Malta – fotorelacja z fotoekspedycji

Wiosenny plener fotograficzny na Malcie już za nami. Odwiedziliśmy dwie główne wyspy archipelagu, Maltę i Gozo. Ta pierwsza to jakby dwa kontrastujące ze sobą światy: północ i wschód silnie zurbanizowane, a pozostała część niemal pusta, z nadspodziewanie dzikim i bezludnym wybrzeżem. Gozo to z kolei dużo zieleni, wioski wspinające się na wzgórza i wyjątkowo atrakcyjna linia brzegowa. Było co robić…

Zaczęliśmy, jak należy, od stolicy. Pierwszą sesję zrobiliśmy… w hotelu. Dokładniej na tarasie na dachu, skąd świetnie widać port Marsamxett, otaczający starą Vallettę od zachodu:

Potem ruszyliśmy w miasto:

Valletta to szachownica zabytkowych uliczek, wspinających się i opadających pod różnymi kątami. Fotografowie szybko zabrali się do roboty:

Mieliśmy szczęście, bo miasto było jeszcze w przebraniu wielkanocnym (później zdejmowano je na naszych oczach):

W Valletcie można polować na scenki rodzajowe:

I znaleźć najlepszy punkt widokowy na słynne kolorowe balkony:

Można też pójść na jeden z tarasów widokowych:

Valletta była jednak tylko rozgrzewką przed największą fotograficzną atrakcją Malty, czyli dzikim, poszarpanym wybrzeżem. Najbardziej efektowna jest południowa część wyspy:

Na pierwszym planie widać cypel z łagodnym skalnym mostem. Tego typu formacji jest tu bez liku, a najbardziej znanym był łuk Azure Window, który zawalił się rok temu (dziś zawalisko jest coraz większą atrakcją wśród nurków).

Wieczór nie zapowiadał się jakoś specjalnie, ale Natura po raz kolejny pokazała, że lubi płatać figle. Zza bezkształtnych chmur nagle wyszło zachodzące słońce i pomalowało je na pomarańczowo:

Kolejny skalny łuk atakowany przez fale:

Ciekawe jak długo jeszcze postoi. Jeden z naszych postanowił sprawdzić jego wytrzymałość siadając na brzegu (test jak widać wypadł pomyślnie).

Kolejny maltański zachód słońca był już spokojniejszy, ale nie mniej urokliwy:

Zatoka na dole to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można zejść i fotografować skały z wysokości morza. A to ostatnie szturmuje bez wytchnienia:

W ramach płodozmianu wybieramy się do cywilizacji. Tym razem wioska Marsaxlokk, znana z kolorowych łodzi luzzu, cechujących się wyjątkową odpornością na sztormy:

Do dziś służą rybakom, którzy w przerwach między rejsami rozkładają i naprawiają sieci:

Mocne kolory zwiniętych sieci to świetny poligon fotograficzny:

Spędziłem przy nich chyba z kwadrans. Początkowo byłem sam, a później moje wygibasy zwabiły turystów, którzy zaczęli robić to samo co „ten z wielkim aparatem” 😉

I jeszcze jeden spacerek, tym razem po starej stolicy Mdinie, która w słoneczny dzień cieszy oko pięknymi światłocieniami i uwypuklonymi detalami:

Zostawiamy z tyłu Maltę i przez kanał płyniemy na Gozo (całe 25 minut rejsu). Tu skupiamy się już głównie na wybrzeżach. A jest na czym. Mieszkańcy od wieków eksploatują tutejsze solniska. My też spróbowaliśmy, chociaż w trochę inny sposób. Pierwszego poranka pomogła nam w tym burza:

Drugiego podziwialiśmy nieco zmulony wschód słońca:

A pod wieczór odwiedziliśmy inne solniska, na drugim brzegu wyspy:

Na Gozo są też konkretne klify i formacje skalne:

A brak Azure Window rekompensuje most Wied il-Mielah:

Jest tu też pomarańczowy skalny grzyb, przy którym można bawić się w Kate Winslet na Titanicu (bo tak wieje):

Samo wybrzeże urodą w niczym nie ustępuje maltańskiemu, a niektórzy twierdzą, że nawet je przewyższa:

Na koniec nasza ekipa (brakuje jednego Uczestnika) podczas akcji na południowym wybrzeżu Gozo. Dziękuję wszystkim za współudział i polecam się na przyszłość. A ta wygląda bardzo ciekawie 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *