Fotorelacja z Indochin

Za nami pierwsza fotoekspedycja, czyli wyprawa przygotowana specjalnie dla pasjonatów fotografii. Podobnie jak na wcześniejszych wyjazdach, odwiedzaliśmy najlepsze miejsca widokowe w porze najlepszego światła – jedyną różnicą był brak wieczornych warsztatów teoretycznych. Jak to się sprawdziło? Doskonale. Grupa (łącznie 13 osób) zamknęła się na wiele tygodni przed terminem odlotu, a na miejscu panowała fantastyczna atmosfera (to nie tylko moja  opinia) – jak zawsze, kiedy w jednym miejscu zgromadzą się pasjonaci. Podróżowali z nami fotografowie o różnym stopniu zaawansowania: od początkujących po takich, których prace wbijają w fotel. Wszyscy świetnie się dogadywali, zarówno podczas plenerów, jak i wieczornych „rozmów Polaków”. Zżyliśmy się ze sobą do tego stopnia, że żal było się rozstawać…

Ale od początku. Do Bangkoku dolecieliśmy liniami Emirates, z przesiadką w Dubaju (niezły widok na wyłaniający się z nocy Burdż Chalifa). Dwa sześciogodzinne loty szybko minęły – jedni spali, inni korzystali z multimedialnych rozrywek (z filmoteki można było wybrać różne egzotyczne filmy, np. polskie albo pakistańskie).

Dzięki komfortowej podróży w Bangkoku byliśmy w dobrej formie i po zakwaterowaniu w hotelu mogliśmy przystąpić do działania. Na miejsce wieczornej akcji wybraliśmy dwa kompleksy świątynne – Wat Arun i Wat Po – do których dotarliśmy tramwajem wodnym (nie tylko Wenecja takie ma). Ten pierwszy dość nieoczekiwanie przyszło nam oglądać w deszczu. Miało to swoje plusy, bo zamiast pocztówkowych ujęć można było upolować fajne odbicia w wodzie albo mnichów z parasolami:

Wat Po rozciąga się dokładnie po drugiej stronie rzeki Chao Phraya. Leżący Budda zawsze wygląda tak samo, ale las spiczastych stup na terenie świątyni najlepiej prezentuje się w okolicach zmroku. Przy okazji można sportretować lokalnego rezydenta:

To ostatnie wymagało sporego zaangażowania kilku osób, bo rezydent długo siedział na murku w zupełnie niefotogenicznej pozie…

Następnego dnia skoro świt wyruszyliśmy w stronę słynnego Angkoru. Najpierw dwa busy zawiozły nas do granicy z Kambodżą: podróż upłynęła w miłej atmosferze, jeśli nie liczyć drobnego incydentu, kiedy kierowca zaczął wykrzykiwać do mnie piskliwym głosem: „giw mi mani nał!”. Po kambodżańskiej stronie czekał już tamtejszy autobus, który dowiózł nas do Siem Reap. Tu też był jeden incydent: przewodnik na przydrożnym stoisku zjadł półsurowego kurczaka, przez co potem był jedyną na całym wyjeździe osobą z jakimikolwiek problemami żołądkowymi (brawo ja).

Następny dzień przeznaczyliśmy w całości na eksplorację Angkor Wat – największej świątyni na świecie. Tutejsze wschody słońca nad sadzawką są chyba najpopularniejsze w całej Azji: razem z nami spektakl podziwiało kilka tysięcy osób stłoczonych jedna na drugiej. Światło było akurat dość przeciętne – lepsze zdjęcia można było zrobić po południu znad drugiej sadzawki:

Ciekawszy był drugi wschód słońca. Część grupy postanowiła zrobić poprawkę przy Angkor Wat, a część pojechała do dawnego królewskiego basenu o romantycznej nazwie Sra Srang. Ta druga opcja miała dużo plusów: basen jest dużym jeziorem, a ozdobiona lwami platforma na brzegu stanowi doskonały punkt widokowy. No i było tu tylko kilkanaście osób. Zupełnie inna jakość fotografowania:

