Podróżowanie po cywilizowanych krajach ma swoje minusy (ceny) i plusy.
W Austrii do tych drugich zaliczam bezstresowe spacery po miejscowościach (psy są za drugim płotem i nie zaczynają nagle ujadać metr od przechodnia) oraz świetnie zorganizowaną „wyszukiwarkę” noclegów. Jest to komputer z lokalną bazą kwater, pensjonatów i hoteli i dołączonym bezpłatnym telefonem. Patent dość stary i znany też u nas, ale tam jest w prawie każdej alpejskiej pipidówie. Działa 24 godziny na dobę, niezależnie od godzin otwarcia informacji turystycznej, co ma ten plus, że kiedy człowiek przyjedzie późnym wieczorem ledwo żywy, nadal ma szansę dość łatwo znaleźć kwaterę. My na przykład skorzystaliśmy z tego w Kaprun, znanej miejscowości u stóp Wysokich Taurów. Najpierw zaczęliśmy od tradycyjnego pukania do „Zimmerów”, a po kilku „nein!” nieźle już wściekli znaleźliśmy ww. telefon. Dzięki niemu szybko znaleźliśmy pensjonat nad miejscowością, z widokiem na dolinę i słynny Kitzsteinhorn (3203 m n.p.m.), jeden z najładniejszych szczytów w Austrii. Wartością dodaną była możliwość porannego wykradnięcia się z aparatem i statywem na sąsiednią łąkę i „upolowania” Kitzsteinhornu w bardzo sympatycznym świetle.
Snajper w marszrutce
Jak się robi zdjęcia krajobrazowe? Najlepiej w skupieniu, nieśpiesznie ustawiając kadr z aparatem na statywie. Mniej więcej tak jak hipopotam układał patyczki w jednym z odcinków „Wilka i Zająca”, żeby rzucić w nie jeszcze jednym patyczkiem (wilk mu je co chwilę rozdeptywał). Czasami jednak się nie da. Ani tak, ani nawet spokojnie z ręki, z mentalnym ustawieniem swojego środka ciężkości w okolicach pięt.
Z Tbilisi do Erewania jechałem marszrutką, czyli Fordem Transitem robiącym za autobus. Marszrutki są królami dróg Zakaukazia: kursują niemal do każdej zapadłej wiochy, na najbardziej popularnych trasach co kilka minut. Kierowcy jeżdżą po kaukasku, traktując szosę jak tor Formuły 1, a pasażerów – jak worki z ziemniakami. Tym razem też tak było. Już na terenie Armenii wjeżdżaliśmy na przełęcz Spitak, a na góry z tyłu padało kapitalne światło zachodzącego słońca. Nawet mi do głowy nie przyszło wyjęcie aparatu: na pewno bym go rozwalił o dach albo o szybę. Tymczasem co serpentyna to większa wysokość i lepszy widok. A może jednak wyjąć? Przed przełęczą nie zdzierżyłem: wyciągnąłem aparat, ustawiłem w tryb minimalizujący poruszenie zdjęcia (mam taki zaprogramowany na pokrętle), odczekałem aż marszrutka zwolni przed serpentyną, usiadłem na kolana dziewczynie siedzącej przy oknie z prawej (no prawie na kolana…) i ognia! Na wszystko miałem może z pięć sekund.
Kiedy później przeglądałem zdjęcia, okazało się, że żaden kadr nie jest poruszony i że będą z nich ludzie. Powyżej jedno ze zdjęć. Normalnie pewnie bym dodał trochę pierwszego planu, żeby droga nie wychodziła znikąd. Ale i tak jest nieźle – przynajmniej jak na strzał z marszrutki 🙂
Pod Uszbą i Szcharą
Wracamy do Gruzji. Zegar tyka i do wyjazdu zostały już tylko dwa miesiące z haczykiem. Powoli trzeba zacząć się uczyć co to znaczy gamardżoba i madloba…
Dzisiaj kilka obrazków ze Swanetii (niektóre publikowałem już wcześniej, ale powtarzam, żeby było wiadomo, że to właśnie stąd). To druga, prócz okolic Kazbeku, „wysokokaukaska” kraina, którą odwiedzimy w Gruzji. Góry są tu jeszcze wyższe (np. Szchara; 5068 m n.p.m. – najwyższy szczyt w kraju), a region pod wieloma względami dzikszy. Jeszcze niedawno (czyli jakieś 10 lat temu) można tu było dojechać tylko UAZ-em albo czołgiem, a w przepastnych dolinach czaili się autentyczni zbójnicy. Dziś główne miasto, Mestia, zaczyna wyglądać jak Davos, prowadzi do niej nienaganna szosa, a zbójników spotkało mniej więcej to co Janosika w ostatnim odcinku.
