
Dzień Dziadka już minął, ale i tak napiszę o pewnym wiekowym dżentelmenie. Old Man of Storr to jedna z pejzażowych ikon Szkocji. Odwiedzając wyspę Skye nie sposób go nie odwiedzić. Charakterystycznie pochyloną sylwetkę skalnego ostańca można zobaczyć w portfolio każdego szanującego się brytyjskiego fotografa krajobrazowego, niekiedy z dołączonym opisem trudów dostania się w to miejsce. Starzec ze Storr cieszy się takim prestiżem, że kiedy kilka lat temu pisałem dla pewnego skandynawskiego wydawnictwa encyklopedię geograficzną świata, otrzymał w niej całostronicowe hasło, na równi z Paryżem, Serengeti, czy Machu Picchu.
Gdy zatrzymałem samochód na parkingu, wciąż miałem w głowie bohaterskie opisy lokalnych pejzażystów, toteż trochę zdziwił mnie widok skał zwieszających się prawie nad drogą. To była jednak iluzja spowodowana krystalicznym powietrzem (na takiej samej zasadzie himalajskie szczyty odległe o 100 km wydają się być w zasięgu kilku godzin marszu). Samo podejście było wygodne, ale upierdliwie długie, a pod koniec pojawiły się wszechobecne w Szkocji błotka. Trudy (bohaterskiego 🙂 ) przedzierania się zrekompensowało światło. Chmura zasłoniła słońce i zadziałała jak wielka „miękka skrzynka” (softboks znaczy się):

Pozostało tylko poczekać aż słońce przebije się przez dziurę w chmurze i rzuci kilka morderczych refleksów. Oczywiście mogło tego w ogóle nie zrobić, ale na szczęście zdążyło zanim zamarzłem. Efekt widoczny jest na zdjęciu otwierającym wpis. Miałem szczęście, nie da się ukryć – potem już nie zaświeciło ani razu. W myślach przepraszając się z brytyjskimi fotografami (w deszczu faktycznie może tu być nieciekawie) zszedłem na parking.
Uwaga dla osób, które planują odwiedzić kiedyś Skye, a nie chcą lub z jakichś powodów nie mogą chodzić po górach. Dobrym miejscem do fotografowania Old Man of Storr są okolice jeziorka kawałek na północ od skały:

Powyższe zdjęcie zrobiłem innego dnia, stojąc kilka kroków od szosy. Mam zamiar tu jeszcze wrócić (może nawet niedługo) i poczekać na lepsze światło…











Notabene, może niedługo zorganizujemy podobną imprezę, z fotograficzną niespodzianką…
Po powrocie kolejny plener foto – tym razem w Górach Stołowych (które niedawno cały świat poznał dzięki Opowieściom z Narnii). Jako że był to maj, ze Szczelińca pięknie prezentowały się pola rzepaku:
Potem przyszedł czas na fotowyprawę do Transylwanii. Drakuli nie spotkaliśmy, ale i tak zabawa była przednia, a światło dopisywało. Jeden ze wschodów słońca zastał nas na górce nad średniowieczną Sighisoarą:
Niecały miesiąc później kolejna fotowyprawa – w Dolomity i do Wenecji, gdzie próbowaliśmy ogarnąć chaos Placu św. Marka:
W tym roku
Wypad krótki, ale wyjątkowo udany dzięki wspaniałemu towarzystwu. Szczególnie miło zapamiętałem nocne świętowanie po zwycięstwie Argentyny z Holandią w półfinale MŚ 🙂
A potem zaczęła się jesień. A jesień to zwykle wyjazd za wyjazdem. Na pierwszy ogień poszła Toskania, gdzie trafiliśmy na pogodę, jakiej nie pamiętają najstarsi zjadacze spaghetti. Ulewne deszcze przeplatane z przejaśnieniami stwarzały rewelacyjne możliwości fotograficzne. Zdarzały się też klasyczne, spokojne i sielankowe zachody słońca:
Tydzień przerwy i wypad do Hiszpanii, gdzie na światło też nie mogłem narzekać, szczególnie w zniewalającej urodą Andaluzji:
Fotowyprawa do Andaluzji w planach. Kto pojedzie, będzie miał gwarancję udanych kadrów, bo dobre światło jest tam zawsze.
Gdzie można uciec przed zimą? Na przykład do Jordanii. A już w szczególności nad Morze Martwe, gdzie zawsze jest ciepło:
Po wygrzaniu się na Bliskim Wschodzie powędrowałem do grudniowej Wielkiej Brytanii. Szczególnie zimno było na legendarnej wyspie Skye. A zimno plus ładna pogoda równa się krystaliczne światło:
I na tym skończył się rok wyjazdów. A ponieważ zbliża się Sylwester i Nowy Rok, życzę wszystkim spełnienia marzeń, nie tylko podróżniczo-fotograficznych 🙂










































