Kambodża i Laos dla fotografów

Z przyjemnością ogłaszam, że fotoekspedycja Indochiny w obiektywie jest już potwierdzona. Jeżeli ktoś ma ochotę wziąć udział to serdecznie zapraszam – kilka dni temu było jeszcze parę miejsc. Wyjazd przeznaczony jest dla miłośników fotografowania, którzy lubią przygodę i dalekie podróże. Jak nasze inne wyprawy, podporządkowany jest zdjęciom. Oznacza to, że w porze najlepszego światła – czyli o wschodzie i zachodzie słońca – będziemy odwiedzać najbardziej malownicze miejsca.

„Jazda obowiązkowa” to słynny Angkor – największy kompleks świątynny na świecie. Spędzimy tu aż trzy dni, bo jest tego wart. Odwiedzimy potężny Angkor Wat, który można sfotografować na różne sposoby, niekoniecznie tak jak wszyscy:

W Bajonie zagłębimy się między kamienne twarze Buddy, w milczeniu przyglądające się turystom i pielgrzymom:

Będziemy podziwiać niezwykle misterne i kunsztowne rzeźbienia…

… oraz zmysłowe devady i apsary:

W tej części świata nie może zabraknąć mnichów w pomarańczowych szatach:

Przy czym niektórzy mogą nieoczekiwanie przypuścić kontratak…

Daleki Wschód to również olśniewające widoki, na przykład te w okolicach laotańskiego Vang Vieng:

Powyższe zdjęcie zachodu słońca zrobiłem… na balkonie mojego hotelowego pokoju. W tym roku oczywiście też tu śpimy.

Nie zabraknie wodospadów:

Będziemy pływać stateczkami i łodziami:

Jeździć po lokalnych drogach (choć niekoniecznie motorowerami):

Fotografować ciekawe detale nad Mekongiem i w górach:

I szukać niebanalnych ujęć strzelistych stup:

Indochiny to również uprzejmi ludzie, zwykle nie mający nic przeciwko pozowaniu do zdjęć:

A jak ktoś znudzi się fotografowaniem (choć trudno to sobie wyobrazić), zawsze może znaleźć dogodne miejsce na drzemkę:

Więcej zdjęć w galerii: z Kambodży i z Laosu.

Kambodża, Laos (i kawałek Tajlandii) już w październiku. A co jeszcze tej jesieni? Na fotowyprawy do Gruzji & Armenii oraz do Jordanii miejsc już nie ma. Można się za to jeszcze zapisywać na fotowyprawę do Andaluzji (te białe miasteczka nad przepaściami, wiatraki na wzgórzach i bajkowa Alhambra…) oraz na fotowyprawę na wyspę Skye, gdzie dzikie i surowe pejzaże wprawiają w zachwyt każdego bez wyjątku, a zdjęcia robią się prawie same.

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Łysy nad łąką… czyli zaćmienie Księżyca nad Rogalinem

Kiedyś w gazecie znalazłem taki palindrom (wyrażenie, które brzmi tak samo, niezależnie z której strony się je czyta): O, na Rysy łąką łysy rano! Przypomniał mi się podczas polowania na ostatnie zaćmienie Księżyca. Z grupą zaprzyjaźnionych fotografów wybraliśmy się na rogalińskie łęgi żeby podziwiać to zjawisko i w miarę możliwości uwiecznić je na naszych matrycach. Dwa elementy palindromu były na miejscu – brakowało tylko Rysów.

Zaćmienie przywiodło do Rogalina sporą grupkę fotografów. Nigdy nie widziałem ich tu tylu na raz. Taki zaimprowizowany fotograficzny piknik – niektórzy nawet piekli kiełbaski na grillu…

Ładne światło towarzyszyło nam od początku:

Potem za horyzont schowała się lampa, zbierając siły przed nocnym oświetlaniem naszego satelity na czerwono:

Przez jakiś czas było ładnie…

… a potem zapadła ciemność, a my przybraliśmy postawy oczekujące. I tak czekaliśmy, czekaliśmy… Dosyć długo. Zaćmienie co prawda zaczęło się wcześnie (nawet trochę za bardzo, bo Łysy był jeszcze pod linią horyzontu), ale chmury na wschodnim nieboskłonie skutecznie odcięły nas od widoków. Kiedy w końcu się rozstąpiły, Księżyc był już czerwoniutki (czytaj „zaćmiony”):

W takim stanie można go fotografować o wiele łatwiej niż zwykle. Po pierwsze, jest znacznie ciemniejszy i łatwo kontrolować ekspozycję. Po drugie, jego czerwień (sprawka naszej atmosfery, przez którą przechodzi słoneczne światło) jest bardziej sexy niż banalna biel podczas zwykłej pełni.

