W krainie uśmiechu

Podczas fotograficznej podróży na Daleki Wschód odwiedziliśmy głównie Kambodżę i Laos. Dzisiaj trochę kadrów z tej pierwszej – na Laos jeszcze przyjdzie czas.

Dotarliśmy tu z Bangkoku, dokąd najłatwiej dolecieć z Europy. Było trochę czasu na eksplorację miasta, a wieczorne oberwanie chmury przypomniało nam, że tropikalny monsun jeszcze się nie skończył:

Były to jednak jego ostatnie podrygi, bo więcej na tym wyjeździe już nas nie zmoczyło.

Wróćmy jednak do Kambodży. W powszechnej świadomości kraj kojarzy się z Angkorem – największym kompleksem świątynnym na świecie. Jego rozmiary trudno sobie wyobrazić: pewne pojęcie może dać informacja, że wokół rozciągało się największe miasto jakie stworzyli ludzie przed rewolucją przemysłową.

Absolutnym hitem jest słynna świątynia Angkor Wat. Podziwianie wynurzającego się zza niej o świcie słońca to „must see” dla każdego kto tu przyjeżdża:

Sadzawka, zza której robi się zdjęcia, jest oblegana przez turystów o każdej porze roku:

Do tego stopnia, że ci, którzy przyjeżdżają później, nie są w stanie się do niej dopchać (mogą za to znaleźć pocieszenie przy kawie w którejś z okolicznych knajpek).

Krotko po wschodzie świat oblewa miękkie, ciepłe światło:

Angkor Wat, ze swoimi galeriami, pasażami, dziedzińcami na różnych poziomach i wspaniałymi zdobieniami, jest atrakcyjny również za dnia:

Świątynia żyje po dziś dzień i można tu natrafić na tradycyjne ceremonie z udziałem mnichów:

Na powyższym zdjęciu widać, że Kambodżanie często się uśmiechają. Na poniższym też:

Przedstawia ono naszego przewodnika – wyjątkowego oryginała, tryskającego energią i dobrym humorem. Jego koronnym numerem było wykrzykiwanie znienacka „Angkor whaaaat?!”, potrafił też zatrzymywać się przy nieznajomych i wrzeszczeć „I love you like crazy!” (np. do policjantów, wprawiając ich w niezłą konsternację). Dopiero kiedy po jakimś czasie pogadałem z nich sam na sam, przekonałem się, że to mądry i wrażliwy człowiek.

W Angkor Wat pewien problem sprawiają zachody słońca. Strażnicy obiektu tuż przed zaczynają sadystycznie przeganiać zwiedzających. Można się poddać i wyjść albo pobawić się w ciuciubabkę. Ja spróbowałem tej drugiej opcji – po raz któryś z rzędu i znowu bezskutecznie: wyłuskiwali mnie z najdalszych zakamarków. W końcu usiadłem w wypatrzonym wcześniej miejscu i powiedziałem strażnikowi, że jak wypędzi wszystkich Chińczyków z mojego kadru to pięć sekund później ja też sobie pójdę. Dotrzymałem słowa: gdy Chińczycy poszli (widać ich w oddali), zrobiłem zdjęcie i ruszyłem do wyjścia.

Angkor to nie tylko Angkor Wat. Jest tu bez liku innych świątyń. Niektóre pieczołowicie odrestaurowane, inne do dziś ukryte w dżungli. Do tych pierwszych należy Bayon, z wieżami w kształcie twarzy zagadkowo uśmiechniętego Buddy (jest ich tu ponad dwieście):

W tych stronach można też znaleźć niewielki pasaż z kapitalnie wyrzeźbionymi apsarami, devadami i innymi postaciami:

Innych doznań dostarcza fotografowanie celów ruchomych:

Na szczęście są przyzwyczajone do ludzi i ich ruchomość niespecjalnie przeszkadza w portretowaniu.

Kolejne miejsce to Ta Prohm, gdzie Angelina Jolie udawała Larę Croft. To właśnie to miejsce, gdzie agresywne korzenie drzew „zjadają” stare kamienne mury:

Spośród licznych płaskorzeźb w Ta Prohm najwięcej emocji budzi ta:

Do dziś trwają spory, czy jest to dziwnie pokazana krowa, pancernik, czy… stegozaur. Miłośnicy sensacyjnych teorii optują za tym ostatnim i za faktem, że dinozaury wcale nie wyginęły tak dawno temu…

W świątyniach Angkoru można robić różne rzeczy. Na przykład przemierzać tajemnicze korytarze niczym Indiana Jones…

… uczestniczyć w modłach (czynność wyjątkowo stosowna w takim miejscu)…

Albo wejść na jedną z piramid i podziwiać zachód słońca nad dżunglą:

W tej części Kambodży jest jeszcze jedna atrakcja – olbrzymie jezioro Tonle Sap, które drastycznie zwiększa swoją powierzchnię w porze deszczowej. Warto tu zrobić sobie wycieczkę do pływającej wioski:

Wyjątkowo wdzięcznym tematem zdjęć są jej mieszkańcy (nie mający nic przeciwko fotografowaniu):

Jednym z punktów programu jest pływanie łodziami po lesie mangrowym. Co ciekawe, wiosłują miejscowe kobiety (większość mężczyzn wyemigrowała):

Frajda jest nieziemska:

Płynąc można znienacka natrafić na przebieralnię mnichów:

Kambodża to kraj miłych, uśmiechniętych ludzi o łagodnym usposobieniu. Zawsze z przyjemnością tu wracam. Naszym następnym celem był Laos, ze wspaniałymi górskimi krajobrazami, które pokażę innym razem. Na koniec zdjęcie naszej grupy na tle Angkor Wat:

Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *