł dokładnie na skałę, na którą miałem wycelowany obiektyw. Jaka miła nagroda za ponadgodzinne moknięcie…

A naprawdę? Naprawdę było tak:

A jak się chciało mieć ładnie wybarwione niebo to pierwszy plan znikał w czerni:

Cały czas lało i nie było mowy o żadnym przebłysku. Sam go sobie zrobiłem. Włączyłem lampę, nałożyłem filtry ocieplające, ustawiłem błysk w okolicy maksymalnego i odszedłem z nią od aparatu, tak żeby światło padało z tej samej strony co zachodzące słońce. Trzask i mamy uroczy sunset (zdjęcie otwierające wpis). A dokładniej to kilka trzasków, potrzebnych do odpowiedniego ustalenia ekspozycji i miejsca błyskania. Teraz do pełni szczęścia brakuje jeszcze lampy tak silnej, żeby potrafiła oświetlić chmury…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Plener na łące

Garmisch-Partenkirchen kojarzy się głównie ze sportami zimowymi, ale fotografowie też znajdą tu dla siebie niejedno poletko. A właściwie łąkę. Taką jak ta, na której powstały te zdjęcia. Kiedy byłem tu po raz pierwszy, myślałem, że odkryłem to miejsce dla świata fotografii pejzażowej. Pofałdowana łąka nad jeziorem, z szałasami pasterskimi i widokiem na dwa potężne masywy górskie: Wetterstein i Karwendel. Rewelacja. Niestety, nie jestem jedynym odkrywcą tego miejsca, o czym świadczy grupa rumuńskich fotografów, którzy dzielnie stawiali czoła przeważającym siłom naszej fotowyprawy. Byłem w tym miejscu po raz trzeci i za każdym razem było inne światło. Za pierwszym słońce i błękit bez chmur, za drugim mgła i zerowa widoczność (plener uratowały kozy i uroczo pachnący cap o dobrodusznej twarzy). Teraz było najlepiej: góry, mgiełki i chmury. Przydałyby się jeszcze pojedyncze lasery słoneczne, ale nie można mieć wszystkiego…

Powyżej widok gór Wetterstein, najwyższych w Niemczech. Poniżej trójka naszych fotografów poluje na Karwendel we mgle:

Tu też Karwendel i „nasza” łąka w całej krasie:

A na końcu okoliczna wioseczka, z dymem z komina uroczo stapiającym się z mgłami:

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Dolomity od rana do wieczora

Trzecia fotowyprawa w Dolomity i do Wenecji stała pod znakiem ciekawego światła. W Dolomitach trafiliśmy na bardzo dobre, a w Wenecji było… zmienne. W tym wpisie skupię się na górach. Po raz pierwszy byliśmy tu jesienią i to był chyba dobry wybór, zważywszy że mniej więcej w tym samym czasie Dolomity eksplorowali tacy fotografowie jak David duChemin, czy Daniel Kordan.

Poranek na łąkach był początkowo bezwidokowy, a mi nie pozostawało nic innego, jak tłumaczenie, gdzie za chmurami schowany jest Monte Pelmo:

W końcu jednak się pokazał („O kurde, ale wysoko!”). A fakt, że tylko w kawałku dodawał mu tajemniczości:

Światło zmieniało się błyskawicznie, co można było dostrzec nawet za warstwą chmur:

Po śniadaniu wjechaliśmy kolejką na wysokość ponad 2700 m n.p.m. To był dobry pomysł – okazało się, że prawie całe Dolomity są pod chmurami, a my nad. Z pierzastego morza wyrastały tylko najwyższe szczyty. Na szczęście taki stan trwał długo i po początkowej bieganinie szaleńcze pstrykanie zamieniło się w spokojne komponowanie kadrów (na poniższy załapały się też Alpy z austriackiego Tyrolu):

Dla uzyskania lepszej perspektywy niektórzy ryzykowali spacery nad samą przepaścią (ten pomarańczowy to nasz):

A wieczorem wybraliśmy się nad jezioro Misurina. Zachody słońca bywają tu bardzo subtelne, pocztówkowo-kolorowe albo… żadne. My mieliśmy do czynienia z tym pierwszym wariantem, bardzo miłym dla oka:

Z Dolomitów ruszyliśmy do Wenecji. Ale to już zupełnie inna historia…

 

Opublikowano Aktualności | 2 komentarze

Tara z boku i z góry

Przepływająca przez północną Czarnogórę rzeka Tara tworzy najgłębszy kanion w Europie. Jeśli ktoś jednak wyobraża sobie pionowe czerwone skały jak w Kolorado, będzie rozczarowany. Tutaj dominuje zieleń, a skał jest jak na lekarstwo. O głębokości też można dyskutować. Zmierzono ją w najwyższym miejscu, niedaleko głównego grzbietu Durmitoru, gdzie odległość między krawędziami a nurtem rzeki wynosi około 1300 m w pionie. Dalej na wschód jest znacznie niższy. To trochę jak z doliną Kali Gandaki w Nepalu: odległość między rzeką a szczytami Annapurny i Dhaulagiri na obu brzegach wynosi ponad 5500 m, czyli znacznie więcej niż w kanionie Cotahuasi w Peru, oficjalnie uznanym za najgłębszy na świecie (3354 m).