Zwykle zaćmienia są krótkie – kilka, czy kilkanaście minut i po krzyku. Teraz było inaczej. Księżyc chował się w naszym cieniu tak długo, że można było ustrzelić długą sekwencję jego ruchu i każda składowa pozostawała czerwona:

W końcu leniwie wynurzył się zza Ziemi, stwarzając okazję do uwiecznienia tego faktu w kolejnej serii ujęć:

W kadrze tego nie widać, ale różnica w ekspozycji między zaćmionymi a świecącymi Księżycami była… kosmiczna. Dlatego niezbędne jest fotografowanie w trybie manualnym i korekta naświetlania na bieżąco.

Następna okazja do ustrzelenia zaćmionego Łysego już w styczniu 🙂

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Santa Cruz – podniebny spacer w Andach

Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć góry himalajokształtne, które są łatwo dostępne i nie ma w nich europejsko-nepalskich tłumów, polecam peruwiańską Cordillera Blanca. Nie jest to terra incognita – dolinami wiodą wygodne ścieżki i drogi, niektóre nawet przemierzane przez lokalny transport publiczny. Same szczyty dostępne są wyłącznie dla doświadczonych wspinaczy: wyjątek stanowi kilka „trekkingowych”, które turyści wysokogórscy mogą zdobyć w towarzystwie lokalnych przewodników.

Najbardziej znaną trasą jest szlak Santa Cruz, swojego czasu uznany przez National Geographic za jeden z najpiękniejszych na świecie. Po przejściu jego najciekawszej części nie zamierzam z tą opinią polemizować…

Najpierw trzeba dojechać busem do osady Cashapampa. Nieutwardzona, „aviomarinowa” droga najpierw mija kilka przepięknie położonych wiosek (ich mieszkańcy z pewnością codziennie rozstawiają statywy i fotografują zachody słońca), a następnie wije się nad niezabezpieczoną przepaścią, skłaniając pasażerów busa do rozważań natury filozoficznej.

W Cashapampie następuje załadunek głównych bagaży na grzbiety osiołków. Załadunkowi towarzyszą typowe w takich sytuacjach dialogi. Mój z tragarzami brzmiał z grubsza tak:

– Za ciężkie, musicie wykupić jeszcze jednego osiołka!

– Tralalala!

Po zakończeniu negocjacji można ruszać na trasę. Małe plecaki z niezbędnym sprzętem (typu woda, aparat, krem UV i krówki) niesie się ze sobą, a główne toboły jadą na grzbietach osiołków, które oczywiście nie są nadmiernie przeciążone. Osiołki zwykle ruszają później. To bez znaczenia – i tak później bez trudu nas wyprzedzą.

Pierwszy etap to mozolne podejście doliną wzdłuż potoku Santa Cruz, od którego nazwę bierze cała trasa. Tego dnia robi się 900 m w pionie, a pod koniec zaczynają się miłe widoczki:

Etap kończy się na Llamacorral (3760 m n.p.m.), rewelacyjnie położonej polanie, z terenami biwakowymi ogrodzonymi kamiennymi murkami (nie wiadomo po co, bo i tak wszelka zwierzyna pałęta się w środku):

Namioty zostały rozbite przez miejscową ekipę „osiołkową”, która na trasie zdążyła nas wyprzedzić, przygotować biwak i częściowo wieczorny posiłek (kucharz miał na imię Jesus – imię w pełni zasłużone sądząc po jakości dań). Niebieski to jadalnia, a żółty i biało-pomarańczowe – nasze „pokoje”. Nie widać kibelka, w którego okolicy było robione zdjęcie. Kibelek to smukły namiocik bez podłogi, za to z dziurą w ziemi o rozmiarach łopatka na łopatkę.

Llamacorral to świetne miejsce na fotografowanie o wschodzie słońca. Na pierwszym planie malowniczo rozlewają się wody Santa Cruz, a na horyzoncie wyłania się masyw Taulliraju (5830 m n.p.m.; niektóre źródła optymistycznie szacują go na około 6300 m n.p.m.):

Chwilę potem padające ukośnie promienie słońca zmieniają górę w eterycznego ducha:

A po kolejnej chwili słońce pojawia się w samej dolinie:

W cieniu (do czasu) pozostaje tylko sama rzeka:

Po wspaniałym śniadaniu autorstwa Jesusa nasze osiołki ruszają w dalszą drogę:

Oczywiście chodziło mi o to zdjęcie…

Z jednym z cichych bohaterów trekkingu, należącym zapewne do innej grupy, zrobiłem sobie portret (ja z lewej):

Wyżej dolina zaczyna się rozszerzać. Trasa jest łatwa, a raczej byłaby gdyby nie wysokość. Daje się we znaki nawet po kilku dniach aklimatyzacji. Trzeba iść wolno i miarowo, bo inaczej zatyka. Zresztą jak się idzie wolno to też zatyka…

Pewne pocieszenie stanowią widoki:

Drugi biwak przypada na polanie Taullipampa (4250 m n.p.m.). To jeden z najpiękniejszych górskich amfiteatrów, w jakich byłem. Dokładnie nad naszym obozem (tradycyjnie przygotowanym przez poganiaczy osłów, którzy po górach przemieszczali się w nadprzestrzeni) wznosi się szeroki masyw Taulliraju – ten, który rano podziwialiśmy na dalekim końcu doliny:

Jeszcze z dojścia można podziwiać stożek Piramide (5885 m n.p.m.):

Z samej polany widać dwie najbardziej znane góry w Peru. Pierwsza to Alpamayo (5947 m n.p.m.), powszechnie uważana za jedną z najpiękniejszych na świecie (choć po prawdzie, wiele szczytów Cordillera Blanca dorównuje jej urodą). W kierunku masywu prowadzi boczna dolinka, na końcu której zwykle zakładają bazę ekipy wspinaczkowe. Początkowo mieliśmy zamiar zrobić to samo, ale nasz przewodnik Luca przekonał mnie, że w Taullipampa widoki są o wiele lepsze. Miał całkowitą rację.

Drugi słynny szczyt to Artesonraju (6025 m n.p.m.), najwyższy w tej okolicy. Nazwa może niewiele mówi, ale widział go każdy kto oglądał film wytwórni Paramount Pictures. To właśnie ta góra z czołówki.

Dzięki świetnej lokalizacji obozu można tu robić zdjęcia o dowolnej porze, na przykład w nocy:

Powyżej Nevado Artesonraju z pędzącymi gwiazdami i chmurami w tle. Może od tej strony nie do końca wygląda jak uwieczniona w Paramount, ale charakterystyczne wcięcie można dojrzeć na górze z prawej.

A poniżej sam Alpamayo o wschodzie słońca. Od dawna chciałem sfotografować ten szczyt. No i jest. Na zdjęciu otwierającym wpis w towarzystwie Nevado Quitaraju (6036 m n.p.m.), a poniżej sam jeden:

Jeżeli ktoś ma ochotę zobaczyć na własne oczy te wspaniałe góry (i nie tylko te – następne wpisy już wkrótce), zapraszam do kompanii. Wiosną 2019 r. organizujemy kolejny wyjazd.

Opublikowano Aktualności | 4 komentarze

Azjatycka Arizona

Wracamy do Kazachstanu, a dokładniej – do Parku Narodowego Ałtyn Emel. Po Śpiewającej Wydmie przyszedł czas na kolejną atrakcję, masyw Aktau. Skoro świt opuściliśmy wygodny hotelik i ruszyliśmy terenówką po krętej drodze-ścieżce po czymś co wyglądało jak forma przejściowa między sawanną a pustynią. Miejscowi byli w tak dobrym humorze, że dali mi poprowadzić (o tej porze żadne antylopy nie ćwiczyły rzucania się pod koła pojazdu).

Aktau to niesamowity mix kolorów i kształtów zaczarowanych w kamieniu. Już z daleka wyglądało to obiecująco:

„Droga” prowadzi do samych skał:

Ale bez przesady…

Dalej trzeba iść (na szczęście to przyjemny spacerek):

Faktury skał robią niesamowite wrażenie:

Na niektóre można wejść (też łatwo), żeby uzyskać inną perspektywę:

Gdzieniegdzie pojawia się osamotniony eksponat przyrody ożywionej:

A z samej góry najlepiej można ocenić odjechane kolory i kształty skał:

Po nasyceniu oczu i kart pamięci westernowymi krajobrazami Aktau wróciliśmy na pyszny obiad (ach te naturalne produkty…), a potem ruszyliśmy dalej w głąb olbrzymiego Kazachstanu. Ciąg dalszy oczywiście nastąpi…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Czterech Króli

Pierwszego dnia lało. Niby już nie powinno, ale ocieplenie klimatu, anomalia pogodowe i tak dalej. W namiotach byliśmy cali mokrzy.

Drugiego dnia już nie lało. A przynajmniej nie zlało nas. Po całym dniu spędzonym w górach rozsiedliśmy się w namiocie-kuchni i usłyszeliśmy bębnienie deszczu o materiał. Nie padało, ale widoków nie było, a przynajmniej nie takich, o jakie nam chodziło.

Przez dwa dni Cordillera Huayhuash pokazywała nam gdzie jest nasze miejsce. Trzeciego dnia o świcie (a wcześniej w nocy) dostąpiliśmy zaszczytu zobaczenia gór znanych dotąd tylko z książek i bohaterskich opowieści.

Poznajcie Czterech Króli Huayhuash. Pierwszy z lewej to Siula Grande (6344 m n.p.m.). Czytał ktoś Dotknięcie Pustki? To właśnie arena tej opowieści, tyle że akcja działa się po drugiej stronie.

Drugi to najwyższy szczyt tego pasma i drugi co do wysokości w Peru: Nevado Yerupajá (6635 m n.p.m.). Miejscowi mówią na niego El Carnicero (Rzeźnik). Na szczęście nie odnosi się to do dramatycznej historii, a do grani szczytowej, przypominającej nóż. Pierwszego wejścia dokonano w 1950 r., czyli wtedy, kiedy zdobyta została Annapurna, pierwszy ośmiotysięcznik.

Dalej na prawo wznosi się Yerupajá Chico (Mała Yerupajá; 6121 m n.p.m.), po raz pierwszy zdobyty przez Reinholda Messnera i Petera Habelera w 1968 r.

Ostatni z prawej to Jirishanca (6126 m n.p.m.), jeden z najtrudniejszych do zdobycia szczytów w Andach. Pierwszego wejścia dokonano w 1957 r., a drogę ówczesnych zdobywców powtórzono dotąd tylko raz.

Do wyprawy w Andy będę jeszcze wracał, bo był to piękny, trudny i bardzo satysfakcjonujący wyjazd…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Śpiewająca Wydma

Okolice Ałmaty, największego miasta Kazachstanu, to fotograficzne eldorado: przestrzeń, egzotyka i mnóstwo różnorodnych plenerów, które ma się tylko dla siebie. Gdyby to był środek Europy, sezon turystyczny trwałby tu cały rok. Zresztą może niedługo będzie. Dzięki bezpośrednim połączeniom lotniczym do Astany (i częstym promocjom) nasi rodacy coraz śmielej eksplorują te tereny. A do tego ci bardziej posunięci w latach (jak na przykład ja) nie mają bariery językowej, bo rosyjski nadal tu rządzi. Kto wie, czy za kilka lat Kazachstan nie zamieni się w drugą Gruzję.

Póki co, można tu jednak wędrować samemu. Jednym z ciekawszych miejsc jest Park Narodowy Ałtyn Emel, a w nim – Pojuszczij Barchan, czyli Śpiewająca Wydma.

Stupięćdziesięciometrowa góra piachu wije się na odcinku 3 km i w sprzyjających okolicznościach wydaje charakterystyczne dźwięki. Sprzyjające warunki to wiatr i suchy piasek. My akurat trafiliśmy na warunki odwrotne. Było podeszczowo i spokojnie. Plusem było ciut łatwiejsze wejście na górę (mniej osypujące się podłoże), a minusem (choć to rzecz względna) – jej ciemnoszary kolor:

Ze szczytu mieliśmy przyjemność obserwowania zachodu słońca za sąsiednią górą:

i góry przeciwległej, przez to słońce oświetlonej:

Dojazd do wydmy zajmuje około godziny. Po drodze mija się zagrodę z końmi Przewalskiego, których przodkowie w przeszłości wędrowali stadnie po stepach Azji Centralnej (i może w przyszłości też będą, bo trwa ich reintrodukcja):