Droga do Mestii zaczyna się mocnym akcentem, czyli akwenem Dżwari, o kolorze wody, w który trudno uwierzyć:
Widoki na góry są z samej szosy – pewnie co chwilę będziemy się zatrzymywać 🙂
Tuż przed Mestią zaczynają się pojawiać klasyczne swaneckie pejzaże, czyli lasy wież mieszkalno-obronnych i śnieżno-skalne szczyty w tle:
W wioskach można spotkać takie gracje – na pewno szczęśliwsze niż u nas:
Boczne doliny to świetne miejsce do ćwiczeń zamrażania ruchu wody:
Wieczorem słońce oblewa szczyty magicznym światłem:
A po zmroku w Mestii włączane są reflektory pod wieżami:
Będziemy tu w czerwcu, więc do krajobrazów dojdą jeszcze kwiaty i większe ilości śniegu na szczytach – mieszanka piorunująca 😉
Plastyczny śnieg
Jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Ostatni nawrót zimy zaowocował sporymi opadami, które zmieniły naszą wiochę w bajkowe miejsce (to jeden z setek plusów wyprowadzenia się z Poznania). Ciekawie zaczęło się robić kiedy przygrzało słońce i śnieg zaczął się zsuwać po dachu mojego garażu równą deską, zawijającą się po minięciu krawędzi, ale nie spadającą na ziemię. Widywałem garaż przykryty śniegiem o różnej konsystencji (nawet niedawno usuwałem z dachu zwały grożące jego zarwaniem), ale takiej jeszcze nie było. Jako że blacha jest żłobkowana, tak samo wyglądał śnieg – dało mi to okazję to zrobienia niepowtarzalnego zdjęcia (co z tego, że smartfonem 🙂 ).
To był też świetny pretekst, żeby puścić trochę smrodku dydaktycznego i pokazać dzieciom, dlaczego w górach nie wolno wchodzić na nawisy śnieżne na grani 😉
W osiem godzin dookoła świata
Właśnie wróciłem z podróży dookoła świata. Zajęła mi niecałe osiem godzin – Fileas Fogg może się schować. W tym czasie zobaczyłem kilkadziesiąt krajów i porozmawiałem z ich mieszkańcami, a niektórzy nawet dla mnie (i nie tylko dla mnie) tańczyli. Takie rzeczy tylko na ITB – największych na świecie targach turystycznych, odbywających się co roku w Berlinie. Pojawiają się tu przedstawiciele prawie wszystkich państw świata, a także niezliczona liczba rozmaitych biur podróży, przewoźników i innych podmiotów w jakiś sposób związanych z turystyką. Określenie „dookoła” jest jak najbardziej na miejscu: pawilony ustawione są wokół wielkiego Sommergarten i wędrujący nimi czują się jakby przemierzali mikroskopijny globus.
Targi mają już swoje tradycje: jak zawsze świetnie zaprezentowała się Polska, jak zawsze nawiązałem ciekawe kontakty z osobnikami o różnych kształtach i karnacjach, jak zawsze moje dzieci nazbierały całe torby gadżetów (przedstawicielka Sudanu Południowego z zapałem perorowała mojemu synowi, że jej kraj jest młodszy od niego) i jak zawsze najwięcej entuzjazmu wzbudzały pokazy tańców z różnych stron świata.
Trochę krótszą tradycję (od ubiegłego roku) ma świetnie przygotowane stoisko Burundi. Można tu spotkać m.in. dorodnego wodza wioski:
A w sąsiedniej Rwandzie zrobić portret środkowoafrykańskiej piękności:
W innej części świata (czyli w pawilonie po drugiej stronie Sommergarten) wystawiał się Azerbejdżan. Po krótkiej pogawędce z księżniczkami z Szeherezady (szkoda, że na ulicach Baku tak się nie ubierają) te stwierdziły my sjejczias stancujem i wykonały zwiewny program…
w którym liczył się nawet układ palców u rąk:
Wyprawa niestety szybko się skończyła. Teraz pora na segregowanie materiałów i planowanie wyjazdów – tym razem już naprawdę dalekich…
Na skraju puszczy
Wybraliśmy się wczoraj z córką na zachód słońca nad jezioro Leśne, na obrzeżach Puszczy Zielonki. To jeden z nieodkrytych skarbów tej części Wielkopolski: leży w głębokiej dziurze, a schodząc do niego można się poczuć jak na sudeckim stoku. Marta jak zwykle zaczęła łoić okoliczne drzewa (co jakiś czas krzycząc „ratunku!” i z łoskotem spadając z gałęzi – na szczęście nie na mnie). Ja zająłem się ustawianiem statywu na zdezelowanych pomostach (były jeszcze w miarę stabilnie wmarznięte w jezioro).
Słońce zaszło, chmury zrobiły się czerwone, a wraz z nimi lód:
„To bobra robota” – jak mawia nasz sąsiad. Bobry się nie pokazały, ale efekt ich pracy też robi wrażenie:
Resztki zimy – ten krajobraz niedługo zacznie się zmieniać z dnia na dzień:
W czarnym pasku powyżej znajduje się oficjalny opis naszej
fotowyprawy do Gruzji, która odbędzie się w dniach 7-16 czerwca 2013 r. Zawiera program oraz informacje praktyczne. Jeśli są jakieś wątpliwości można (a nawet trzeba) pytać. Już od jakiegoś czasu zamieszczam wpisy dotyczące konkretnych miejsc na trasie i mam zamiar kontynuować (tak więc warto tu zaglądać). Do wyjazdu zostało niewiele ponad trzy miesiące.
Nirwana w sanktuarium
Ta podróż była dla mnie jak pielgrzymka. O Gruzińskiej Drodze Wojennej (co za nazwa!) wiele się naczytałem planując dotarcie do słynnej cerkwi Cminda Sabema, wysoko w górach Kaukazu, u stóp białej piramidy Kazbeka (5047 m n.p.m.). To jeden z najsłynniejszych punktów widokowych w tej części świata, prawdziwa ikona Gruzji. I oto tu jestem – pełen obaw, bo mam tylko jeden dzień i nie wiem czy jutro będzie cokolwiek widać.
W środku nocy budzi mnie szum. Leje jak z cebra – jak to w górach. Nad ranem nadal leje, a moje myśli stają się mokre i czarne (nie wiem co bardziej). Przypomina mi się Indianin Zachmurzona Twarz.
O świcie już nie leje, chociaż ołowiane niebo nie napawa optymizmem. Wsiadam do Samanda, próbując rozwiązać kwadraturę koła: zjechać tyłem z górki tak żeby nie rozwalić ściany i żeby silnik nie zdechł (zimne Samandy zawsze zdychają). Udaje się w dwóch trzecich: zjeżdżam, ściana cała, silnik prrrt-pffff. W końcu odpala i ruszamy pod górę – najpierw samochodem, potem pieszo przez las. Niebo bez zmian. Wychodzimy na słynną polanę z kościołem. Na wschodzie nad górami widzę podłużną dziurę w chmurach: jest szansa, że wylezie słońce! Rozkładam statyw, ustawiam aparat i zastygam jak pająk na czatach (a zimno jak diabli i wieje).