Odrzucając na bok rekordy – miejsce jest przepiękne i warte odwiedzenia. Fotografom spodoba się też pogoda, bardziej dynamiczna niż na wybrzeżu Adriatyku, gdzie najczęściej świeci słońce (latem) albo tygodniami pada deszcz (zdarza się w każdej innej porze roku). Dzięki wiodącej wzdłuż rzeki szosie kanion jest łatwo dostępny.

W niektórych miejscach można zejść nad samą rzekę. Po deszczu Tara zaczyna parować, co w połączeniu z jej niesamowitym kolorem sprawia ciekawe wrażenie:

Te kolor to coś między turkusem, seledynem, lazurem a pistacją. Zmienia się w zależności od padającego światła i tego, co rośnie na brzegach. Pewnie więcej na ten temat miałyby do powiedzenia panie, które podobno lepiej znają się na kolorach 😉

Najbardziej znanym miejscem widokowym jest słynny most na Tarze:

Powstał w latach 1937–1941 i był wówczas najwyższy w Europie (ponad 150 m). Wkrótce potem partyzanci wysadzili najmniejsze przęsło, aby uniemożliwić przedostanie się włoskich wojsk na teren Durmitoru (najmniejsze, żeby po wojnie łatwo było odbudować).

Dziś most stanowi atrakcję turystyczną. Jeszcze dekadę temu stał przy nim tylko mały lokal gastronomiczny i posterunek policji. Dzisiaj infrastruktura tak się rozbudowała, że zaczyna przypominać małą osadę. W ofercie są na przykład tyrolskie zjazdy na metalowych linach w poprzek kanionu.

Najlepsze widoki oferuje oczywiście sam most.

Na wschód:

I na zachód:

Zdjęcia robiłem przed sezonem, a już po moście kręciło się sporo turystów (i pies, który próbował zeżreć moje filtry). Miałem to szczęście, że było tuż po deszczu, dzięki czemu nad doliną pojawiły się mgiełki.

Jeszcze jednym świetnym miejscem widokowym jest Ćurovac, w okolicach Žabljaka, czyli „czarnogórskiego Zakopanego”. Prowadzi do niego wąska asfaltowa droga. Widać stąd najgłębsze partie kanionu. Na poniższym zdjęciu, zrobionym rankiem, chmury w dole mniej więcej odzwierciedlają przebieg rzeki. Miałem szczęście – pięć minut później już ich nie było:

 

Opublikowano Aktualności | 2 komentarze

Cztery razy klasztor

Ostatnio mieliśmy przyjemność odwiedzić Żagań – miasto znane z pałacu Wallensteina (jednego z głównych rozgrywających wojny trzydziestoletniej) i słynnej ucieczki jeńców ze Stalagu Luft III podczas II wojny światowej (nakręcono o niej film z takimi tuzami, jak Steve McQueen i Charles Bronson).

Zatrzymaliśmy się na nocleg w dawnym klasztorze Augustianów. Nie był to – oględnie mówiąc – Hilton, ale za to miałem widok z pokoju na dziedziniec i potężne gotyckie cielsko kościoła Wniebowzięcia NMP (ponoć piorunochron na wieży jest najstarszy w Europie; pochodzi z 1769 r.). I mogłem zrobić sobie mały projekcik pod tytułem klasztor w czterech oświetleniach.

Zdjęcie otwierające to środek słonecznego dnia. Neutralne światło, chmurki i tak dalej.

Wieczór (tego samego dnia) skrył w cieniu średnio atrakcyjny dziedziniec i elegancko wybarwił szczytową ścianę i wieżę kościoła:

Dzień był upalny, a takie dni często kończą się burzami (szczególnie ostatnio). No i przyszła. Zabytkowy piorunochron co prawda się nie przydał, ale i tak ładnie błyskało:

A po burzy jak to po burzy. Następny dzień wstał znacznie zimniejszy i generalnie mniej wakacyjny…

W klasztorze trwają prace remontowe, więc jest nadzieja, że za jakiś czas odzyska dawny blask. Tak czy tak – Żagań i okolice to miłe miejsce na krótki wypad. Polecam 🙂

Opublikowano Aktualności | Skomentuj