
Dziś trochę prehistorii. Przypomniał mi się wyjazd nad Zatokę Gwinejską w czasach mocno przedzdjęciowych. Nie żebym nie robił wtedy zdjęć, ale… zazwyczaj nie przywoziłem ich do domu. Jakoś miałem takie szczęście, że co wyjechałem poza Europę to spotykały mnie ciekawe przygody fotograficzne. Podróż do Pakistanu – Zenit padł trzeciego dnia (wcześniej – nigdy). Pamiętam, że w Islamabadzie poszedłem do jakiegoś warsztatu fotograficznego, gdzie pracownicy najpierw zaczęli nabijać się z aparatu, a potem – kiedy im powiedziałem, żeby uważali bo kosztował „one million Polish zloty” – odłożyli go z taką czcią jakby mieli do czynienia z Koh-i-noorem. I nie naprawili. Podróż do Ameryki Środkowej – w drodze powrotnej linie lotnicze Taesa zwinęły mi bagaż z filmami i mogłem im jedynie pomachać. A taką piękną Nikaraguankę sportretowałem na plaży w Poneloya! Wyruszając do Afryki Zachodniej byłem już przygotowany: wziąłem trzy aparaty. Pierwszy, Minolta, zdechł na początku wyjazdu. Drugim był wyżej wspomniany Zenit, który tym razem mnie nie zawiódł. Za to miał skopany światłomierz, a ja robiłem slajdy – jak wiadomo niezbyt tolerancyjne na błędy naświetlenia. Trzeci aparat był tak nędzny, że wolałem pozostać przy kapryśnym Zenicie.
Poniżej kilka zdjęć z Ghany, wyjątkowo sympatycznego kraju, który wtedy kojarzył się z „Czarnymi gwiazdami” i Kofi Annanem, a dzisiaj – głównie z rewelacyjną reprezentacją piłkarską, która fatalnie wykonuje rzuty karne. Pierwsze zdjęcie, przedstawiające targowisko w Akrze, to jeszcze Minolta:

A dalej już Zenit. Jednym z najbardziej fotogenicznych miejsc na „Złotym Wybrzeżu” jest miasto Elmina. Zachował się tu portugalski fort, który odegrał znaczącą rolę w niesławnym handlu niewolnikami:

Przetrwało też trochę kolonialnej architektury:

Dzisiejsza Elmina to miasto rybaków i kolorowych łodzi. Niektórzy obywają się bez jednostek pływających:

Pamiętam, że zrobiłem to zdjęcie dość szybko, a mój kolega przymierzał, ustawiał, przykucał… aż w końcu rybak wyszedł z wody i go opieprzył.
Wiele miejsc na wybrzeżu Ghany wygląda jak z reklam Bounty – przynajmniej z daleka:

Pozując do tego zdjęcia nie wiedziałem, że za mną rozciąga się… szalet wiejski. Po co utrzymywać w domu kłopotliwy kibelek, jak można przyjść na plażę, a Atlantyk i tak wszystko zabierze.
Z wybrzeża jest blisko do Parku Narodowego Kakum, chroniącego dżunglę i żyjące w niej słonie leśne. Zbudowano tu Canopy Walkway, czyli serię kładek efektownie rozwieszonych między koronami drzew. Słonia raczej się na nich nie spotka, ale widoki i tak są niezłe:

Północ Ghany to zupełnie inna bajka. Prawie nikt tu nie dociera, a architektura w niczym już nie przypomina kolonialnej, zarówno w miastach…

… jak i na wsi:

Po odwiedzeniu Ghany powoli trzeba było zacząć myśleć o krajach ościennych. Niedługo się tu pojawią 🙂

















































Po zachodzie akurat wystarczyło czasu żeby dotrzeć na punkt widokowy o odpowiedniej porze:











O ile można wierzyć przekazom, trochę lepiej miewa się Damaszek, choć nie dalej jak wczoraj ucierpiał w kolejnym ostrzale rakietowym. Stara część metropolii, w której życie toczyło się tak jak przed wiekami, była jedną z największych atrakcji turystycznych całej Syrii:
A największą była Palmira – starożytne miasto na pustyni, z surrealistycznie wyglądającymi rzędami kolumnad pośrodku niczego. I z Beduinami obozującymi w sąsiedztwie współczesnego miasta:
Dzisiaj te wszystkie miejsca są dla nas niedostępne. Chcę wierzyć, że tylko czasowo – nie tylko ze względu na siebie, ale przede wszystkim na samych Syryjczyków, których tysiące utrzymywały się z obsługi ruchu turystycznego. Konflikty były i będą zawsze. Kiedy byłem mały, w Kambodży szalał Pol Pot, a w Nikaragui sandiniści żarli się z contras. Dwie dekady później przebijałem się przez zielony gąszcz na nikaraguańskim wulkanie, a dzisiaj do Kambodży jeździ co drugie biuro podróży. Takiego scenariusza z całego serca życzę też Syrii (mam na myśli biura podróży, bo wulkanów tam nie ma).