Senja w galerii

Zapraszam do obejrzenia nowej galerii na okfoto.pl. Tym razem przedstawiam zdjęcia z Senji, czyli fotograficznego raju za kołem podbiegunowym, w północnej Norwegii.

Galeria znajduje się tutaj.

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Trzy strzały w bazalt

Giant’s Causeway (Grobla Olbrzyma) to klejnot w koronie wybrzeża Irlandii Północnej (samego w sobie bardzo pięknego). Zawsze sobie wyobrażałem to miejsce jako dzicz, do której dotarcie wiąże się z wysiłkiem wędrówki po skałach i błotnistych pustkowiach. W rzeczywistości prowadzi tu asfaltowa droga, po której kursują wahadłowe autobusy z parkingu. Na szczęście można też dotrzeć w bardziej ambitny (i lepszy widokowo) sposób, jednak dziś nie o tym.

Łatwy dostęp do Grobli wcale nie przekłada się na łatwość robienia zdjęć. I nie chodzi o inne osoby wchodzące w kadr – akurat nietrudno je ominąć. Problem może stanowić pogoda.

Podczas rekonesansu fotograficznego dotarliśmy tu w środku dnia, a warunki atmosferyczne były całkiem obiecujące: dużo słońca i przewalające się fronty z efektownymi chmurami. Niestety, przewalały się trochę za szybko. Ujmując prościej: kiedy stanęło się na Grobli, wiatr zwalał z nóg. Łatwo teraz napisać „kiedy stanęło się”. Dotarcie w to miejsce przypominało pantominę na bazaltowych słupach. I to jeszcze nie było najgorsze. Wiatr wiał akurat z tej strony, gdzie były najciekawsze motywy, a pchana przez powietrze woda rozbryzgiwała się o bazaltowe kolumny, tworząc rześki aerozol. Nie było mowy o użyciu filtra połówkowego, nie było też mowy o ustawieniu statywu i cyzelowaniu kadru. Jedyne co można było zrobić to odwrócić się tyłem, wytrzeć obiektyw po poprzedniej nieudanej próbie i… spróbować znowu. Czyli kaskaderski obrót w stronę aerozolu, nanosekunda na ustawienie kadru i strzał. Obrót tyłem, sprawdzenie co wyszło i… pięćdziesiąt kropelek na zdjęciu. No to jeszcze raz.

W końcu wyszło:

To jedna z tych sytuacji, kiedy lepiej od aparatu sprawdzi się komórka. W przypływie desperacji zrobiłem też zdjęcie telefonem, które wyszło od razu: obiektyw jest na tyle mały, że udało mu się przemknąć między kroplami.

Rozochocony sukcesem postanowiłem podziałać ze statywem. Bardzo obiecujący był widok w stronę brzegu, z kaskadą kolumn na pierwszym planie i spiczastym szczytem w tle. Tym razem aerozol miałem z boku, więc było łatwiej – wystarczyło osłonić statyw. To znaczy byłoby łatwiej gdyby nie wiatr. Trzeba było osłonić statyw i jeszcze dociążyć go sobą.

Ostatnie zdjęcie było najłatwiejsze, bo fotografowałem „na zawietrzną”. Jedyne co, to musiałem się uwiesić na statywie. Szeroki kąt fajnie porozciągał kolumny i oddzielił pierwszy, zimny plan od drugiego, cieplejszego. Rożnica w kolorze kolumn bliższych i dalszych to nie świecące na te drugie słońce – one takie są:

Jak się okazuje, można trafić na rożne warunki fotografowania stojąc praktycznie w jednym miejscu. Mówię Wam – ubaw po pachy!

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Irlandia przed burzą

Dwa tygodnie temu wróciłem z fotograficznego rekonesansu w Irlandii Północnej (i kawałku „zwykłej”). Cieszę się, że udało mi się wyjechać jeszcze przed pandemicznym szaleństwem. Wróciłem ostatnim rejsowym samolotem i właśnie kończę dobrowolną kwarantannę. Nic mi nie jest: wygląda na to, ze koronawirus brzydzi się mieszanki robali, które cyklicznie przywożę ze sobą z różnych kontynentów.

Irlandia nie rozpieściła pogodą, ale i tak mnie urzekła. Jeśli ktoś lubi surowe nadmorskie pejzaże, ruiny zamków na klifach, usiane głazami plaże, przewalające się fronty atmosferyczne i duuuużo zieleni – będzie mu się tu podobało. Poniżej kilka zdjęć z tego wyjazdu.

Zaczęliśmy od Dark Hedges – najbardziej znanego szpaleru drzew na świecie (choć równie atrakcyjne znajdują się choćby w amerykańskiej Luizjanie). Przyjechaliśmy tam w okolicach zachodu słońca, czyli w porze dynamicznie zmieniającego się światła: dwa poniższe zdjęcia dzieli może 15 minut.

Było akurat po deszczu, więc można było pobawić się odbiciami w wodzie. W sumie żadna sensacja – w tej części świata „akurat po deszczu” jest prawie zawsze.

Spośród ruin zamków na wybrzeżu najbardziej osobliwy jest Dunseverick: zostały z niego dwie smętne ścianki na krawędzi stromej górki. Łatwo tu dojść, ale ta łatwość może stępić czujność – na samym początku spaceru moje buty „wyjechały” na śliskiej trawce, a o co zwykle jest metr nad nimi efektownie chlupnęło w kałużę. Na szczęście miałem przy sobie lnianą torbę Horyzontów, która po stosownym zabiegu przyjemnie oddzieliła to co mokre od tego co suche… W ramach zadośćuczynienia na chwilę rozstąpiły się chmury i teren zalało przyjemne światełko:

Od zamku ścieżka wiedzie do niewielkiej kaskady o takiej samej nazwie. Kamienie też są tu śliskie, ale wystarczy odrobina uwagi i statyw jako podparcie i można bezpiecznie dojść gdzie się chce (w granicach rozsądku). Sam wodospad fajnie zagrał z chmurami na długim czasie naświetlania:

Długie czasy zresztą w ogóle dobrze pasują do wybrzeży niespokojnego Atlantyku:

Ciekawe motywy można też znaleźć w głębi lądu.

Fotografowie zawsze mają co robić w ruinach – nie tylko zamków, ale też klasztorów i kościołów:

Przed kolejnymi nadmorskimi plenerami warto rzucić okiem z jakiejś górki…

… albo sprawdzić pogodę w stosownej aplikacji:

Irlandzkie wybrzeże stwarza nieskończone możliwości fotograficzne. Nawet w obrębie jednej lokalizacji można znaleźć różnorodne kadry w zależności od zmieniającej się pogody (czyli np. w ciągu godziny).

Powyższe i poniższe zdjęcie emanują spokojem. Spacer między obydwiema miejscówkami był nieco mniej spokojny: znowu pojechałem na trawie, a moja kurtka i spodnie zaczęły przypominać stroje piłkarzy ze słynnego meczu na wodzie w 1974 r.

Największą atrakcją turystyczną Irlandii Północnej jest Grobla Olbrzyma (Giant’s Causeway), czyli bazaltowa ostroga wychodząca w ocean w bardzo malowniczym miejscu. To idealne miejsce dla tych, którzy lubią cyzelować kadry na statywie, mierząc co do milimetra. A raczej prawie idealne – ale o tym w innym wpisie. Do Grobli można dojść drogą nad morzem albo wiodącą szczytem klifu. Ta druga jest zdecydowanie bardziej widokowa:

„Krzywy” horyzont na zdjęciu wynika z ukształtowania wybrzeża i ściany deszczu sunącej prosto na nas…

Na samej Grobli można fotografować godzinami, choć nie zawsze jest to łatwe, ale o tym będzie następny wpis. Póki co, kilka zdjęć z bazaltowymi sześciokątami na pierwszym planie:

Póki co, to tyle. Zdjęcia z tego wyjazdu jeszcze się tu pojawią, a ja na pewno jeszcze pojawię się na Zielonej Wyspie. Czego i Wam życzę 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 7 komentarzy

Morawy z teleobiektywem

Zapraszam na fotograficzny weekend na Morawach (trochę przedłużony, bo od czwartku). Morawskie pola przebojem wdarły się do fotograficznej listy przebojów tej części Europy. Ktoś o niewyrobionym oku może się zastanawiać o co chodzi. Jaka jest frajda w robieniu zdjęć polom, które są wszędzie? Wprawny fotograf dostrzeże tu jednak nieskończone możliwości komponowania eleganckich, czystych kadrów. Pola w okolicach Kyjova są pofałdowane niczym rzucona niedbale suknia, a dzięki wielkoobszarowym gospodarstwom porastają je jednorodne uprawy. To jedno z tych miejsc, gdzie wybitnie przyda się teleobiektyw.

Przyjedziemy tu pod koniec kwietnia, kiedy pola będą już ładnie zazielenione, a to zazielenienie nie będzie zakrywało jeszcze ich struktury. Wykorzystamy wschody i zachody słońca, bo w niskim świetle krajobrazy zawsze prezentują się najlepiej.

Nie skupimy się tylko na polach. Odwiedzimy też Palavę – niezwykły wapienny masyw, który wyrasta z równiny w najmniej oczekiwanym miejscu. Skały, ruiny zamków, winnice: jest tu na co kierować obiektywy. Miłośnicy wina chętnie zajrzą do którejś z piwniczek – w Pavlovie zachował się cały zespół architektoniczny z okresu baroku.

Na deser zrobimy sobie spacer po Ołomuńcu, jednym z najbardziej urokliwych miast na Morawach.

Zapisy na fotoweekend na stronie Horyzontów.

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Kraj pięknych ludzi

Etiopia ma mnóstwo zabytków z pierwszej półki: kościoły w skalnych dziurach, zamki wyglądające jak romańskie (chociaż o wiele młodsze), najcenniejsze freski w Afryce, czy klasztory schowane na końcu świata. Można wymieniać i wymieniać. Atutem Etiopii są też jej mieszkańcy: piękni, dumni ludzie – obywatele kraju, który nigdy nie został skolonizowany. Według antropologów stanowią „rasę kontaktową między Europeidami a Negroidami”. Pod względem wizualnym od jednych i drugich wzięli to co najlepsze: smukłe, proporcjonalne sylwetki, wąskie, ale umięśnione kończyny i delikatne rysy twarzy. Na dodatek zazwyczaj nie mają nic przeciwko byciu fotografowanym – może zdają sobie sprawę ze swojej wizualnej wartości…

Świetnym miejscem do robienia zdjęć ludziom jest Lalibela. O ile same podziemne kościoły fotografuje się trudno, o tyle ich wnętrza i najbliższe okolice to prawdziwa orgia światłocieni – istne studio fotograficzne w naturze.

Na pierwszy ogień poszła „przewodniczka” (zdjęcie powyżej). Dziewczyna chce w przyszłości zostać profesjonalnym przewodnikiem po Lalibeli, a póki co terminuje, towarzysząc odwiedzającym kościoły farandżi (tak Etiopczycy nazywają białych).

Lalibela to nie muzeum – kompleks żyje do dziś i stanowi jedno z najważniejszych centrów kultu religijnego w kraju. Większość osób przybywa tu żeby się modlić:

Są jednak i miejscowi turyści:

W kamiennych zaułkach dobrze fotografuje się scenki rodzajowe:

W takim miejscu nie może zabraknąć mnichów i pustelników. Ci pierwsi to ciekawy przykład połączenia powagi z… komercją. Kiedy w kościele pojawia się grupa farandżi, mnich chwyta krzyż, ustawia się dostojnie i pozuje (oczekując drobnej opłaty). Trzeba przyznać, że niektórzy mają doskonałe wyczucie miejsca, w którym trzeba stanąć:

Innych duchownych można spotkać kiedy oddają się lekturze (po amharsku, więc podglądanie co czytają nic nie daje):

