Santa Cruz – podniebny spacer w Andach

Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć góry himalajokształtne, które są łatwo dostępne i nie ma w nich europejsko-nepalskich tłumów, polecam peruwiańską Cordillera Blanca. Nie jest to terra incognita – dolinami wiodą wygodne ścieżki i drogi, niektóre nawet przemierzane przez lokalny transport publiczny. Same szczyty dostępne są wyłącznie dla doświadczonych wspinaczy: wyjątek stanowi kilka „trekkingowych”, które turyści wysokogórscy mogą zdobyć w towarzystwie lokalnych przewodników.

Najbardziej znaną trasą jest szlak Santa Cruz, swojego czasu uznany przez National Geographic za jeden z najpiękniejszych na świecie. Po przejściu jego najciekawszej części nie zamierzam z tą opinią polemizować…

Najpierw trzeba dojechać busem do osady Cashapampa. Nieutwardzona, „aviomarinowa” droga najpierw mija kilka przepięknie położonych wiosek (ich mieszkańcy z pewnością codziennie rozstawiają statywy i fotografują zachody słońca), a następnie wije się nad niezabezpieczoną przepaścią, skłaniając pasażerów busa do rozważań natury filozoficznej.

W Cashapampie następuje załadunek głównych bagaży na grzbiety osiołków. Załadunkowi towarzyszą typowe w takich sytuacjach dialogi. Mój z tragarzami brzmiał z grubsza tak:

– Za ciężkie, musicie wykupić jeszcze jednego osiołka!

– Tralalala!

Po zakończeniu negocjacji można ruszać na trasę. Małe plecaki z niezbędnym sprzętem (typu woda, aparat, krem UV i krówki) niesie się ze sobą, a główne toboły jadą na grzbietach osiołków, które oczywiście nie są nadmiernie przeciążone. Osiołki zwykle ruszają później. To bez znaczenia – i tak później bez trudu nas wyprzedzą.

Pierwszy etap to mozolne podejście doliną wzdłuż potoku Santa Cruz, od którego nazwę bierze cała trasa. Tego dnia robi się 900 m w pionie, a pod koniec zaczynają się miłe widoczki:

Etap kończy się na Llamacorral (3760 m n.p.m.), rewelacyjnie położonej polanie, z terenami biwakowymi ogrodzonymi kamiennymi murkami (nie wiadomo po co, bo i tak wszelka zwierzyna pałęta się w środku):

Namioty zostały rozbite przez miejscową ekipę „osiołkową”, która na trasie zdążyła nas wyprzedzić, przygotować biwak i częściowo wieczorny posiłek (kucharz miał na imię Jesus – imię w pełni zasłużone sądząc po jakości dań). Niebieski to jadalnia, a żółty i biało-pomarańczowe – nasze „pokoje”. Nie widać kibelka, w którego okolicy było robione zdjęcie. Kibelek to smukły namiocik bez podłogi, za to z dziurą w ziemi o rozmiarach łopatka na łopatkę.

Llamacorral to świetne miejsce na fotografowanie o wschodzie słońca. Na pierwszym planie malowniczo rozlewają się wody Santa Cruz, a na horyzoncie wyłania się masyw Taulliraju (5830 m n.p.m.; niektóre źródła optymistycznie szacują go na około 6300 m n.p.m.):

Chwilę potem padające ukośnie promienie słońca zmieniają górę w eterycznego ducha:

A po kolejnej chwili słońce pojawia się w samej dolinie:

W cieniu (do czasu) pozostaje tylko sama rzeka:

Po wspaniałym śniadaniu autorstwa Jesusa nasze osiołki ruszają w dalszą drogę:

Oczywiście chodziło mi o to zdjęcie…

Z jednym z cichych bohaterów trekkingu, należącym zapewne do innej grupy, zrobiłem sobie portret (ja z lewej):

Wyżej dolina zaczyna się rozszerzać. Trasa jest łatwa, a raczej byłaby gdyby nie wysokość. Daje się we znaki nawet po kilku dniach aklimatyzacji. Trzeba iść wolno i miarowo, bo inaczej zatyka. Zresztą jak się idzie wolno to też zatyka…

Pewne pocieszenie stanowią widoki:

Drugi biwak przypada na polanie Taullipampa (4250 m n.p.m.). To jeden z najpiękniejszych górskich amfiteatrów, w jakich byłem. Dokładnie nad naszym obozem (tradycyjnie przygotowanym przez poganiaczy osłów, którzy po górach przemieszczali się w nadprzestrzeni) wznosi się szeroki masyw Taulliraju – ten, który rano podziwialiśmy na dalekim końcu doliny:

Jeszcze z dojścia można podziwiać stożek Piramide (5885 m n.p.m.):

Z samej polany widać dwie najbardziej znane góry w Peru. Pierwsza to Alpamayo (5947 m n.p.m.), powszechnie uważana za jedną z najpiękniejszych na świecie (choć po prawdzie, wiele szczytów Cordillera Blanca dorównuje jej urodą). W kierunku masywu prowadzi boczna dolinka, na końcu której zwykle zakładają bazę ekipy wspinaczkowe. Początkowo mieliśmy zamiar zrobić to samo, ale nasz przewodnik Luca przekonał mnie, że w Taullipampa widoki są o wiele lepsze. Miał całkowitą rację.

Drugi słynny szczyt to Artesonraju (6025 m n.p.m.), najwyższy w tej okolicy. Nazwa może niewiele mówi, ale widział go każdy kto oglądał film wytwórni Paramount Pictures. To właśnie ta góra z czołówki.

Dzięki świetnej lokalizacji obozu można tu robić zdjęcia o dowolnej porze, na przykład w nocy:

Powyżej Nevado Artesonraju z pędzącymi gwiazdami i chmurami w tle. Może od tej strony nie do końca wygląda jak uwieczniona w Paramount, ale charakterystyczne wcięcie można dojrzeć na górze z prawej.

A poniżej sam Alpamayo o wschodzie słońca. Od dawna chciałem sfotografować ten szczyt. No i jest. Na zdjęciu otwierającym wpis w towarzystwie Nevado Quitaraju (6036 m n.p.m.), a poniżej sam jeden:

Jeżeli ktoś ma ochotę zobaczyć na własne oczy te wspaniałe góry (i nie tylko te – następne wpisy już wkrótce), zapraszam do kompanii. Wiosną 2019 r. organizujemy kolejny wyjazd.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Santa Cruz – podniebny spacer w Andach

  1. avatar Kasia pisze:

    Chciałabym tam pojechać.Może kiedyś

  2. avatar Arkadiusz pisze:

    Hmm… Ten wyjazd na wiosnę to nie fotowyprawa?? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *