
Szafszawan (fr. Chefchaouen), choć położony w linii prostej mniej niż 150 km od Europy, przez wieki był synonimem niedostępności. Powstał pod koniec XV w. i szybko zyskał status świętego miasta, zamkniętego dla przybyszów z zagranicy. Swoją siedzibę mieli tu marabuci, czyli święci mężowie, którzy ponoć znani byli z nadprzyrodzonych sił. Miasto rozwinęło się dzięki muzułmańskim przybyszom z Andaluzji, którzy – wyparci stamtąd przez Hiszpanów – znaleźli schronienie m.in. tutaj. Za ich sprawą Szafszawan powoli upodobnił się do osad z południa Półwyspu Iberyjskiego, z efektownymi kaskadami śnieżnobiałych domów, do dziś będącymi wizytówką Andaluzji. Błękit pojawił się znacznie później, głównie za sprawą osadników żydowskich, a ponieważ w tym klimacie jest bardzo praktyczny (odstrasza owady przekonane, że to woda), szybko przyjął się w całym mieście. Dziś Szafszawan jest częściowo biały, częściowo niebieski. Biel zdecydowanie dominuje, kiedy patrzy się z oddali:

Z dachu meczetu jest podobnie:

Dopiero z perspektywy ulic zaczyna się robić bardziej niebiesko:

Wędrując po Szafszawanie można się bawić w wyszukiwanie andaluzyjskich detali – ozdób z kutego żelaza, masywnych kołatek, czy wejść do domów wyglądających jak miniaturowe bramy:



Nawet w takiej gęstwinie ulic znalazło się miejsce dla oazy zieleni na dziedzińcu kasby (miejskiego zamku):

O niedostępności Szafszawanu może świadczyć fakt, iż przed 1920 r. dotarło tu zaledwie trzech białych podróżników, z czego jeden przeżył dzięki przebraniu, drugi ledwo uciekł, a trzeci został otruty. Na szczęście dzisiaj miasto jest zdecydowanie łatwiej dostępne. Sprawdzimy to już w listopadzie, podczas trzeciej fotowyprawy do Maroka. Co ciekawe, miesiąc wcześniej odwiedzimy Andaluzję, dzięki czemu będzie okazja porównać Szafszawan ze starymi andaluzyjskimi miastami, jak Ronda, czy Olvera…




O ile można wierzyć przekazom, trochę lepiej miewa się Damaszek, choć nie dalej jak wczoraj ucierpiał w kolejnym ostrzale rakietowym. Stara część metropolii, w której życie toczyło się tak jak przed wiekami, była jedną z największych atrakcji turystycznych całej Syrii:
A największą była Palmira – starożytne miasto na pustyni, z surrealistycznie wyglądającymi rzędami kolumnad pośrodku niczego. I z Beduinami obozującymi w sąsiedztwie współczesnego miasta:
Dzisiaj te wszystkie miejsca są dla nas niedostępne. Chcę wierzyć, że tylko czasowo – nie tylko ze względu na siebie, ale przede wszystkim na samych Syryjczyków, których tysiące utrzymywały się z obsługi ruchu turystycznego. Konflikty były i będą zawsze. Kiedy byłem mały, w Kambodży szalał Pol Pot, a w Nikaragui sandiniści żarli się z contras. Dwie dekady później przebijałem się przez zielony gąszcz na nikaraguańskim wulkanie, a dzisiaj do Kambodży jeździ co drugie biuro podróży. Takiego scenariusza z całego serca życzę też Syrii (mam na myśli biura podróży, bo wulkanów tam nie ma).












Notabene, może niedługo zorganizujemy podobną imprezę, z fotograficzną niespodzianką…
Po powrocie kolejny plener foto – tym razem w Górach Stołowych (które niedawno cały świat poznał dzięki Opowieściom z Narnii). Jako że był to maj, ze Szczelińca pięknie prezentowały się pola rzepaku:
Potem przyszedł czas na fotowyprawę do Transylwanii. Drakuli nie spotkaliśmy, ale i tak zabawa była przednia, a światło dopisywało. Jeden ze wschodów słońca zastał nas na górce nad średniowieczną Sighisoarą:
Niecały miesiąc później kolejna fotowyprawa – w Dolomity i do Wenecji, gdzie próbowaliśmy ogarnąć chaos Placu św. Marka:
W tym roku
Wypad krótki, ale wyjątkowo udany dzięki wspaniałemu towarzystwu. Szczególnie miło zapamiętałem nocne świętowanie po zwycięstwie Argentyny z Holandią w półfinale MŚ 🙂
A potem zaczęła się jesień. A jesień to zwykle wyjazd za wyjazdem. Na pierwszy ogień poszła Toskania, gdzie trafiliśmy na pogodę, jakiej nie pamiętają najstarsi zjadacze spaghetti. Ulewne deszcze przeplatane z przejaśnieniami stwarzały rewelacyjne możliwości fotograficzne. Zdarzały się też klasyczne, spokojne i sielankowe zachody słońca:
Tydzień przerwy i wypad do Hiszpanii, gdzie na światło też nie mogłem narzekać, szczególnie w zniewalającej urodą Andaluzji:
Fotowyprawa do Andaluzji w planach. Kto pojedzie, będzie miał gwarancję udanych kadrów, bo dobre światło jest tam zawsze.
Gdzie można uciec przed zimą? Na przykład do Jordanii. A już w szczególności nad Morze Martwe, gdzie zawsze jest ciepło:
Po wygrzaniu się na Bliskim Wschodzie powędrowałem do grudniowej Wielkiej Brytanii. Szczególnie zimno było na legendarnej wyspie Skye. A zimno plus ładna pogoda równa się krystaliczne światło:
I na tym skończył się rok wyjazdów. A ponieważ zbliża się Sylwester i Nowy Rok, życzę wszystkim spełnienia marzeń, nie tylko podróżniczo-fotograficznych 🙂



