Jeszcze innych w wąskich przejściach między kościołami:

Niektórzy mają miły i przyjazny wyraz twarzy:

Inni trochę mniej, co nie zmienia faktu, że takiej twarzy można przyglądać się w nieskończoność:

Dwóch ostatnich spotkaliśmy już w Gonderze, naszym następnym celu. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do Lalibeli. Gdy wyszliśmy ze stojącego na uboczu kościoła św. Jerzego, podeszła do nas grupa ciekawskich dzieci i młodzieży, a w niej trzy śliczne dziewczyny. Od razu pomyślałem o „studiu fotograficznym w naturze” i zaproponowałem im pozowanie naszej grupie. Pomysł był chyba dobry, bo wszyscy dobrze się bawili (po obu stronach obiektywów):

Kolejną kopalnią tematów jest lokalne targowisko (w tym przypadku w Debark, u podnóża gór Semien). Można tu na przykład spotkać dziewczynę używającą parasola w sposób odpowiadający jego nazwie:

Albo chłopczyka o wybitnie pozytywnym nastawieniu do świata:

Albo przyjrzeć się kobietom przesiewającym ziarna i spróbować uchwycić ten proces w najciekawszym momencie:

Koło Gonderu odwiedziliśmy wioskę Felaszów, etiopskich Żydów. Nie zastaliśmy ani jednego (już od dawna tu nie mieszkają), za to pojawiła się sprzedawczyni paciorków wyglądająca jak Nefretete:

Inną sprzedawczynię sfotografowałem nad Nilem:

A tę nieśmiałą damę w Gonderze (siedziała koło mnicha o groźnej twarzy):

Na koniec grupka dzieci, która przyglądała nam się podczas fotografowania zachodu słońca w górach Semien. Zdjęcie zrobiłem kiedy trochę się nami znudzili i zaczęli konwersować – w ten sposób uchwyciłem ich wzajemne relacje (może oprócz tego po lewej):

Dziękuję za przeczytanie wpisu i zapraszam do lektury następnych.

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Otagowano , , , , , , , , , | 2 komentarze

Życzenia świąteczne

Składam Wam życzenia zdrowych i spokojnych Świąt, a w Nowym Roku spełnienia wszystkich dobrych marzeń, niekoniecznie tylko fotograficznych i niekoniecznie związanych tylko z podróżami.

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | 2 komentarze

Trzy kraje od nas, czyli… w sercu Azji

Z czym się kojarzy Kazachstan? Yyy, stepy, konie, wielkie przestrzenie… Niektórzy dodadzą Bajkonur, inni poligon w Semipałatyńsku, a jeszcze inni zsyłkę dziadka. A śpiewające wydmy, kaniony jak Kolorado, kolorowe skały, czy jezioro z zatopionymi drzewami? Prawie nikt. A to właśnie po to (i mnóstwo innych atrakcji) mogą tu przyjechać fotografowie krajobrazu.

Zapraszam na fotograficzną przejażdżkę po Kazachstanie. Zdjęcia powstały podczas naszej pionierskiej fotoekspedycji. Ci, którzy z nami byli, mogą czuć się usatysfakcjonowani. Qui audet adipiscitur.

Zaczęliśmy z grubej rury, od Parku Narodowego Ałtyn Emel. Na dzień dobry pojechaliśmy do kolorowych skał. Pogoda była średnia, ale następnego dnia miało padać i w ogóle nie dałoby się tu dojechać:

Padało w nocy, a rano przywitały nas piękne chmury, które sfotografowaliśmy nad malowniczymi grobowcami przedstawicieli panującego tu niegdyś klanu:

Po południu wspięliśmy się na Śpiewającą Wydmę – wspaniały piaszczysty barchan, który przy odpowiednim wietrze wydaje z siebie dźwięki. Tym razem wiatr był nieodpowiedni, za to świetnie nadawał się do uwieczniania piasku przewalającego się nad krawędzią:

Większość z nas postanowiła wspiąć się właśnie po krawędzi wydmy…

… chociaż niektórzy wybrali trudniejszą diretissimę:

Jeszcze jeden fajny motyw w tych stronach to sąsiednia góra, pomalowana w paski przez słońce i chmury:

Naszym następnym celem był Kanion Szaryński, czyli kazachskie Kolorado. Co prawda jest znacznie mniejszy, ale fotografuje się go równie dobrze.

Również od środka, dokąd można łatwo zejść (znacznie łatwiej niż półtora roku temu dzięki nowym schodom).

Jedziemy dalej. Górska wioska Satty to już zupełnie inny świat. Spacerując ulicami można cieszyć oko ładnymi detalami zabudowy:

Z Satty jedzie się nad jezioro Kaindy, znane z zatopionego lasu. Akwen powstał po lawinie skalnej, która w 1911 r. przegrodziła dolinę i zatamowała drogę płynącej tędy rzeczce. Sterczące z wody kikuty tworzą nietypowy pejzaż:

Można zatem pokusić się o sfotografowanie go w nietypowy, malarski sposób:

Kilka słów o kazachskich stepach. Przestrzenie są tu faktycznie imponujące. Podróż do Kazachstanu powinni zapisywać lekarze jako kurację wszystkim, którzy pracują przy komputerze – oczy wspaniale wypoczywają przy takim krajobrazie.

Na stepie można mieszkać na różne sposoby. Najbardziej popularne są skromne domki z zagrodami dla zwierząt:

Koczowniczy tryb życia Kazachów skończył się wraz z nastaniem demokracji ludowej. Dlatego widok jurt na stepie należy już do rzadkości. Tym większa radość, kiedy na takie się trafi:

Przemiły gospodarz poinformował nas, że mamy szczęście, bo jutro zwija majdan i wraca na zimę do wioski:

Jurty pięknie prezentują się na tle gór. Robiąc poniższe zdjęcie byłem przekonany, że jest na nim jedna. Potem doliczyłem się jeszcze dwóch:

W Kazachstanie konie są chyba najszczęśliwsze na świecie. Trawiaste stepy to w końcu ich naturalne środowisko:

Są tu też inni szczęśliwi mieszkańcy:

Oraz szczęśliwi fotografowie, którzy właśnie ich zobaczyli…

Osiołki zapewne też są szczęśliwe – trudno powiedzieć, czy patrzą na wielbłąda, czy na dziwadło z czymś długim przy oku…

Stepy można oglądać z wiodących przez nie dróg:

I nie tylko. My byliśmy w o tyle dobrej sytuacji, że mieliśmy do dyspozycji luksusowe terenówki, które pozwalały odkrywać bardziej dziewicze przestrzenie:

Na przykład dotrzeć nad malownicze jezioro przy granicy z Chinami, nad którym rosły wrzosopodobne rośliny, zabarwiając brzegi na czerwono.

Widok z daleka:

I z bliska:

Woda w jeziorze jest słona, a brzeg tworzy malownicze błotko:

Znad jeziora widać najwyższe szczyty Tien-Szanu – olbrzymiego pasma górskiego oddzielającego Kazachstan od Kirgistanu (i częściowo od Chin). My też je widzieliśmy, ale światło było akurat takie sobie. Górskimi panoramami mogliśmy za to napawać się w innych miejscach:

Najwięcej fotograficznych emocji wzbudził świt na przełęczy Szałkoty (ok. 3200 m n.p.m.), na którą wwiozły nas nasze dzielne Land Cruisery. Nie mniej dzielni byli fotografowie, którzy na widok fantastycznego światła zaczęli rozstawiać statywy w co bardziej efektownych miejscach (mimo przejmującego zimna):

Przedświt zabarwił niebo nad dalekim pasmem Kungej Ałatau na piękny fioletowawy kolor:

Kiedy słońce wyskoczyło znad pobliskiej góry, światło od razu zrobiło się cieplejsze:

