W krainie uśmiechu

Podczas fotograficznej podróży na Daleki Wschód odwiedziliśmy głównie Kambodżę i Laos. Dzisiaj trochę kadrów z tej pierwszej – na Laos jeszcze przyjdzie czas.

Dotarliśmy tu z Bangkoku, dokąd najłatwiej dolecieć z Europy. Było trochę czasu na eksplorację miasta, a wieczorne oberwanie chmury przypomniało nam, że tropikalny monsun jeszcze się nie skończył:

Były to jednak jego ostatnie podrygi, bo więcej na tym wyjeździe już nas nie zmoczyło.

Wróćmy jednak do Kambodży. W powszechnej świadomości kraj kojarzy się z Angkorem – największym kompleksem świątynnym na świecie. Jego rozmiary trudno sobie wyobrazić: pewne pojęcie może dać informacja, że wokół rozciągało się największe miasto jakie stworzyli ludzie przed rewolucją przemysłową.

Absolutnym hitem jest słynna świątynia Angkor Wat. Podziwianie wynurzającego się zza niej o świcie słońca to „must see” dla każdego kto tu przyjeżdża:

Sadzawka, zza której robi się zdjęcia, jest oblegana przez turystów o każdej porze roku:

Do tego stopnia, że ci, którzy przyjeżdżają później, nie są w stanie się do niej dopchać (mogą za to znaleźć pocieszenie przy kawie w którejś z okolicznych knajpek).

Krotko po wschodzie świat oblewa miękkie, ciepłe światło:

Angkor Wat, ze swoimi galeriami, pasażami, dziedzińcami na różnych poziomach i wspaniałymi zdobieniami, jest atrakcyjny również za dnia:

Świątynia żyje po dziś dzień i można tu natrafić na tradycyjne ceremonie z udziałem mnichów:

Na powyższym zdjęciu widać, że Kambodżanie często się uśmiechają. Na poniższym też:

Przedstawia ono naszego przewodnika – wyjątkowego oryginała, tryskającego energią i dobrym humorem. Jego koronnym numerem było wykrzykiwanie znienacka „Angkor whaaaat?!”, potrafił też zatrzymywać się przy nieznajomych i wrzeszczeć „I love you like crazy!” (np. do policjantów, wprawiając ich w niezłą konsternację). Dopiero kiedy po jakimś czasie pogadałem z nich sam na sam, przekonałem się, że to mądry i wrażliwy człowiek.

W Angkor Wat pewien problem sprawiają zachody słońca. Strażnicy obiektu tuż przed zaczynają sadystycznie przeganiać zwiedzających. Można się poddać i wyjść albo pobawić się w ciuciubabkę. Ja spróbowałem tej drugiej opcji – po raz któryś z rzędu i znowu bezskutecznie: wyłuskiwali mnie z najdalszych zakamarków. W końcu usiadłem w wypatrzonym wcześniej miejscu i powiedziałem strażnikowi, że jak wypędzi wszystkich Chińczyków z mojego kadru to pięć sekund później ja też sobie pójdę. Dotrzymałem słowa: gdy Chińczycy poszli (widać ich w oddali), zrobiłem zdjęcie i ruszyłem do wyjścia.

Angkor to nie tylko Angkor Wat. Jest tu bez liku innych świątyń. Niektóre pieczołowicie odrestaurowane, inne do dziś ukryte w dżungli. Do tych pierwszych należy Bayon, z wieżami w kształcie twarzy zagadkowo uśmiechniętego Buddy (jest ich tu ponad dwieście):

W tych stronach można też znaleźć niewielki pasaż z kapitalnie wyrzeźbionymi apsarami, devadami i innymi postaciami:

Innych doznań dostarcza fotografowanie celów ruchomych:

Na szczęście są przyzwyczajone do ludzi i ich ruchomość niespecjalnie przeszkadza w portretowaniu.