Mija się też Kamienie Ognia, czyli trzy menhiropodobne głazy, przy których być może rozpalano ogień. Legenda głosi, że biwakował tu sam Dżyngis Chan:

Minusem dla fotografów jest zakaz jeżdżenia samochodem po parkowych drogach (co w praktyce oznacza zakaz przebywania na wydmie po zmroku). My trochę nagięliśmy przepisy, dzięki czemu zrozumieliśmy ich sens. Gdy zapadła ciemność, wszystko co żywe (o, jakie piękne dżejrany!) postanowiło rzucić nam się pod koła. Wymuszało to wolną i uważną jazdę, ale ekosystem nie ucierpiał…

Opublikowano Aktualności | 2 komentarze

Malta – fotorelacja z fotoekspedycji

Wiosenny plener fotograficzny na Malcie już za nami. Odwiedziliśmy dwie główne wyspy archipelagu, Maltę i Gozo. Ta pierwsza to jakby dwa kontrastujące ze sobą światy: północ i wschód silnie zurbanizowane, a pozostała część niemal pusta, z nadspodziewanie dzikim i bezludnym wybrzeżem. Gozo to z kolei dużo zieleni, wioski wspinające się na wzgórza i wyjątkowo atrakcyjna linia brzegowa. Było co robić…

Zaczęliśmy, jak należy, od stolicy. Pierwszą sesję zrobiliśmy… w hotelu. Dokładniej na tarasie na dachu, skąd świetnie widać port Marsamxett, otaczający starą Vallettę od zachodu:

Potem ruszyliśmy w miasto:

Valletta to szachownica zabytkowych uliczek, wspinających się i opadających pod różnymi kątami. Fotografowie szybko zabrali się do roboty:

Mieliśmy szczęście, bo miasto było jeszcze w przebraniu wielkanocnym (później zdejmowano je na naszych oczach):

W Valletcie można polować na scenki rodzajowe:

I znaleźć najlepszy punkt widokowy na słynne kolorowe balkony:

Można też pójść na jeden z tarasów widokowych:

Valletta była jednak tylko rozgrzewką przed największą fotograficzną atrakcją Malty, czyli dzikim, poszarpanym wybrzeżem. Najbardziej efektowna jest południowa część wyspy:

Na pierwszym planie widać cypel z łagodnym skalnym mostem. Tego typu formacji jest tu bez liku, a najbardziej znanym był łuk Azure Window, który zawalił się rok temu (dziś zawalisko jest coraz większą atrakcją wśród nurków).

Wieczór nie zapowiadał się jakoś specjalnie, ale Natura po raz kolejny pokazała, że lubi płatać figle. Zza bezkształtnych chmur nagle wyszło zachodzące słońce i pomalowało je na pomarańczowo:

Kolejny skalny łuk atakowany przez fale:

Ciekawe jak długo jeszcze postoi. Jeden z naszych postanowił sprawdzić jego wytrzymałość siadając na brzegu (test jak widać wypadł pomyślnie).

Kolejny maltański zachód słońca był już spokojniejszy, ale nie mniej urokliwy:

Zatoka na dole to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można zejść i fotografować skały z wysokości morza. A to ostatnie szturmuje bez wytchnienia:

W ramach płodozmianu wybieramy się do cywilizacji. Tym razem wioska Marsaxlokk, znana z kolorowych łodzi luzzu, cechujących się wyjątkową odpornością na sztormy:

Do dziś służą rybakom, którzy w przerwach między rejsami rozkładają i naprawiają sieci:

Mocne kolory zwiniętych sieci to świetny poligon fotograficzny:

Spędziłem przy nich chyba z kwadrans. Początkowo byłem sam, a później moje wygibasy zwabiły turystów, którzy zaczęli robić to samo co „ten z wielkim aparatem” 😉

I jeszcze jeden spacerek, tym razem po starej stolicy Mdinie, która w słoneczny dzień cieszy oko pięknymi światłocieniami i uwypuklonymi detalami:

Zostawiamy z tyłu Maltę i przez kanał płyniemy na Gozo (całe 25 minut rejsu). Tu skupiamy się już głównie na wybrzeżach. A jest na czym. Mieszkańcy od wieków eksploatują tutejsze solniska. My też spróbowaliśmy, chociaż w trochę inny sposób. Pierwszego poranka pomogła nam w tym burza:

Drugiego podziwialiśmy nieco zmulony wschód słońca:

A pod wieczór odwiedziliśmy inne solniska, na drugim brzegu wyspy:

Na Gozo są też konkretne klify i formacje skalne:

A brak Azure Window rekompensuje most Wied il-Mielah:

Jest tu też pomarańczowy skalny grzyb, przy którym można bawić się w Kate Winslet na Titanicu (bo tak wieje):

Samo wybrzeże urodą w niczym nie ustępuje maltańskiemu, a niektórzy twierdzą, że nawet je przewyższa:

Na koniec nasza ekipa (brakuje jednego Uczestnika) podczas akcji na południowym wybrzeżu Gozo. Dziękuję wszystkim za współudział i polecam się na przyszłość. A ta wygląda bardzo ciekawie 🙂

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Od Malty do Kazachstanu

Za mną dwie podróże w dwa zupełnie różne miejsca. Na początku kwietnia wybraliśmy się z fotoekspedycją na Maltę. Odwiedziliśmy z aparatami najciekawsze miejsca na głównej wyspie i na sąsiedniej Gozo. Fotografowaliśmy zarówno miejskie pejzaże Valletty, jak i dzikie wybrzeża, na które nie docierają turyści. Fotorelacja z tego bardzo miłego i owocnego wyjazdu już wkrótce.

Dzień po powrocie z Malty siedziałem już w samolocie do Astany. Fotograficzny wypad do Kazachstanu, jednego z najbardziej malowniczych krajów Azji Centralnej, był strzałem w dziesiątkę. Choć Kazachstan jest olbrzymi, można tu na niewielkim obszarze znaleźć mnóstwo fotograficznych tematów. Niewiele jest miejsc na świecie, gdzie z pejzażami jak z Arizony sąsiadują wyniosłe siedmiotysięczniki i turkusowe górskie jeziorka. Zdjęcia z Kazachstanu już wkrótce.

Powyżej niewielki kanion na Gozo, poniżej trochę większy w Kazachstanie. Ten drugi, zwany Czarnym, jest tu mocno nietypowy – w tych stronach skały często mienią się wszystkimi odcieniami tęczy.

Opublikowano Aktualności | 2 komentarze

Wesołych Świąt

Wszystkim moim czytelnikom, przyjaciołom i fotografom, z którymi uwieczniałem (i mam zamiar dalej uwieczniać) piękno krajobrazów na całym świecie składam najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Do życzeń dołącza się baranek z powyższego zdjęcia (taki trochę inny, szkocki, bez rogów) 😉

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Światło Północy

Tym razem nie będzie o zorzy, w każdym razie nie o zielonej. Północ to także bardziej konwencjonalne barwy, czasem tak nasycone, że trudno w to uwierzyć. Zimą słońce nigdy nie jest wysoko, a ukośne promienie pięknie wybarwiają krajobraz przez prawie cały dzień –  oczywiście kiedy świeci. A z tym bywa różnie: rok temu obdarzało nas swymi wdziękami bardzo skromnie (a i tak przywieźliśmy dużo fajnych zdjęć), teraz było znacznie lepiej.

Na Lofotach można polować na światło nie wychodząc z miejscowości:

Powyższe zdjęcie zrobiłem z szosy. Jadąc samochodem zobaczyliśmy co się święci i po zaparkowaniu w kupie śniegu zrobiliśmy szybką akcję. To poniżej to też miejscowość – ryby na żerdziach jeszcze się nie suszyły, dzięki czemu można było skomponować domek w ramce:

Czasami plaża w wiosce wygląda na położoną gdzieś na odludziu, szczególnie kiedy światło uwypukli to co trzeba, a niepożądane elementy zostają w cieniu:

I ta sama plaża. Latem miejscowi podobno się tu kąpią…

Jednak proporcje między dziełami Natury a rąk ludzkich są na Lofotach wyraźnie zaznaczone: od razu widać kto tu rządzi:

Wschody słońca urzekają barwami:

Ale sporo po wschodzie nadal jest całkiem dobrze:

W środku dnia też:

Magia wraca wieczorem. Czasami światło ledwo muśnie skałę:

Czasami walnie z grubej rury:

Zachód słońca nad morzem to klasyka również w Norwegii:

A po zachodzie robi się ciemniej i ciemniej…

Aż w końcu zrobi się czarno i na niebie pojawia się zielony tancerz (ale to już nie ten wpis).

 

Opublikowano Aktualności | 4 komentarze