Przyznaję, że liczyłem na poranne mgiełki nad wodą. No i się nie przeliczyłem, chociaż pojawiły się z dość nieoczekiwanej strony. W skleconych z desek kafejkach na brzegu zaczęto parzyć kawę („Kofi mister?”), a dymek poszybował nad jezioro. Na dodatek wszyscy już sobie poszli, z wyjątkiem łaciatego rezydenta, który postanowił zostać moim pierwszym planem:

W kompleksie Angkoru (Angkor Wat to tylko jego niewielka część) spędziliśmy kilka dni. Odwiedziliśmy m.in. Angkor Thom z niesamowitymi rzeźbami hinduistycznych boginek:

Rozszerzyliśmy też program i pojechaliśmy do Banteay Srei, z najpiękniejszymi płaskorzeźbami w całej Kambodży (mówi się, że wykonały je kobiety, bo żaden facet nie stworzyłby czegoś tak delikatnego):

Nie zabrakło też słynnego Bajonu z wieżami w kształcie twarzy Buddy, ani Ta Prohm, po którym biegała Angelina Jolie vel Lara Croft. W jednym miejscu trafiliśmy na pistacjową sesję ślubną:

W innym na śliczną dziewczynkę:

Jeden z zachodów słońca podziwialiśmy ze świątyni Pre Rup. Jest to piramida, wyglądająca jak miniaturowy Angkor Wat i wyrastająca wysoko ponad drzewa:

Ze szczytu zafascynowany fotografowałem nadciągające burzowe chmury:

Nadciągnęły zaskakująco szybko. Zgodnie z zasadą „kapitan schodzi ostatni” obszedłem całość, żeby zobaczyć czy nikt nie został. Skończyło się to przemoczeniem „do gaci” i wesołością grupy, która sucha i bezpieczna siedziała już w autobusie.

Jeszcze jedną atrakcją w okolicach Siem Reap jest pływająca wioska na jeziorze Tonle Sap. Po drodze zatrzymaliśmy się żeby sfotografować prowincjonalne targowisko. Na zdjęciu lokalna rodzinka wracająca z zakupów:

Pływająca wioska była ciekawa, a jeszcze ciekawszy zatopiony las, po którym pływa się łodziami (na pierwszym zdjęciu nasza wioślarka):

Tego dnia po południu pożegnaliśmy Kambodżę i z nowiutkiego lotniska polecieliśmy do Laosu. Naszym pierwszym celem było Luang Prabang – piękne miasto z kolonialną architekturą, położone w widłach Mekongu i rzeki Nam Khan. Czekała nas tu niespodzianka pogodowa. Po relaksująco ciepłej Kambodży musieliśmy wyjąć z plecaków kurtki.

Luang Prabang słynie z porannych procesji mnichów, którzy maszerują ulicami z miskami w dłoniach, a miejscowi nasypują im do misek ryż. Pierwsi mnisi zrobili nam dowcip i wyszli jeszcze przed świtem. Nie zraziliśmy się jednak i zaczęliśmy ich fotografować w sztucznym oświetleniu:

Szybko zrobiło się jasno, a do mnichów dołączyły psy, wyczuwając śniadaniową atmosferę:

Ciekawostką Luang Prabang są sezonowe bambusowe mosty na Nam Khan (powstają w porze suchej, a w deszczowej woda je zmywa):

Prócz kolonialnych domów miasto słynie z pięknych świątyń, takich jak Wat Ho Pha Bang na terenie kompleksu królewskiego (daszki poniżej to nocne targowisko):

Z Luang Prabang postanowiliśmy zrobić wycieczkę do wodospadów Tat Kuang Si. Rzeka przedziera się przez dżunglę spływając efektownymi kaskadami, pod którymi tworzą się zielonkawe baseny. Można tu spędzić całe godziny rozstawiając statyw to tu, to tam…

Naszym kolejnym celem było Vang Vieng. Z Luang Prabang jedzie się tu przez góry, co samo w sobie stanowi atrakcję (szczególnie kiedy pojawiają się wędrujące mgiełki, jak na naszej trasie). Niesamowite krajobrazy zaczynają się jeszcze przed dojechaniem na miejsce:

W Vang Vieng wróciły podkoszulkowe temperatury. Samo miasto leży nad rzeką, za którą wznoszą się efektowne skalne wzgórza. Najlepszy widok jest z pewnej wysokości, dlatego warto tu przyjechać z dronem albo zatrzymać się w odpowiednim hotelu. My wybraliśmy tę druga opcję. Poniżej wschód słońca z naszego balkonu:

A tu zachód – też z balkonu:

Można też wyjść kawałek za miasto i plenery otwierają się same. Poniższe zdjęcie to panorama z dwóch ujęć, wykonana zza płotu po wyłamaniu kawałka bambusowej sztachety (i tak już ledwo się trzymała):

W Laosie zajrzeliśmy też do Vientiane, stolicy kraju. Jednym z symboli Laosu i religii buddyjskiej jest świątynia Pha Tat Luang na obrzeżach miasta:

Stanowi cel pielgrzymek różnych grup społecznych i zawodowych. My trafiliśmy na kierowców tuk-tuków, którzy akurat robili tu sobie zdjęcia wraz ze swoimi przystrojonymi rydwanami:

Najbardziej niezwykłym miejscem w okolicach Vientiane jest Buddha Park – park rzeźb o tematyce religijnej. Nietypowe figury mają stanowić syntezę buddyzmu i hinduizmu. Jedną z nich jest wielka dynia z paszczą, przez którą wchodzi się do środka:

Przy największym Buddzie zrobiliśmy sobie zdjęcie. Oto Dwanaścioro Wspaniałych (i ja):

Po odwiedzeniu parku przeprawiliśmy się na tajską stronę granicy, gdzie wsiedliśmy w wygodny nocny pociąg do Bangkoku. Podróż upłynęła bardzo przyjemnie i w komfortowych warunkach, tym bardziej, że nad wagonem czuwali konduktorzy, którzy na wstępie miło poinformowali, że „beer not allowed, sir”.

Po dotarciu do Bangkoku ogarnęliśmy się w hotelu, po czym pojechaliśmy na pływający targ Damnoen Saduak. To od wielu lat tajlandzkie „must see”. Od zbyt wielu. Poziom skomercjalizowania tego miejsca przekroczył akceptowalny poziom i więcej tu nie wrócimy. Na pożegnanie zrobiłem kilka portretów:

Za to mieliśmy fajny wieczór. Na początku podróży odwiedziliśmy stary Bangkok, teraz skoncentrowaliśmy się na współczesnym city. Miejsc, z których można podziwiać wieżowce jest sporo, my wybraliśmy park z jeziorkiem, wokół którego biegali lub spacerowali miejscowi (co ciekawe, ruch jest jednostronny). Niektórzy też karmili żółwie albo robili sobie zdjęcia:

Po zmroku zrobiło się bardzo ładnie, a fotografowie rozciągnęli się wzdłuż nabrzeża w poszukiwaniu idealnej kępy kwiatów na pierwszym planie. Tzw. Niebieska Godzina przyniosła takie światło:

Po zmroku wróciliśmy do centrum i zrobiliśmy sobie pożegnalny spacer po Bangkoku. Odwiedziliśmy chińską dzielnicę (już spała) i dystrykt uciech Patpong (dopiero się budził).

A potem Emirates wygodnie przetransportowały nas z powrotem do Polski. Nawet bardzo wygodnie: na odcinku Bangkok–Dubaj lecieliśmy dwupokładowym Airbusem A380, największym pasażerskim samolotem świata. W parze z wielkością maszyny szła jakość systemu audio: pierwszy raz w samolocie mogłem wygodnie słuchać metalu 🙂

Fotoekspedycja do Indochin była tak udana, że w 2018 r. planujemy kolejną (z niewielkimi modyfikacjami). Jej termin niedługo zostanie ogłoszony na stronie Klubu Podróży Horyzonty. Zapraszam 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Fotorelacja z Indochin

  1. avatar Kasia pisze:

    Zacytuję Julię Roberts,która w filmie” Pretty woman”,wychodząc z opery powiedziała :”Prawie się posikałam”.
    Braklo jej słów.:).
    Jak mnie.
    Zwlaszcza to z kotem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *