Fotograficzni ortodoksi twierdzą, że za zdjęcia nigdy się nie płaci. Ja uważam, że czasami można. 
Jeżeli ktoś, szczególnie w biednym kraju, ma okazję sprzedać swój wizerunek i na tym zarobić, to dlaczego nie miałby tego wykorzystać. Wolę to od nachalnego żebractwa. Oczywiście fajniej jest nawiązać z modelem kontakt intelektualny i zrobić mu portret ku obopólnej przyjemności, ale w miejscach często odwiedzanych przez turystów może to się okazać niemożliwe. Nie powinno się też płacić dzieciom, bo rujnuje to ich obraz świata, szczególnie jeśli dostaną więcej niż rodzic zarabia przez cały dzień. Jeśli nie ma innej możliwości (a w dzisiejszym skomercjalizowanym świecie coraz częściej nie ma), lepiej dać im drobny upominek. Niezły patent to fotografowanie przy zawieraniu transakcji: ty mi ten dywan, a ja ci sto dirhamów i portrecik. Zwykle to działa.
Może ktoś powiedzieć, że to nie jest czysty styl – że lepiej spędzić z modelem więcej czasu i zaprzyjaźnić się, a po zrobieniu zdjęcia obiecać przysłanie odbitki (i potem oczywiście to zrobić). Takim osobom polecam wizytę w słynnej etiopskiej dolinie Omo, gdzie niektóre plemiona mają z góry ustalony cennik fotografowania, a u tych bardziej atrakcyjnych płaci się za sam wstęp do wioski.
Na zdjęciu dziewczynki z zachodniej Gwatemali, gdzie Indianki ubierają się „po swojemu” od czasów gdy jeszcze nie było tu turystów, a najczęstszym zdaniem jakie słyszy osobnik wyposażony w aparat jest „jeden quetzal, jedno foto!”.