Kolejne miejsce to Ta Prohm, gdzie Angelina Jolie udawała Larę Croft. To właśnie to miejsce, gdzie agresywne korzenie drzew „zjadają” stare kamienne mury:

Spośród licznych płaskorzeźb w Ta Prohm najwięcej emocji budzi ta:

Do dziś trwają spory, czy jest to dziwnie pokazana krowa, pancernik, czy… stegozaur. Miłośnicy sensacyjnych teorii optują za tym ostatnim i za faktem, że dinozaury wcale nie wyginęły tak dawno temu…

W świątyniach Angkoru można robić różne rzeczy. Na przykład przemierzać tajemnicze korytarze niczym Indiana Jones…

… uczestniczyć w modłach (czynność wyjątkowo stosowna w takim miejscu)…

Albo wejść na jedną z piramid i podziwiać zachód słońca nad dżunglą:

W tej części Kambodży jest jeszcze jedna atrakcja – olbrzymie jezioro Tonle Sap, które drastycznie zwiększa swoją powierzchnię w porze deszczowej. Warto tu zrobić sobie wycieczkę do pływającej wioski:

Wyjątkowo wdzięcznym tematem zdjęć są jej mieszkańcy (nie mający nic przeciwko fotografowaniu):

Jednym z punktów programu jest pływanie łodziami po lesie mangrowym. Co ciekawe, wiosłują miejscowe kobiety (większość mężczyzn wyemigrowała):

Frajda jest nieziemska:

Płynąc można znienacka natrafić na przebieralnię mnichów:

Kambodża to kraj miłych, uśmiechniętych ludzi o łagodnym usposobieniu. Zawsze z przyjemnością tu wracam. Naszym następnym celem był Laos, ze wspaniałymi górskimi krajobrazami, które pokażę innym razem. Na koniec zdjęcie naszej grupy na tle Angkor Wat:

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

S jak Skye

Fotografując krajobraz warto patrzeć na chmury. Czasami trudno nie patrzeć – na przykład kiedy robią się krwistoczerwone o wschodzie słońca albo pomarańczowe o zachodzie (albo odwrotnie). Niekiedy przybierają nietypową formę, zaskakująco pasującą do tematu zdjęcia. Na taką trafiłem rok temu w Sligachan, w samym sercu wyspy Skye. Fotografowałem akurat rzeczny wywijas w kształcie litery „S”, kiedy zobaczyłem, że chmura nad nim układa się w taki sam kształt. Szybko zrobiłem powyższe zdjęcie, a potem drugie takie samo, na wszelki wypadek. Kilka sekund później  było już po wszystkim – chmura rozjechała się w bezkształtną „barbapapę”, a po podwójnym „S” zostało tylko wspomnienie…

Następna wyprawa na Skye już w listopadzie. Można się jeszcze zapisywać na stronie Horyzontów.

 

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Pogawędka z mnichem

Wróciliśmy z fotoekspedycji do Indochin. Robiliśmy zdjęcia w Tajlandii, Kambodży i Laosie. Były i duże miasta, i największe świątynie na świecie, i niesamowita przyroda. Wszystkiego po trochu, dla smaku. Niedługo fotograficzna relacja z tej podróży, a tymczasem „singiel” spod słynnego Angkor Wat. Na fotografowanie tego świętego miejsca Khmerów przeznaczyliśmy cały dzień. Spacerując w oczekiwaniu światła i poszukiwaniu kadrów natknęliśmy się  na grupkę odpoczywających mnichów. Jeden do mnie zagadał i na miłej konwersacji minęło dobre pół godziny. W końcu postanowiliśmy uczcić nasze spotkanie wspólnym zdjęciem. Efekt widoczny powyżej. Takie chwile nadają podróży zupełnie inny wymiar – podróżujemy w dużej mierze po to, żeby spotykać innych ludzi. Chciałbym żeby kiedyś mieszkańcy Kambodży też mogli przyjeżdżać do Polski i ucinać sobie pogawędki z tubylcami…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Fotograficzny rajd po Armenii

Niedawno wróciłem z fotowyprawy na Zakaukazie. Odwiedziliśmy Gruzję i Armenię. Gruzja gościła już na okfoto kilka razy, w tym wpisie skupię się więc na Armenii. Kraj jest mało znany wśród fotografów, co nie zmienia faktu, że warto tu zajrzeć.

Coś dla siebie znajdą miłośnicy klasztorów – jest ich bardzo dużo (według niektórych nawet za dużo). Urzekają surowymi, prastarymi murami, zwykle o dobrych kilkaset lat starszymi od zabytków w naszej części świata. Mają bardzo skomplikowane rozplanowanie przestrzenne i można się w nich zgubić (co jest raczej przyjemne, bo w ten sposób odkrywa się nowe zakamarki). I – co ważne – nikt nie ma nic przeciwko fotografom. Poniżej scenki z kilku ormiańskich klasztorów:

Specjalność Armenii to chaczkary, czyli misternie rzeźbione stele z krzyżami – nagrobne lub upamiętniające jakieś wydarzenie:

Jeszcze jeden atut klasztorów to fakt, że większość z nich zbudowano w pięknych miejscach:

Najbardziej znany pod tym względem jest Chor Wirap (powyżej), dla którego majestatyczne tło stanowi sam Ararat. Górę można też fotografować z ruin katedry Zwartnoc, jeśli załatwi się wstęp przed wschodem słońca, tak jak ja to zrobiłem:

Mniejszym bratem biblijnego wulkanu jest Mały Ararat, którego wierzchołek stanowi dogodny wskaźnik dla lokalnych winiarzy (kiedy przyprószy go pierwszy śnieg, należy zacząć zbiory winogron):

Ararat leży dziś poza granicami Armenii, a najwyższym szczytem kraju jest często kryjący się w chmurach Aragac. Na jego zboczach wznoszą się posępne ruiny zamku Amberd:

Bliżej Erywania, na trasie do klasztoru Geghard, można znaleźć ciekawe, „piszczałkowe” formacje skalne, zwane Kamienną Symfonią:

Warto też odwiedzić wschodnią Armenię, chociaż to już dłuższa podróż. Niemal na obrzeżach Górskiego Karabachu znajduje się opuszczona wioska Chndzoresk, której mieszkańcy żyli w pieczarach wydłubanych w miękkiej skale, niczym w tureckiej Kapadocji. Opuszczono ją zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Dziś można tu dojść po efektownie przerzuconym nad kanionem wiszącym moście:

A eksploracja samych pieczar to nie lada frajda:

W tej części Armenii jest też kamienny krąg Zorac Karer, uformowany w czasach prehistorycznych (do końca nie wiadomo w jakim celu). Fajnie się go fotografuje pod wieczór:

I nocą, kiedy kamienie stanowią świetny pierwszy plan dla Drogi Mlecznej:

Tyle Armenii. Jutro ruszam z grupą fotograficznych zapaleńców do Tajlandii, Kambodży i Laosu. Tam też będzie pięknie…

Opublikowano Aktualności | 2 komentarze

Czarne chmury nad plażą, czyli pewien plener na Łotwie

Wybrzeże Bałtyku kojarzy nam się z kilometrami białawego piasku i wydmami z tyłu. Na wczasy super, na zdjęcia – trochę monotonnie. Jednak nie wszędzie tak jest. Na przykład taka Łotwa: „nasze” plaże też tu są, ale nie tylko. Jest wybrzeże usiane owalnymi, zielonymi kamieniami. Są kamienne łachy jak w Norwegii albo Anglii. Są też piaskowcowe jaskinie o zabarwieniu skał z jordańskiej Petry i sterczące nad nimi dramatycznie drzewa. W takim miejscu pojawiłem się przed zachodem słońca. Niebo było średnie, więc zanurzyłem się w jedną z grot:

Fajnie w środku i fajne okienka na zewnątrz:

Kiedy wyszedłem z powrotem, niebo się zmieniło. Nadciągał potężny front atmosferyczny. Nieliczni spacerowicze szybko dali dyla (bardzo rozsądnie):

A duży fotograf z trochę mniejszym fotografem (czyli ja z synem) zabrali się za uwiecznianie pięknego spektaklu:

A potem biegiem rzucili się do ucieczki, dzięki czemu deszcz zmoczył ich tylko trochę… 😉

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Kambodża i Laos dla fotografów

Z przyjemnością ogłaszam, że fotoekspedycja Indochiny w obiektywie jest już potwierdzona. Jeżeli ktoś ma ochotę wziąć udział to serdecznie zapraszam – kilka dni temu było jeszcze parę miejsc. Wyjazd przeznaczony jest dla miłośników fotografowania, którzy lubią przygodę i dalekie podróże. Jak nasze inne wyprawy, podporządkowany jest zdjęciom. Oznacza to, że w porze najlepszego światła – czyli o wschodzie i zachodzie słońca – będziemy odwiedzać najbardziej malownicze miejsca.

„Jazda obowiązkowa” to słynny Angkor – największy kompleks świątynny na świecie. Spędzimy tu aż trzy dni, bo jest tego wart. Odwiedzimy potężny Angkor Wat, który można sfotografować na różne sposoby, niekoniecznie tak jak wszyscy:

W Bajonie zagłębimy się między kamienne twarze Buddy, w milczeniu przyglądające się turystom i pielgrzymom:

Będziemy podziwiać niezwykle misterne i kunsztowne rzeźbienia…

… oraz zmysłowe devady i apsary:

W tej części świata nie może zabraknąć mnichów w pomarańczowych szatach:

Przy czym niektórzy mogą nieoczekiwanie przypuścić kontratak…

Daleki Wschód to również olśniewające widoki, na przykład te w okolicach laotańskiego Vang Vieng:

Powyższe zdjęcie zachodu słońca zrobiłem… na balkonie mojego hotelowego pokoju. W tym roku oczywiście też tu śpimy.

Nie zabraknie wodospadów:

Będziemy pływać stateczkami i łodziami:

Jeździć po lokalnych drogach (choć niekoniecznie motorowerami):

Fotografować ciekawe detale nad Mekongiem i w górach:

I szukać niebanalnych ujęć strzelistych stup:

Indochiny to również uprzejmi ludzie, zwykle nie mający nic przeciwko pozowaniu do zdjęć:

A jak ktoś znudzi się fotografowaniem (choć trudno to sobie wyobrazić), zawsze może znaleźć dogodne miejsce na drzemkę:

Więcej zdjęć w galerii: z Kambodży i z Laosu.

Kambodża, Laos (i kawałek Tajlandii) już w październiku. A co jeszcze tej jesieni? Na fotowyprawy do Gruzji & Armenii oraz do Jordanii miejsc już nie ma. Można się za to jeszcze zapisywać na fotowyprawę do Andaluzji (te białe miasteczka nad przepaściami, wiatraki na wzgórzach i bajkowa Alhambra…) oraz na fotowyprawę na wyspę Skye, gdzie dzikie i surowe pejzaże wprawiają w zachwyt każdego bez wyjątku, a zdjęcia robią się prawie same.

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Łysy nad łąką… czyli zaćmienie Księżyca nad Rogalinem

Kiedyś w gazecie znalazłem taki palindrom (wyrażenie, które brzmi tak samo, niezależnie z której strony się je czyta): O, na Rysy łąką łysy rano! Przypomniał mi się podczas polowania na ostatnie zaćmienie Księżyca. Z grupą zaprzyjaźnionych fotografów wybraliśmy się na rogalińskie łęgi żeby podziwiać to zjawisko i w miarę możliwości uwiecznić je na naszych matrycach. Dwa elementy palindromu były na miejscu – brakowało tylko Rysów.

Zaćmienie przywiodło do Rogalina sporą grupkę fotografów. Nigdy nie widziałem ich tu tylu na raz. Taki zaimprowizowany fotograficzny piknik – niektórzy nawet piekli kiełbaski na grillu…

Ładne światło towarzyszyło nam od początku:

Potem za horyzont schowała się lampa, zbierając siły przed nocnym oświetlaniem naszego satelity na czerwono:

Przez jakiś czas było ładnie…

… a potem zapadła ciemność, a my przybraliśmy postawy oczekujące. I tak czekaliśmy, czekaliśmy… Dosyć długo. Zaćmienie co prawda zaczęło się wcześnie (nawet trochę za bardzo, bo Łysy był jeszcze pod linią horyzontu), ale chmury na wschodnim nieboskłonie skutecznie odcięły nas od widoków. Kiedy w końcu się rozstąpiły, Księżyc był już czerwoniutki (czytaj „zaćmiony”):

W takim stanie można go fotografować o wiele łatwiej niż zwykle. Po pierwsze, jest znacznie ciemniejszy i łatwo kontrolować ekspozycję. Po drugie, jego czerwień (sprawka naszej atmosfery, przez którą przechodzi słoneczne światło) jest bardziej sexy niż banalna biel podczas zwykłej pełni.

Zwykle zaćmienia są krótkie – kilka, czy kilkanaście minut i po krzyku. Teraz było inaczej. Księżyc chował się w naszym cieniu tak długo, że można było ustrzelić długą sekwencję jego ruchu i każda składowa pozostawała czerwona:

W końcu leniwie wynurzył się zza Ziemi, stwarzając okazję do uwiecznienia tego faktu w kolejnej serii ujęć:

W kadrze tego nie widać, ale różnica w ekspozycji między zaćmionymi a świecącymi Księżycami była… kosmiczna. Dlatego niezbędne jest fotografowanie w trybie manualnym i korekta naświetlania na bieżąco.

Następna okazja do ustrzelenia zaćmionego Łysego już w styczniu 🙂

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Santa Cruz – podniebny spacer w Andach

Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć góry himalajokształtne, które są łatwo dostępne i nie ma w nich europejsko-nepalskich tłumów, polecam peruwiańską Cordillera Blanca. Nie jest to terra incognita – dolinami wiodą wygodne ścieżki i drogi, niektóre nawet przemierzane przez lokalny transport publiczny. Same szczyty dostępne są wyłącznie dla doświadczonych wspinaczy: wyjątek stanowi kilka „trekkingowych”, które turyści wysokogórscy mogą zdobyć w towarzystwie lokalnych przewodników.

Najbardziej znaną trasą jest szlak Santa Cruz, swojego czasu uznany przez National Geographic za jeden z najpiękniejszych na świecie. Po przejściu jego najciekawszej części nie zamierzam z tą opinią polemizować…

Najpierw trzeba dojechać busem do osady Cashapampa. Nieutwardzona, „aviomarinowa” droga najpierw mija kilka przepięknie położonych wiosek (ich mieszkańcy z pewnością codziennie rozstawiają statywy i fotografują zachody słońca), a następnie wije się nad niezabezpieczoną przepaścią, skłaniając pasażerów busa do rozważań natury filozoficznej.

W Cashapampie następuje załadunek głównych bagaży na grzbiety osiołków. Załadunkowi towarzyszą typowe w takich sytuacjach dialogi. Mój z tragarzami brzmiał z grubsza tak:

– Za ciężkie, musicie wykupić jeszcze jednego osiołka!

– Tralalala!

Po zakończeniu negocjacji można ruszać na trasę. Małe plecaki z niezbędnym sprzętem (typu woda, aparat, krem UV i krówki) niesie się ze sobą, a główne toboły jadą na grzbietach osiołków, które oczywiście nie są nadmiernie przeciążone. Osiołki zwykle ruszają później. To bez znaczenia – i tak później bez trudu nas wyprzedzą.