W końcu – jeeeest! Czuję się jak po golu Lewandowskiego z Grecją. Klara lokuje się w dziurze i strzela świetlistymi laserami w brązowe zbocza:
Widoki są rewelacyjne i co chwilę się zmieniają:
Sam Kazbek pojawia się tylko częściowo, ale to nic. Gdyby wyszedł cały, miałbym takie zdjęcie jak tysiąc innych:
Kapitalnie w tym świetle wygląda las. Do tego stopnia, że muszę zmniejszyć saturację na zdjęciu, żeby naturalnie wyglądało:
Teraz pędem do Cminda Sameby, bo słońce zaczyna uciekać z dziury:
Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć i było po sprawie. Chmury zakryły całe niebo i zaczęło lać – nie tylko w górach, ale i po zjeździe: brzydka pogoda ścigała nas aż do Gori.
Ciekawe jak będzie w czerwcu 🙂
Wrocław Abeba
W miniony weekend mieliśmy przyjemność wziąć udział w poetiopskim spotkaniu-warsztatach, które odbyły się we Wrocławiu.
Poetiopskość polegała na pokazywaniu pięknych zdjęć przez Uczestników, a warsztaty – na robieniu kolejnych, tym razem w plenerach dolnośląskiej stolicy. Naszą bazą była sala w hotelu w centrum miasta, a gospodarzami, Ewa i Piotr, którzy – jak zwykle – stanęli na wysokości zadania. Ewa parzyła kawę po etiopsku i upiekła pyszne ciasta, a Piotr ugotował wspaniałą zupę i przyrządził surówkę z kapusty 🙂
Przy okazji obydwoje omawiali też kwestie fotograficzne, odpowiadając na podchwytliwe pytania i nie pozostawiając żadnego pytającego na lodzie.
Miejsca akcji to m.in. widoczne na zdjęciach uniwersytet z Aulą Leopoldina i protestancki kościół Opatrzności Bożej.
Dęby – pierwsza krew
Wreszcie wybraliśmy się z Pawłem do Rogalina. To jeden z najbardziej oczywistych plenerów fotograficznych w okolicach Poznania, ale jakoś było nam nie po drodze. Może dlatego, że za blisko mieszkamy 😉
W niedzielę okazało się, że obaj mamy czas w okolicach zachodu słońca. Za dnia była piękna słoneczna pogoda z zimowym światłem, dla którego fotografowie tak lubią kraje Północy. No i Paweł bardzo chciał sprawdzić swoją nową furę 🙂 Wszystkie argumenty przemawiały za.
O zmierzchu chmury zaczęły nacierać, co tylko podniosło dramaturgię:
Chwilę później natarły tak mocno, że zakryły prawie całe niebo:
A po kolejnej chwili już całe. Zdjęcie jest takie niebieskie, bo było już prawie ciemno:
Ostatnie zdjęcie robiłem nad wodą i chociaż byłem bardzo grzeczny, spłoszyłem stado sarenek, które postanowiły uciec na drugi brzeg. Niestety, pod jedną lód się zapadł i biedactwo zaliczyło kąpiel. Gramoliła się na brzeg dobrą minutę, a temperatura odczuwalna wynosiła pewnie z minus dziesięć. Mam nadzieję, że nie ma mi za złe…
Fotozagadka nr 2
U nas nad Wartą
Ostatnio zrobiliśmy sobie z Pawłem spacer nad Wartę, do której każdy z nas ma rzut beretem. Wstaliśmy skoro świt w nadziei złapania pięknego, malarskiego światła. Jakie było – widać. Nie jesteśmy fuksiarą Katulą, która jedzie nad Kamienną, pstryka palcem i ma. W zamian za to dostaliśmy krę.
Najlepiej prezentowała się w zatoczce, gdzie kręciła kółeczka:
W głównym nurcie rwała do przodu co koń wyskoczy:
A tu dowód zbrodni – zdjęcie zrobione z przysłoną f/36. Na powiększeniu nie widać żadnych krążków rozproszenia, ani innych potworów. Jak widać – da się (choć nie zawsze):
Na koniec rzut oka w tył – na strumyczek wpadający do Warty:






