Wszyscy czekaliśmy na pojawienie się króla Tien-Szanu, czyli pięknej piramidy Chan Tengri (Pan Nieba; 7010 m n.p.m.). Co prawda nie jest to najwyższy szczyt tego pasma, ale bez wątpienia najpiękniejszy. Chan w końcu zaszczycił nas swoim widokiem, choć nie do końca: poranne słońce zabarwiło jego zbocza na złotawy kolor, wierzchołek jednak pozostał ukryty. Dzięki superteleobiektywowi udało mi się uchwycić to złoto z odległości… ponad stu kilometrów:

Pierwsza fotoekspedycja do Kazachstanu za nami. Poniżej jej Uczestnicy – wspaniała ekipa, z którą podróżowanie było samą przyjemnością (autor tekstu w czerwonej kurtce, podpiera się ręką o step):

Za rok znowu tu przyjedziemy! Można się już nawet zapisać na stronie Klubu Podróży Horyzonty: o tutaj.

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Otagowano , , , , , , , | 5 komentarzy

Wyprawy w 2020 r.

Jeżeli ktoś w przyszłym roku chciałby wybrać się na fotograficzną wyprawę, a jeszcze nie wie kiedy i dokąd, radzę przeczytać poniższy artykuł. My już wiemy! Poniżej małe streszczenie. Zapraszam do lektury. Będzie się działo!

Lofoty (14–20 lutego)

Nasz zimowy klasyk w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Góry, morze, śnieg i zorze 😉 Na te ostatnie nie ma gwarancji, ale szansa ich zobaczenia jest duża.

Więcej o wyprawie tutaj, a zapisy – tutaj.

Malta (28 marca–2 kwietnia)

Malta jest naszym fotograficznym odkryciem. Oferuje dzikie skaliste wybrzeża, wykute w skałach solniska, nastrojowe miasteczka, mosty skalne i łany różnobarwnych kwiatów. Nie wspominając o stolicy, wspaniale położonej na wysokim półwyspie.

Więcej informacji tutaj, a zapisy – tutaj.

Arizona i Utah (13–24 maja)

Dziki Zachód w obiektywie. Majestat Wielkiego Kanionu i kolory Kanionu Antylopy. Skalne łuki w Parku Narodowym Arches i ostańce hoodoo w Parku Narodowym Bryce. Nostalgia Route 66 i szaleństwo Las Vegas.

Zapisy tutaj.

Peru (14 czerwca–1 lipca)

Kto nie chciałby sfotografować słynnego Machu Picchu w magicznym świetle poranka, czy kondorów szybujących nad kanionem Colca? Inkaskich i hiszpańskich zabytków Cusco albo wysp na jeziorze Titicaca? A to jeszcze nie wszystko. Zobaczymy też kolonialną Arequipę i wznoszący się nad nią wulkan El Misti, Świętą Dolinę Inków, papugi w amazońskiej dżungli i mnóstwo innych atrakcji.

Zapisy wkrótce na horyzonty.pl.

Montana i Wyoming (26 sierpnia–6 września)

Parki narodowe USA to kopalnia fotograficznych tematów. Grand Teton rozsławił słynny Ansel Adams, nestor amerykańskiej fotografii. Pobliski Yellowstone słynie z malowniczych gejzerów i wspaniałego świata zwierzęcego (w tym dość łatwe do napotkania bizony). Park Narodowy Glacier, na granicy z Kanadą, to Góry Skaliste w najpiękniejszej odsłonie, a do wielu miejsc widokowych można łatwo dojechać. Ta wyprawa napełni nasze karty pamięci wspaniałymi kadrami.

Zapisy wkrótce na horyzonty.pl.

Kazachstan (19–27 września)

Okolice Ałmaty to jeden z najpiękniejszych regionów Azji Centralnej. Są tu olbrzymie wydmy, skały wyglądające jak gigantyczne kolorowe muszle, turkusowe górskie jeziorka, kaniony jak na Dzikim Zachodzie, stepy z pasącymi się końmi i niebotyczne szczyty Tien-Szanu. I przemili ludzie, chętnie wdający się z gośćmi w pogawędki.

Zapisy: tutaj.

Dachstein i Dolomity (3–11 października)

Alpejska odyseja w jesiennej odsłonie: skaliste szczyty odbijające się w krystalicznie czystych jeziorkach (albo ledwo wystające spoza chmur), sielankowe miejscowości z Hallstatt na czele, przebłyski światła na zielonych łąkach i górskie lasy we wszystkich odcieniach przebarwiających się liści.

Zapisy wkrótce na horyzonty.pl.

Wietnam (7–18 listopada)

Fotograficzne odkrywanie Dalekiego Wschodu. Wietnam to tarasowe pola ryżowe, bajkowe plenery zatoki Ha Long, bogata przyroda i fascynująca, egzotyczna kultura. Trzeba pamiętać o wystarczającym zapasie kart pamięci, bo zdjęcia będą się tu robiły same 😉

Zapisy wkrótce na horyzonty.pl.

Kambodża, Laos i Bangkok (18–29 listopada)

Kolejna odsłona naszego azjatyckiego bestsellera. Hitem jest kompleks Angkoru, czyli wynurzający się z dżungli największy kompleks świątynny na świecie. Będziemy go eksplorować na spokojnie przez kilka dni. Zobaczymy też pływającą wioskę, piękne miasto Luang Prabang nad Mekongiem, wodospady w dżungli i śródgórskie doliny Laosu. A na koniec zanurzymy się w szalone życie Bangkoku.

Zapisy: tutaj.

Jak widać, w 2020 r. będziemy mieli co fotografować. Zapraszam na wyprawy. Do wyboru, do koloru 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarze

Światło Północy

Pod koniec lata warto pomyśleć o zimie. Co powiecie na wyprawę za koło podbiegunowe? Archipelag Lofotów nie od dzisiaj cieszy się opinią jednego z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Tutejsze krajobrazy nasuwają skojarzenia z Alpami, które ktoś przeniósł na daleką Północ. Góry omywają wody Atlantyku o zaskakujących kolorach, od groźnego stalowoszarego, po idylliczny turkus niczym w tropikach. Ale najciekawsze jest światło. Lofoty wyglądają dobrze zarówno podczas ciężkiego zachmurzenia, jak i w pełnym słońcu. Najatrakcyjniejsze fotograficznie świt i zmierzch trwają tu bardzo długo – w końcu jesteśmy na Północy. Dlatego po zmroku czeka nas polowanie na zorze polarne: podczas bezchmurnych nocy szanse ich zobaczenia są bardzo duże (oczywiście nie ma gwarancji, ale przez to łowy stają się jeszcze bardziej emocjonujące).

Wyspy stanowią raj dla miłośników wszelkiego rodzaju „outdooru”, ale są też wyjątkowo przyjazne dla tych, którzy… nie lubią dużo chodzić. Do większości miejscówek będziemy dojeżdżać: kto chce, idzie ze statywem na dłuższy spacer, kto chce – fotografuje z okolic parkingu.

Poniżej trochę zdjęć z mojej ostatniej eksploracji Lofotów.

Światło poranka wielu fotografów uważa za najbardziej magiczne. Jest podobne do wieczornego, ale można je podziwiać w mniejszym gronie (niefotografom nie chce się tak wcześnie wstawać).

Lofoty zimą mają ten plus, że wschód słońca przypada na bardzo cywilizowaną porę, a piękne światło utrzymuje się długo, choćby na chmurze:

Albo na budynkach i w ich okolicach:

Bywa tak, że niebo w całości zasnuwają chmury. To też są dobre warunki fotograficzne, w sumie lepsze niż w pełnym słońcu za dnia:

Niektóre kadry aż się proszą o konwersję do czerni i bieli:

Kolejna zdjęciowa pora to wieczór:

Zachód słońca i chwile tuż po nim:

Przełamanie dnia i nocy można też fotografować w niewielkich rybackich wioskach:

A na deser światło, które budzi najwięcej emocji. Zorza nie zawsze się pojawia, ale jak już rozbłyśnie to daje niesamowity spektakl:

Lofoty fotografujemy w niewielkiej grupie i dysponujemy własnym pojazdem. Dzięki temu możemy „zapolować” na zorze w najbardziej atrakcyjnych miejscach. Do tego mamy bazę w jednym, bardzo przytulnym i wygodnym miejscu.

Zapisy na wyprawę dostępne są już na stronie Horyzontów. Nie ma co zwlekać…

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | Otagowano , , , , , , , , , | 1 komentarz

Wyspa kadrów (a nawet dwie)

Musze się Wam przyznać, że plenery fotograficzne na Malcie należą do moich ulubionych. Podoba mi się stolica, z ulicami-schodami na pofałdowanym półwyspie, nastrojowe miasteczka z wysmakowanymi detalami architektonicznymi oraz – przede wszystkim – wyjątkowo fotogeniczne wybrzeża na obu wyspach: Malcie i Gozo. Kraj jest kompaktowy, dzięki czemu wszędzie można sprawnie dojechać, hotele mamy bardzo fajne, a wyłowione z Morza Śródziemnego specjały świetnie się komponują na talerzach i w ustach. Innymi słowy fotograficzna dolce vita 🙂

Nasze plenery tradycyjnie zaczynamy od aglomeracji Valletty. Stolica leży na wysokim półwyspie, a z każdego miejsca można dojść do morza w kilka minut.

Nieczęsto zdarza się, żeby hotel w centrum miasta znajdował się w spacerowej odległości od „dzikiego” wybrzeża:

Samą Vallettę najlepiej smakować wędrując niespiesznie jej zaułkami:

Powyższe zdjęcie przypomina kto ostatnio kolonizował archipelag.

Na wschodnim wybrzeżu Malty leży miasteczko Marsaxlokk, z zatoką, w której bujają się kolorowe łodzie:

Zwykle można tu poobserwować rybaków przy pracy:

Prawdziwą gratką dla fotografów są maltańskie wybrzeża:

Dzikie, skaliste, postrzępione, szczególnego czaru nabierają tuż przed zachodem słońca:

I podczas samego zachodu. Wiosną, kiedy klify porastają kępy kwiatów, jest tu zdecydowanie najpiękniej. Trzeba tylko uważać, żeby w ferworze fotografowania nie zaliczyć upadku, bo w wielu miejscach jest bardzo stromo.

Dawna stolica Malty to Mdina – miasto, w którym od tamtych czasów niewiele się działo. I całe szczęście, bo dzięki temu możemy się tu poczuć jak na planie historycznego filmu:

Drugą główną wyspą archipelagu jest Gozo. Przed przeprawą odwiedzamy jeszcze Czerwoną Wieżę, czyli XVII-wieczną fortyfikację zwaną też Wieżą Świętej Agaty:

To jedna z tzw. Wież Lascarisa, czyli militarnych obiektów obserwacyjnych, które powstały za panowania wielkiego mistrza zakonu maltańskiego, noszącego takie właśnie nazwisko.

Wybrzeża Gozo w niczym nie ustępują maltańskim. Sama wyspa jest zdecydowanie spokojniejsza i mniej zaludniona, co docenią miłośnicy przyrody.

Na północy Gozo najbardziej charakterystyczne są solniska. Wykute w skale baseny liczą sobie już 350 lat. Wybraliśmy się na ich fotografowanie o wschodzie słońca:

Cisza, spokój i te kolory… Dlatego właśnie warto wybierać się na plenery w grupie. Samemu zbyt często nie chce się wstać i potem traci się takie kadry…

Późnym popołudniem odwiedzaliśmy inne wybrzeża Gozo, podziwiając żółte skały, które w tym świetle robiły się jeszcze żółtsze:

I jeszcze jedną Wieżę Lascalisa:

Tradycyjnie na zachód słońca wszyscy pielgrzymują nad morze, a tuż po nim od razu wracają. Właśnie wtedy często jest najlepsze światło i nikt już nie wchodzi w kadr…

Do zobaczenia na Malcie! Zapisy tutaj.

Zaszufladkowano do kategorii Aktualności | 1 komentarz