Pierwszy etap to mozolne podejście doliną wzdłuż potoku Santa Cruz, od którego nazwę bierze cała trasa. Tego dnia robi się 900 m w pionie, a pod koniec zaczynają się miłe widoczki:

Etap kończy się na Llamacorral (3760 m n.p.m.), rewelacyjnie położonej polanie, z terenami biwakowymi ogrodzonymi kamiennymi murkami (nie wiadomo po co, bo i tak wszelka zwierzyna pałęta się w środku):

Namioty zostały rozbite przez miejscową ekipę „osiołkową”, która na trasie zdążyła nas wyprzedzić, przygotować biwak i częściowo wieczorny posiłek (kucharz miał na imię Jesus – imię w pełni zasłużone sądząc po jakości dań). Niebieski to jadalnia, a żółty i biało-pomarańczowe – nasze „pokoje”. Nie widać kibelka, w którego okolicy było robione zdjęcie. Kibelek to smukły namiocik bez podłogi, za to z dziurą w ziemi o rozmiarach łopatka na łopatkę.

Llamacorral to świetne miejsce na fotografowanie o wschodzie słońca. Na pierwszym planie malowniczo rozlewają się wody Santa Cruz, a na horyzoncie wyłania się masyw Taulliraju (5830 m n.p.m.; niektóre źródła optymistycznie szacują go na około 6300 m n.p.m.):

Chwilę potem padające ukośnie promienie słońca zmieniają górę w eterycznego ducha:

A po kolejnej chwili słońce pojawia się w samej dolinie:

W cieniu (do czasu) pozostaje tylko sama rzeka:

Po wspaniałym śniadaniu autorstwa Jesusa nasze osiołki ruszają w dalszą drogę:

Oczywiście chodziło mi o to zdjęcie…

Z jednym z cichych bohaterów trekkingu, należącym zapewne do innej grupy, zrobiłem sobie portret (ja z lewej):

Wyżej dolina zaczyna się rozszerzać. Trasa jest łatwa, a raczej byłaby gdyby nie wysokość. Daje się we znaki nawet po kilku dniach aklimatyzacji. Trzeba iść wolno i miarowo, bo inaczej zatyka. Zresztą jak się idzie wolno to też zatyka…

Pewne pocieszenie stanowią widoki:

Drugi biwak przypada na polanie Taullipampa (4250 m n.p.m.). To jeden z najpiękniejszych górskich amfiteatrów, w jakich byłem. Dokładnie nad naszym obozem (tradycyjnie przygotowanym przez poganiaczy osłów, którzy po górach przemieszczali się w nadprzestrzeni) wznosi się szeroki masyw Taulliraju – ten, który rano podziwialiśmy na dalekim końcu doliny:

Jeszcze z dojścia można podziwiać stożek Piramide (5885 m n.p.m.):

Z samej polany widać dwie najbardziej znane góry w Peru. Pierwsza to Alpamayo (5947 m n.p.m.), powszechnie uważana za jedną z najpiękniejszych na świecie (choć po prawdzie, wiele szczytów Cordillera Blanca dorównuje jej urodą). W kierunku masywu prowadzi boczna dolinka, na końcu której zwykle zakładają bazę ekipy wspinaczkowe. Początkowo mieliśmy zamiar zrobić to samo, ale nasz przewodnik Luca przekonał mnie, że w Taullipampa widoki są o wiele lepsze. Miał całkowitą rację.

Drugi słynny szczyt to Artesonraju (6025 m n.p.m.), najwyższy w tej okolicy. Nazwa może niewiele mówi, ale widział go każdy kto oglądał film wytwórni Paramount Pictures. To właśnie ta góra z czołówki.

Dzięki świetnej lokalizacji obozu można tu robić zdjęcia o dowolnej porze, na przykład w nocy:

Powyżej Nevado Artesonraju z pędzącymi gwiazdami i chmurami w tle. Może od tej strony nie do końca wygląda jak uwieczniona w Paramount, ale charakterystyczne wcięcie można dojrzeć na górze z prawej.

A poniżej sam Alpamayo o wschodzie słońca. Od dawna chciałem sfotografować ten szczyt. No i jest. Na zdjęciu otwierającym wpis w towarzystwie Nevado Quitaraju (6036 m n.p.m.), a poniżej sam jeden:

Jeżeli ktoś ma ochotę zobaczyć na własne oczy te wspaniałe góry (i nie tylko te – następne wpisy już wkrótce), zapraszam do kompanii. Wiosną 2019 r. organizujemy kolejny wyjazd.

Opublikowano Aktualności | 4 komentarze

Azjatycka Arizona

Wracamy do Kazachstanu, a dokładniej – do Parku Narodowego Ałtyn Emel. Po Śpiewającej Wydmie przyszedł czas na kolejną atrakcję, masyw Aktau. Skoro świt opuściliśmy wygodny hotelik i ruszyliśmy terenówką po krętej drodze-ścieżce po czymś co wyglądało jak forma przejściowa między sawanną a pustynią. Miejscowi byli w tak dobrym humorze, że dali mi poprowadzić (o tej porze żadne antylopy nie ćwiczyły rzucania się pod koła pojazdu).

Aktau to niesamowity mix kolorów i kształtów zaczarowanych w kamieniu. Już z daleka wyglądało to obiecująco:

„Droga” prowadzi do samych skał:

Ale bez przesady…

Dalej trzeba iść (na szczęście to przyjemny spacerek):

Faktury skał robią niesamowite wrażenie:

Na niektóre można wejść (też łatwo), żeby uzyskać inną perspektywę:

Gdzieniegdzie pojawia się osamotniony eksponat przyrody ożywionej:

A z samej góry najlepiej można ocenić odjechane kolory i kształty skał:

Po nasyceniu oczu i kart pamięci westernowymi krajobrazami Aktau wróciliśmy na pyszny obiad (ach te naturalne produkty…), a potem ruszyliśmy dalej w głąb olbrzymiego Kazachstanu. Ciąg dalszy oczywiście nastąpi…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Czterech Króli

Pierwszego dnia lało. Niby już nie powinno, ale ocieplenie klimatu, anomalia pogodowe i tak dalej. W namiotach byliśmy cali mokrzy.

Drugiego dnia już nie lało. A przynajmniej nie zlało nas. Po całym dniu spędzonym w górach rozsiedliśmy się w namiocie-kuchni i usłyszeliśmy bębnienie deszczu o materiał. Nie padało, ale widoków nie było, a przynajmniej nie takich, o jakie nam chodziło.

Przez dwa dni Cordillera Huayhuash pokazywała nam gdzie jest nasze miejsce. Trzeciego dnia o świcie (a wcześniej w nocy) dostąpiliśmy zaszczytu zobaczenia gór znanych dotąd tylko z książek i bohaterskich opowieści.

Poznajcie Czterech Króli Huayhuash. Pierwszy z lewej to Siula Grande (6344 m n.p.m.). Czytał ktoś Dotknięcie Pustki? To właśnie arena tej opowieści, tyle że akcja działa się po drugiej stronie.

Drugi to najwyższy szczyt tego pasma i drugi co do wysokości w Peru: Nevado Yerupajá (6635 m n.p.m.). Miejscowi mówią na niego El Carnicero (Rzeźnik). Na szczęście nie odnosi się to do dramatycznej historii, a do grani szczytowej, przypominającej nóż. Pierwszego wejścia dokonano w 1950 r., czyli wtedy, kiedy zdobyta została Annapurna, pierwszy ośmiotysięcznik.

Dalej na prawo wznosi się Yerupajá Chico (Mała Yerupajá; 6121 m n.p.m.), po raz pierwszy zdobyty przez Reinholda Messnera i Petera Habelera w 1968 r.

Ostatni z prawej to Jirishanca (6126 m n.p.m.), jeden z najtrudniejszych do zdobycia szczytów w Andach. Pierwszego wejścia dokonano w 1957 r., a drogę ówczesnych zdobywców powtórzono dotąd tylko raz.

Do wyprawy w Andy będę jeszcze wracał, bo był to piękny, trudny i bardzo satysfakcjonujący wyjazd…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj