Europejska Antylopa

Kanion Antylopy – a w zasadzie dwa – to jedna z największych (choć nie obszarowo) atrakcji fotograficznych Stanów Zjednoczonych. Jeśli jednak ktoś nie chce wybierać się za ocean, może znaleźć jego odpowiednik… na oceanie. Dokładniej – na Gran Canarii. Kojarzona z wakacyjnym luzem wyspa ma do zaoferowania znacznie więcej niż hotelowe baseny. Krajobrazy są tu tak różnorodne, że można byłoby nimi obdzielić kilka krajów: wydmy, strzeliste klify, kamieniste plaże, piękne góry… A także wąwozy – większe i mniejsze. Do tych ostatnich należy Barranco de las Vacas (co można przetłumaczyć jak Krowi Kanion). Nie jest to żelazny punkt na liście wycieczek, zresztą trudno byłoby się przy nim zatrzymać autokarem: w pobliżu jest tylko jedna niewielka przestrzeń parkingowa. Na dodatek miejsce jest bardzo odludne, a ślady po wybitych szybach na powyższym „parkingu” dają nieco do myślenia.

Barranco znajduje się poniżej szosy – prowadzi doń łatwa ścieżka, a spacer zajmuje najwyżej 15 minut:

Na koniec trzeba przejść przez tunel pod kamienną ścianą (czyli mostem drogowym):

Za nim zaczyna się właściwa część kanionu. Ma wszystkiego może z dwieście metrów długości, ale fotograf nie będzie się tu nudził:

Oprócz szerszych ujęć można bawić się detalami, np. „stopniami”, po których mało kto by wszedł, czy kamienną wstęgą w ścianie:

Kanion kończy się ślepo – trzeba wrócić tą samą drogą. Istnieje duża szansa, że będzie się tu samemu albo w towarzystwie przedstawicieli najbardziej dociekliwej krajoznawczo nacji na naszym kontynencie (w pozytywnym znaczeniu). Wszystkie spotkane na miejscu osoby potrafiłyby tez problemu powiedzieć wierszyk o brzmiącym chrząszczu…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Werbujemy do bandy ;)

Uwaga!!! Wyjęty spod prawa James Dalton ogłasza nabór do bandy wyruszającej na podbój Dzikiego Zachodu. Tylko dla największych śmiałków! Będziemy napadać na dyliżanse, strzelać się z ludźmi szeryfa, urządzać pojedynki rewolwerowców i jeździć na bizonach… No dobra, może z niektórych punktów programu zrezygnujemy, ale na pewno nie odpuścimy robienia zdjęć. Co więcej, zrobimy lepsze niż wszystkie bandziory Dzikiego Zachodu razem wzięte 😉

Zapisy do bandy (tutaj) już trwają. Warto się pospieszyć, bo Dalton zabiera ze sobą tylko nielicznych…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Weekend z dębami

Zapraszam na kolejną już edycję fotograficznych warsztatów w Rogalińskim Parku Krajobrazowym. Wiekowe, rosochate dęby na nadwarciańskich łęgach wyglądają jak przybysze z innych światów. A już na pewno z innych czasów – najstarsze pamiętają bitwę pod Grunwaldem. Świetnie się je fotografuje o każdej porze roku: na przykład zimą można liczyć na krystaliczne, „północne” światło, a przy odrobinie szczęście – na magiczny mroźny poranek, ze słońcem wynurzającym się nad pomarańczową mgłą.

Można też upolować łabędzie przelatujące nad dębem „Orłowilkiem”:

Albo zwariowanego czarodzieja żonglującego świetlistą kulą:

Przy dębach będziemy cztery razy – za każdym razem w innych warunkach oświetleniowych. Oprócz tego czekają nas inne fotograficzne atrakcje.

W Rogalinie spędzimy weekend 22–24 lutego. Zapisy i dodatkowe informacje tutaj.

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Jordańskie łuki

Listopad to świetna pora na odwiedzenie Jordanii. Oczywiście jeżeli jest się fotografem – fotografowie lubią zmienną pogodę i zimne poranki, bo wtedy najwięcej się dzieje i jest najlepsze światło. Zresztą dla plażowiczów to też dobra pora: temperatury nad Morzem Martwym są jak u nas latem.

Dziś mały przekrój jordańskich krajobrazów, z klamrą kompozycyjną w postaci łuku (albo łukiem w postaci klamry, jak kto woli).

W Jordanii tego typu formacji jest całe mnóstwo. Większość stworzyła natura, ale nie wszystkie – przykładem może być antyczny Dżerasz, czyli raj fotografów, gdzie można wszędzie rozstawiać statywy i nikt nie wrzeszczy:

Reszta łuków w dzisiejszym wpisie powstała naturalnie (oprócz jednego). Najbardziej imponujące można znaleźć w Wadi Rum, uważanej za najpiękniejszą pustynię na świecie:

Powyżej skalne okno Kharaz (niestety z ozdobnikiem w postaci beduińskiego namiotu – wcześniej go tu nie było). Poniżej też, tylko z drugiej strony i z innej perspektywy:

Obok znajduje się mniejszy, ale nie mniej malowniczy kamienny most:

Te dwa są najbardziej znane, ale to nie wszystkie łuki skalne w tych okolicach. Kiedy przyjechaliśmy tu drugi raz o świcie, postanowiłem zobaczyć jak wygląda wschód słońca „za górką” (Kharaz ma wystawę zachodnią). Wyglądał świetnie, a po kilkuminutowej wspinaczce na skałę znalazłem na niej takie oto cudo:

Wygląda całkiem imponującą, prawda? W rzeczywistości nie zmieściłaby się w nim dwudziestocentymetrowa linijka, a w miejsce, z którego fotografowałem, żadną miarą nie chciał wejść statyw (zbudowałem podpórkę z kamyków).

Skalne łuki są też w Petrze. Przy odpowiednim kadrowaniu nie różnią się niczym od tych na pustyni:

I jeszcze ten jeden, o którym wspominałem, zbudowany przez człowieka (a raczej wyskrobany w miękkiej skale):

Petra to najczęściej odwiedzana atrakcja Jordanii, ale większość turystów dociera do Skarbca (tego z Indiany Jonesa), ewentualnie przejdzie się kawałek dalej dnem doliny. Świat jaskiń (głównie mieszkalnych i grobowych) zaczyna się ciut wyżej, na jej zboczach, i prawie nikt go nie eksploruje. Grota na zdjęciu stanowiła przejście do wyższych partii wzgórza (ten otwór po lewej) – zupełnie jak w jakiejś grze na Xboksie…

Ostatni łuk (trochę naciągany, bo w zasadzie była to dziura) znalazłem nad Morzem Martwym:

Ten zbiornik mokrej soli to największa depresja na Ziemi (poniżej minus czterysta). Spore partie jego brzegów są kamieniste, co już samo w sobie jest fajne. Do tego kamienie oblane są słonym lukrem, a w mikrogrotach tworzą się solne stalaktyty. Do takiej właśnie groty wsadziłem aparat i metodą prób i błędów zrobiłem zdjęcie (moja pancerna lustrzanka nie ma wywijanego wyświetlacza, bo wtedy byłaby mniej pancerna;). Poniżej „mejking of”:

Et voilà!

Opublikowano Aktualności | 4 komentarze

W krainie uśmiechu

Podczas fotograficznej podróży na Daleki Wschód odwiedziliśmy głównie Kambodżę i Laos. Dzisiaj trochę kadrów z tej pierwszej – na Laos jeszcze przyjdzie czas.

Dotarliśmy tu z Bangkoku, dokąd najłatwiej dolecieć z Europy. Było trochę czasu na eksplorację miasta, a wieczorne oberwanie chmury przypomniało nam, że tropikalny monsun jeszcze się nie skończył:

Były to jednak jego ostatnie podrygi, bo więcej na tym wyjeździe już nas nie zmoczyło.

Wróćmy jednak do Kambodży. W powszechnej świadomości kraj kojarzy się z Angkorem – największym kompleksem świątynnym na świecie. Jego rozmiary trudno sobie wyobrazić: pewne pojęcie może dać informacja, że wokół rozciągało się największe miasto jakie stworzyli ludzie przed rewolucją przemysłową.

Absolutnym hitem jest słynna świątynia Angkor Wat. Podziwianie wynurzającego się zza niej o świcie słońca to „must see” dla każdego kto tu przyjeżdża:

Sadzawka, zza której robi się zdjęcia, jest oblegana przez turystów o każdej porze roku:

Do tego stopnia, że ci, którzy przyjeżdżają później, nie są w stanie się do niej dopchać (mogą za to znaleźć pocieszenie przy kawie w którejś z okolicznych knajpek).

Krotko po wschodzie świat oblewa miękkie, ciepłe światło:

Angkor Wat, ze swoimi galeriami, pasażami, dziedzińcami na różnych poziomach i wspaniałymi zdobieniami, jest atrakcyjny również za dnia:

Świątynia żyje po dziś dzień i można tu natrafić na tradycyjne ceremonie z udziałem mnichów:

Na powyższym zdjęciu widać, że Kambodżanie często się uśmiechają. Na poniższym też:

Przedstawia ono naszego przewodnika – wyjątkowego oryginała, tryskającego energią i dobrym humorem. Jego koronnym numerem było wykrzykiwanie znienacka „Angkor whaaaat?!”, potrafił też zatrzymywać się przy nieznajomych i wrzeszczeć „I love you like crazy!” (np. do policjantów, wprawiając ich w niezłą konsternację). Dopiero kiedy po jakimś czasie pogadałem z nich sam na sam, przekonałem się, że to mądry i wrażliwy człowiek.

W Angkor Wat pewien problem sprawiają zachody słońca. Strażnicy obiektu tuż przed zaczynają sadystycznie przeganiać zwiedzających. Można się poddać i wyjść albo pobawić się w ciuciubabkę. Ja spróbowałem tej drugiej opcji – po raz któryś z rzędu i znowu bezskutecznie: wyłuskiwali mnie z najdalszych zakamarków. W końcu usiadłem w wypatrzonym wcześniej miejscu i powiedziałem strażnikowi, że jak wypędzi wszystkich Chińczyków z mojego kadru to pięć sekund później ja też sobie pójdę. Dotrzymałem słowa: gdy Chińczycy poszli (widać ich w oddali), zrobiłem zdjęcie i ruszyłem do wyjścia.

Angkor to nie tylko Angkor Wat. Jest tu bez liku innych świątyń. Niektóre pieczołowicie odrestaurowane, inne do dziś ukryte w dżungli. Do tych pierwszych należy Bayon, z wieżami w kształcie twarzy zagadkowo uśmiechniętego Buddy (jest ich tu ponad dwieście):

W tych stronach można też znaleźć niewielki pasaż z kapitalnie wyrzeźbionymi apsarami, devadami i innymi postaciami:

Innych doznań dostarcza fotografowanie celów ruchomych:

Na szczęście są przyzwyczajone do ludzi i ich ruchomość niespecjalnie przeszkadza w portretowaniu.

Kolejne miejsce to Ta Prohm, gdzie Angelina Jolie udawała Larę Croft. To właśnie to miejsce, gdzie agresywne korzenie drzew „zjadają” stare kamienne mury:

Spośród licznych płaskorzeźb w Ta Prohm najwięcej emocji budzi ta:

Do dziś trwają spory, czy jest to dziwnie pokazana krowa, pancernik, czy… stegozaur. Miłośnicy sensacyjnych teorii optują za tym ostatnim i za faktem, że dinozaury wcale nie wyginęły tak dawno temu…

W świątyniach Angkoru można robić różne rzeczy. Na przykład przemierzać tajemnicze korytarze niczym Indiana Jones…

… uczestniczyć w modłach (czynność wyjątkowo stosowna w takim miejscu)…

Albo wejść na jedną z piramid i podziwiać zachód słońca nad dżunglą:

W tej części Kambodży jest jeszcze jedna atrakcja – olbrzymie jezioro Tonle Sap, które drastycznie zwiększa swoją powierzchnię w porze deszczowej. Warto tu zrobić sobie wycieczkę do pływającej wioski:

Wyjątkowo wdzięcznym tematem zdjęć są jej mieszkańcy (nie mający nic przeciwko fotografowaniu):

Jednym z punktów programu jest pływanie łodziami po lesie mangrowym. Co ciekawe, wiosłują miejscowe kobiety (większość mężczyzn wyemigrowała):

Frajda jest nieziemska:

Płynąc można znienacka natrafić na przebieralnię mnichów:

Kambodża to kraj miłych, uśmiechniętych ludzi o łagodnym usposobieniu. Zawsze z przyjemnością tu wracam. Naszym następnym celem był Laos, ze wspaniałymi górskimi krajobrazami, które pokażę innym razem. Na koniec zdjęcie naszej grupy na tle Angkor Wat:

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

S jak Skye

Fotografując krajobraz warto patrzeć na chmury. Czasami trudno nie patrzeć – na przykład kiedy robią się krwistoczerwone o wschodzie słońca albo pomarańczowe o zachodzie (albo odwrotnie). Niekiedy przybierają nietypową formę, zaskakująco pasującą do tematu zdjęcia. Na taką trafiłem rok temu w Sligachan, w samym sercu wyspy Skye. Fotografowałem akurat rzeczny wywijas w kształcie litery „S”, kiedy zobaczyłem, że chmura nad nim układa się w taki sam kształt. Szybko zrobiłem powyższe zdjęcie, a potem drugie takie samo, na wszelki wypadek. Kilka sekund później  było już po wszystkim – chmura rozjechała się w bezkształtną „barbapapę”, a po podwójnym „S” zostało tylko wspomnienie…

Następna wyprawa na Skye już w listopadzie. Można się jeszcze zapisywać na stronie Horyzontów.

 

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Pogawędka z mnichem

Wróciliśmy z fotoekspedycji do Indochin. Robiliśmy zdjęcia w Tajlandii, Kambodży i Laosie. Były i duże miasta, i największe świątynie na świecie, i niesamowita przyroda. Wszystkiego po trochu, dla smaku. Niedługo fotograficzna relacja z tej podróży, a tymczasem „singiel” spod słynnego Angkor Wat. Na fotografowanie tego świętego miejsca Khmerów przeznaczyliśmy cały dzień. Spacerując w oczekiwaniu światła i poszukiwaniu kadrów natknęliśmy się  na grupkę odpoczywających mnichów. Jeden do mnie zagadał i na miłej konwersacji minęło dobre pół godziny. W końcu postanowiliśmy uczcić nasze spotkanie wspólnym zdjęciem. Efekt widoczny powyżej. Takie chwile nadają podróży zupełnie inny wymiar – podróżujemy w dużej mierze po to, żeby spotykać innych ludzi. Chciałbym żeby kiedyś mieszkańcy Kambodży też mogli przyjeżdżać do Polski i ucinać sobie pogawędki z tubylcami…

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Fotograficzny rajd po Armenii

Niedawno wróciłem z fotowyprawy na Zakaukazie. Odwiedziliśmy Gruzję i Armenię. Gruzja gościła już na okfoto kilka razy, w tym wpisie skupię się więc na Armenii. Kraj jest mało znany wśród fotografów, co nie zmienia faktu, że warto tu zajrzeć.

Coś dla siebie znajdą miłośnicy klasztorów – jest ich bardzo dużo (według niektórych nawet za dużo). Urzekają surowymi, prastarymi murami, zwykle o dobrych kilkaset lat starszymi od zabytków w naszej części świata. Mają bardzo skomplikowane rozplanowanie przestrzenne i można się w nich zgubić (co jest raczej przyjemne, bo w ten sposób odkrywa się nowe zakamarki). I – co ważne – nikt nie ma nic przeciwko fotografom. Poniżej scenki z kilku ormiańskich klasztorów:

Specjalność Armenii to chaczkary, czyli misternie rzeźbione stele z krzyżami – nagrobne lub upamiętniające jakieś wydarzenie:

Jeszcze jeden atut klasztorów to fakt, że większość z nich zbudowano w pięknych miejscach:

Najbardziej znany pod tym względem jest Chor Wirap (powyżej), dla którego majestatyczne tło stanowi sam Ararat. Górę można też fotografować z ruin katedry Zwartnoc, jeśli załatwi się wstęp przed wschodem słońca, tak jak ja to zrobiłem:

Mniejszym bratem biblijnego wulkanu jest Mały Ararat, którego wierzchołek stanowi dogodny wskaźnik dla lokalnych winiarzy (kiedy przyprószy go pierwszy śnieg, należy zacząć zbiory winogron):

Ararat leży dziś poza granicami Armenii, a najwyższym szczytem kraju jest często kryjący się w chmurach Aragac. Na jego zboczach wznoszą się posępne ruiny zamku Amberd:

Bliżej Erywania, na trasie do klasztoru Geghard, można znaleźć ciekawe, „piszczałkowe” formacje skalne, zwane Kamienną Symfonią:

Warto też odwiedzić wschodnią Armenię, chociaż to już dłuższa podróż. Niemal na obrzeżach Górskiego Karabachu znajduje się opuszczona wioska Chndzoresk, której mieszkańcy żyli w pieczarach wydłubanych w miękkiej skale, niczym w tureckiej Kapadocji. Opuszczono ją zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Dziś można tu dojść po efektownie przerzuconym nad kanionem wiszącym moście:

A eksploracja samych pieczar to nie lada frajda:

W tej części Armenii jest też kamienny krąg Zorac Karer, uformowany w czasach prehistorycznych (do końca nie wiadomo w jakim celu). Fajnie się go fotografuje pod wieczór:

I nocą, kiedy kamienie stanowią świetny pierwszy plan dla Drogi Mlecznej:

Tyle Armenii. Jutro ruszam z grupą fotograficznych zapaleńców do Tajlandii, Kambodży i Laosu. Tam też będzie pięknie…

Opublikowano Aktualności | 2 komentarze

Czarne chmury nad plażą, czyli pewien plener na Łotwie

Wybrzeże Bałtyku kojarzy nam się z kilometrami białawego piasku i wydmami z tyłu. Na wczasy super, na zdjęcia – trochę monotonnie. Jednak nie wszędzie tak jest. Na przykład taka Łotwa: „nasze” plaże też tu są, ale nie tylko. Jest wybrzeże usiane owalnymi, zielonymi kamieniami. Są kamienne łachy jak w Norwegii albo Anglii. Są też piaskowcowe jaskinie o zabarwieniu skał z jordańskiej Petry i sterczące nad nimi dramatycznie drzewa. W takim miejscu pojawiłem się przed zachodem słońca. Niebo było średnie, więc zanurzyłem się w jedną z grot:

Fajnie w środku i fajne okienka na zewnątrz:

Kiedy wyszedłem z powrotem, niebo się zmieniło. Nadciągał potężny front atmosferyczny. Nieliczni spacerowicze szybko dali dyla (bardzo rozsądnie):

A duży fotograf z trochę mniejszym fotografem (czyli ja z synem) zabrali się za uwiecznianie pięknego spektaklu:

A potem biegiem rzucili się do ucieczki, dzięki czemu deszcz zmoczył ich tylko trochę… 😉

Opublikowano Aktualności | Skomentuj

Kambodża i Laos dla fotografów

Z przyjemnością ogłaszam, że fotoekspedycja Indochiny w obiektywie jest już potwierdzona. Jeżeli ktoś ma ochotę wziąć udział to serdecznie zapraszam – kilka dni temu było jeszcze parę miejsc. Wyjazd przeznaczony jest dla miłośników fotografowania, którzy lubią przygodę i dalekie podróże. Jak nasze inne wyprawy, podporządkowany jest zdjęciom. Oznacza to, że w porze najlepszego światła – czyli o wschodzie i zachodzie słońca – będziemy odwiedzać najbardziej malownicze miejsca.

„Jazda obowiązkowa” to słynny Angkor – największy kompleks świątynny na świecie. Spędzimy tu aż trzy dni, bo jest tego wart. Odwiedzimy potężny Angkor Wat, który można sfotografować na różne sposoby, niekoniecznie tak jak wszyscy:

W Bajonie zagłębimy się między kamienne twarze Buddy, w milczeniu przyglądające się turystom i pielgrzymom:

Będziemy podziwiać niezwykle misterne i kunsztowne rzeźbienia…

… oraz zmysłowe devady i apsary:

W tej części świata nie może zabraknąć mnichów w pomarańczowych szatach:

Przy czym niektórzy mogą nieoczekiwanie przypuścić kontratak…

Daleki Wschód to również olśniewające widoki, na przykład te w okolicach laotańskiego Vang Vieng:

Powyższe zdjęcie zachodu słońca zrobiłem… na balkonie mojego hotelowego pokoju. W tym roku oczywiście też tu śpimy.

Nie zabraknie wodospadów:

Będziemy pływać stateczkami i łodziami:

Jeździć po lokalnych drogach (choć niekoniecznie motorowerami):

Fotografować ciekawe detale nad Mekongiem i w górach:

I szukać niebanalnych ujęć strzelistych stup:

Indochiny to również uprzejmi ludzie, zwykle nie mający nic przeciwko pozowaniu do zdjęć:

A jak ktoś znudzi się fotografowaniem (choć trudno to sobie wyobrazić), zawsze może znaleźć dogodne miejsce na drzemkę:

Więcej zdjęć w galerii: z Kambodży i z Laosu.

Kambodża, Laos (i kawałek Tajlandii) już w październiku. A co jeszcze tej jesieni? Na fotowyprawy do Gruzji & Armenii oraz do Jordanii miejsc już nie ma. Można się za to jeszcze zapisywać na fotowyprawę do Andaluzji (te białe miasteczka nad przepaściami, wiatraki na wzgórzach i bajkowa Alhambra…) oraz na fotowyprawę na wyspę Skye, gdzie dzikie i surowe pejzaże wprawiają w zachwyt każdego bez wyjątku, a zdjęcia robią się prawie same.

Opublikowano Aktualności | Skomentuj