Vamos a la praia

Rozhuśtany ocean szturmujący brzeg lądu po jakimś czasie (dość długim) tworzy efektowne dla oka wybrzeże. Z  takiej aktywności znany jest Atlantyk, a jej przykłady można znaleźć w zachodniej i południowej Portugalii. Nawet całkiem niedaleko Lizbony, czego przykład może stanowić Praia da Ursa (Plaża Niedźwiedzia – nie wiem kto to wymyślił). Otaczające ją skały widać ze słynnego punktu widokowego na Cabo da Roca, czyli najdalej na zachód wysuniętym przylądku kontynentalnej Europy. Ale swój prawdziwy majestat ujawniają, kiedy stanie się u ich podnóża.

Najpierw jednak trzeba się tam dostać. Z szosy do Cabo w bok odbiega wygodna ścieżka (jest drogowskaz), która w ogóle nie przygotowuje wędrowca do tego, co będzie za chwilę, czyli do zejścia na łeb na szyję. Ścieżki w dół są dwie i obie wyglądają dość przyjaźnie. Poniżej ta gorsza:

My wybraliśmy łatwiejszą, co nie znaczy, że łatwą. Nie znaczy też, że trudną, ale zejście po osypującej się ziemi i kamieniach ze sprzętem fotograficznym na plecach wymagało niezłej pantomimy. Na szczęście można było robić przerwy i fotografować kwiatki, udając, że w ogóle nie jest się zmęczonym:

Na dole światło było początkowo dość nijakie:

Rozeszliśmy się więc szukając dobrych miejscówek. Część plaży stanowi oazę naturystów. Akurat to ta sama część, z której najlepiej wychodzą zdjęcia. Na miejscu spotkaliśmy dwóch praktykujących panów, którzy na widok naszych pań fotografek wykonali wzorcowy manewr „prezentuj broń” (czyli zaczęli paradować od swojego kocyka do wody i z powrotem).

Ja tymczasem poszedłem na sam koniec i wdrapałem się na omszałą skałę, z której był dobry widok. Skała była już w wodzie, a rozbijające się tuż pode mną fale nie nastrajały optymistycznie. Tym bardziej, że trwał przypływ i były coraz wyższe. Zacząłem zabawę ze statywem, filtrami, wężykami i całym tym badziewiem, żałując że nie jestem małpą z chwytnymi czterema kończynami. Ostatecznie nic do wody nie wpadło, kilka fal zmoczyło mi spodnie i powstało takie zdjęcie:

Im było później tym zaczynało się robić coraz bardziej tajemniczo:

W pewnym momencie słońce uraczyło nas swoim majestatem. Kto był wtedy w dobrym miejscu, ten zrobił dobre zdjęcia:

Czyli pewnie każdy, bo tam nie ma złych miejsc.

Część naturystyczno-kamienista plaży oddzielona jest od reszty wysoką skałą dochodzącą prawie do morza. W czasie przypływu można zostać odciętym od wyjścia. Jako opiekuńczy przewodnik poczekałem aż wszyscy ją opuszczą, po czym – biegiem między dwiema falami – przedostałem się na plażę główną.

A tu fajny piaseczek:

I coraz bardziej niebieskie światło po zmroku:

Na koniec czekało nas jeszcze podejście tą samą trasą, ale w takim terenie podejścia zawsze są łatwiejsze od zejść. Wszyscy przeżyli i będą mogli opowiadać wnukom o swoich przygodach 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *