Kategorie
Aktualności

Fotowyprawa za (niejeden) las

t 0001

Fotowypraw nigdy za wiele, dlatego jedziemy na następną! Tym razem udamy się za las, przynajmniej jeśli wierzyć genezie nazwy tego miejsca. Po łacinie trans to „za”, a silvam – „lasem”. Takie miano nadali Transylwanii pierwsi węgierscy osadnicy, którzy widocznie musieli przedrzeć się przez niezłą puszczę zanim tu dotarli. My będziemy mieli łatwiej – autobus dowiezie nas do celu bardziej konwencjonalną w dzisiejszych czasach trasą. Terenem naszego działania początkowo będzie Maramuresz, region przy ukraińskiej granicy, uważany za najcenniejszy w Europie pod względem drewnianego budownictwa. Do dziś przetrwały tu niemal całe wsie z drewnianymi domami, a ich mieszkańcy kultywują dawne tradycje, co przejawia się choćby w barwnych strojach pań wychodzących w niedziele z kościołów (oczywiście drewnianych). Z Maramureszu pojedziemy do „właściwej” Transylwanii (według niektórych źródeł stanowi jej część). Będziemy fotografować piękną Sighisoarę, w której urodził się Drakula, wioski z kościołami-twierdzami, życie klasztorne, posępny zamek w Hunedoarze oraz mnóstwo innych wspaniałych scen.

Poniżej oficjalny program wyprawy (niektóre punkty być może będziemy jeszcze korygować):

17 maja

Wyjazd z Krakowa ok. 10.00, przejazd na południe w kierunku Słowacji i Węgier. Zanim dotrzemy do Rumunii, zatrzymamy się w Tokaju; zajrzymyTransylwania 02 do piwniczek pamiętających czasy kiedy tutejsze wino trafiało na królewskie stoły w Polsce i innych krajach Europy. Zwiedzimy wykute w wulkanicznych skałach podziemne korytarze; ich ściany pokryte są charakterystyczną pleśnią, dzięki której panuje tam unikalny mikroklimat sprzyjający dojrzewaniu wina. Dziesiątki beczek, tysiące butelek z winem, chłód piwnic i zapach wina będą inspiracją do zdjęć na początek pleneru fotograficznego. Wieczorem przyjazd na nocleg do Maramuresz.

18 maja

Tego dnia będziemy przemieszczać się i fotografować Transylwania 03w dolinie rzeki Izy, odwiedzimy m.in: Barsana i Ieud. Sporo tu drewnianych domów z ozdobnymi bramami, są piękne drewniane kościoły o strzelistych wieżach. O randzie i atrakcyjności drewnianej architektury niech świadczy fakt że wiele świątyń zostało wpisach na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego (UNESCO). Można też spotkać miejscową ludność ubraną w tradycyjne kolorowe stroje. Po południu wybierzemy się do Sapanty, gdzie znajduje się tzw. „wesoły cmentarz” jedno z bardziej oryginalnych miejsc w Rumunii.

19 maja

O świcie czeka nas poranny plener, a po śniadaniu dalszy etap odkrywania uroków Maramureszu. Następnie ruszymy na południe, mijając kolejne wioski i przejeżdżając pomiędzy Maramureszem a centralną Transylwanią zobaczymy jak zmieniają się krajobrazy i zabudowa miejscowości. Naszym celem będzie Sighisoara (UNESCO) i jej średniowieczne uliczki i zaułki, wieże, baszty oraz mury obronne.

20 maja

Poranek rozpoczniemy plenerem z widokiem Transylwania 04na Sighisoarę. Po śniadaniu przejedziemy na targ: to świetnie miejsce do fotografii i poznania tego „czym okolica żyje”. Nie zabraknie oczywiście największej perły regionu czyli Biertan (UNESCO) z górującym nad wioską warownym kościołem.

21 maja

Tego dnia będziemy dalej eksplorować i Transylwania 06fotografować okoliczne „saskie wioski” słynne ze swych warownych kościołów i malowniczej regularnej zabudowy jakby żywcem wyjętej z Bawarii. Na początek Viscri (UNESCO) otoczona łagodnymi wzgórzami, potem Homorod założony przez osadników z Flandrii w XII. Wiele tych solidnych domów i zagród jest opuszczonych; ich właściciele przykładnie gospodarowali przez setki lat, do czasu kiedy wielu z nich wypędzono po II wojnie światowej, a potem w latach 70-tych „sprzedano” za pożyczki z zachodu.

22 maja

Poranek spędzimy fotografując Transylwania 07budzący się do życia klasztor w Sambata de Sus. Potem wyruszamy w pasjonujący przejazd drogą Transfogaraską prowadzącą dziesiątkami serpentyn przez najwyższe góry Rumunii. Wybudowana w czasach dyktatury Ceausescu jako strategiczna droga wojenna, dziś jest niezwykłą atrakcją. Po południu przejazd do Hunedoara, gdzie w industrialnym otoczeniu położony jest chyba najpiękniejszy w Transylwanii zamek. I chociaż otoczenie nie jest już tak malownicze to motywów fotograficznych z pewnością nam nie zabraknie.

23 maja

Rano wyjazd w drogę powrotną. Po Transylwania 09drodze, jeżeli czas pozwoli, zatrzymamy się na odpoczynek w którymś ze spiskich miasteczek na Słowacji. Do Krakowa przyjazd planujemy późnym popołudniem.

 Na koniec spis organizatorów i osób/instytucji odpowiedzialnych za opracowanie i przebieg wyprawy:

• Ewa Prus i Piotr Dębek – dziennikarze Digital Foto Video, najlepszego fotograficznego miesięcznika w Polsce.

• Klub Podróży Horyzonty – organizacja logistyczna fotowyprawy, m.in. pod względem transportowym i noclegowo-gastronomicznym. Tu można przeczytać więcej o warunkach imprezy, zapisać się i wpłacić zaliczkę.

• Wyżej podpisany – częściowe opracowanie trasy i prowadzenie wyprawy na miejscu.

Kategorie
Aktualności

Jestem duChemin

 

Wenecja_Ponte dei SospiriNa naszym rynku sporo jest książek fotograficznych o bardzo wzniosłych tytułach: Szukając zdjęcia, Czekając na światło, Pracując nad kadrem, Szukając własnego stylu. W środku można znaleźć porady, bardziej lub mniej bezcenne. Pozazdrościłem autorom i postanowiłem, że też stworzę taką książkę. Roboczy tytuł: Dłubiąc w nosie i wymądrzając się.

Tak jak zespoły muzyczne wypuszczały kiedyś single promujące dłuższe płyty, tak ja prezentuję jedno zdjęcie stanowiące zajawkę mojego przyszłego dzieła. To nietypowe ujęcie Ponte dei Sospiri (Mostu Westchnień) w Wenecji – widać na nim zarówno sam zabytek, jak i podziwiających go turystów (a właściwie stojących w miejscu widokowym i zabierających miejsce innym). Nie jest to więc jedynie portret samego Ponte, ale pokazanie go w typowym dla tego miejsca kontekście, z tłumem na pierwszym planie. Nazywa się to portretem środowiskowym.

Przyjrzyjmy się teraz ludziom na moście. Autor wspaniale wyodrębnił tu pierwszy plan od drugiego stosując zabieg z filmów hollywoodzkich: plan pierwszy jest ocieplony zachodzącym słońcem, a drugi pozostaje w zimnym cieniu. Ważnym motywem jest para w okularach. Umieszczona została w mocnym punkcie złotego trójpodziału, ale nie tylko dlatego przyciąga wzrok. Chłopak ma czerwoną, rzucająca się w oczy bluzkę, a dziewczyna – z oczywistych względów :). Druga para  – w południowo-wschodnim mocnym punkcie, to kapelusznik z chłopcem. Doskonale kontrastują kolorystycznie z pierwszą parą, poza tym kapelusz z głową chłopca tworzy linię siły, która dociera do brązowej ściany w lewym górnym rogu, łącząc się z tamtejsza linią dzielącą okna. Bardzo ważnym elementem fotografii jest oświetlona głowa lwa w prawym górnym narożniku. Linia jego spojrzenia biegnie po zbiegających się liniach ścian poniżej, a następnie prześlizguje się po głowach okularowej pary i znika w lewej dolnej części zdjęcia. Wprawne oko dostrzeże tu też złote spirale, srebrne okręgi oraz platynowe trapezy, które tworzą ten kadr tak jedynym i niepowtarzalnym, że powinno się go omawiać podczas każdych szanujących się kursów fotograficznych. Naturalnie jako wzorzec doskonałego opanowania warsztatu 😀

Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że dopisało mi szczęście, ale ja to nazywam profesjonalizmem. Czekałem na ten kadr trzy tygodnie z aparatem w uniesionych dłoniach.

A jak było naprawdę? Nie mogąc dopchać się do balustrady włączyłem live view, podniosłem aparat tak wysoko jak mogłem i rąbnąłem prawie na ślepo, bo nie mam odchylanego wyświetlacza. Ciekawe ile zdjęć w ww. poradnikach też tak powstało 😉

 

Kategorie
Aktualności

Dwie prawdy

Obróbka zdjęć czasami stanowi przedmiot kontrowersji. Szczególnie RAWy pozwalają na daleko idące ingerencje. Zazwyczaj jednak jak ktoś wywoła zdjęcie to zrobi to w jeden sposób i nikt nie wie, że może być inaczej. Dlatego warto spojrzeć na fotografię ilustrującą naszą fotowyprawę w Dolomity.

Tu wywołana przeze mnie:

01 Dolomity_Lago San Vito di Cadore

A tu przez Ewę, czyli Królową Photoshopa 🙂

A teraz zdjęcie z gruzińskiego Kaukazu. Tu moje:

Kaukaz_grupa Kazbeka

A tu to samo zdjęcie w wersji Ewy.

Nie chcę tu dowodzić, że któreś są lepsze (wiadomo które – to tak jakbym spróbował partyjki szachów z Kasparowem 🙁 ). Ale samo zestawienie tych samych zdjęć różnie wywołanych to ciekawostka, chyba niezbyt często spotykana.

Kategorie
Aktualności

Co za rok!

01Rok 2013 upłynął mi pod znakiem wyjazdów. Co prawda większość z nich to były dość krótkie wyskoki i gros czasu i tak spędziłem w domu, ale tak właśnie lubię.

Zaczęło się, dość tradycyjnie, od ITB, czyli największych turystycznych targów na świecie, które w pierwszej połowie marca odbywają się w Berlinie. Jak zawsze, wystawiały się tu prawie wszystkie kraje świata i robiły wszystko, żeby przyciągnąć gości do swoich stoisk:

02

Dobry miesiąc później wsiadłem w samolot i po dłuuuuugim locie (a w zasadzie czterech lotach) wylądowałem w Limie, a kilka następnych tygodni spędziłem na objeździe Peru i Boliwii. Na zdjęciu pancerny Land Cruiser przemierzający boliwijskie Altiplano:

03

Potem tydzień przerwy i fotowyprawa do Gruzji. Jeżdżące po Kaukazie terenowe minibusy Delica nie wyglądają tak pancernie jak Land Cruisery, ale nie należy dać się zwieść. Nie dość, że dowiozły nas do Uszguli (gdzie niektórzy zajęli się tresowaniem groźnych psów), to jeszcze potrafiły jeździć po tamtejszych ulicach (fakt, że nie po wszystkich – te bardziej gówienkowe musieliśmy pokonywać per pedes).

04

W wakacje wyjeżdżają wszyscy, więc ja trochę przystopowałem. Wybraliśmy się tylko rodzinnie do Berlina, gdzie trafiliśmy na falę upałów. Było goręcej niż wcześniej w Limie i niż później w Casablance i Addis Abebie. Na szczęście można było się schronić pod ocalałym fragmentem Muru Berlińskiego:

05

Potem następny szybki wyskok – na Morawy. Polecono mi, żebym chodził po polach i robił zdjęcia. Więc chodziłem i robiłem – w końcu są większe perwersje…

06

We wrześniu miałem przyjemność wziąć udział w warsztatach foto na ziemi świętokrzyskiej, ale było tam tak egzotycznie, że nie śmiem pokazywać zdjęć 🙂 Wkrótce potem pojechałem w Dolomity i do Wenecji, żeby przygotować teren pod fotowyprawę, która odbędzie się w czerwcu 2014:

07

A potem zaczął się jesienny maraton. Październik to niezapomniana C.K. Fotowyprawa. Superpogoda, superatmosfera i superkadry. Z takich wyjazdów nie chce się wracać. Byliśmy m.in. w Austrii, gdzie można było znaleźć kapitalistyczną świnię:

08

Tydzień przerwy i fotowyprawa do Maroka. Pogoda w kratkę, superatmosfera i superkadry. Niestety, z tego wyjazdu też trzeba było wrócić, na szczęście nie widocznym na zdjęciu grand taxi:

09

Tydzień przerwy i Etiopia. Tym razem nie fotowyprawa, ale za to na trzy tygodnie. Dwa pierwsze, na północy kraju, to rewelacja. Ostatni, dzikie południe, to hard core, po którym leżałem dziesięć dni prawie bez czucia. Poruszaliśmy się czym się dało, np. dłubankami pływającymi po rzece Omo (jak się kuca to niebezpiecznie się przechyla, jak się usiądzie to szlachetna część ciała nabiera wody):

10

To był niezapomniany rok. Ciekawe jaki będzie następny. Wszystkim Czytelnikom życzę wspaniałych wypraw i niezapomnianych kadrów w 2014 roku!

Kategorie
Aktualności

A może w Dolomity?

01 Dolomity_okolice Cortiny d'AmpezzoW dniach 14–21 czerwca 2014 r. odbędzie się fotowyprawa w Dolomity i do Wenecji. To jedne z tych miejsc, gdzie zdjęcia robią się same, ale oczywiście im bardziej się przyłożymy do ich powstania, tym będą lepsze. A dobrze zrobione zdjęcia z Dolomitów – czyli w odpowiednich miejscach, o odpowiedniej porze i odpowiednio skadrowane – mogą wprawić oglądających w osłupienie. To jedne z najpiękniejszych gór na świecie, o tak dzikich kształtach, że trudno gdziekolwiek znaleźć drugie podobne. Gdybym mógł, chętnie na jakiś czas bym tam zamieszkał i codziennie robił zdjęcia, żeby choć częściowo wykorzystać potencjał tego miejsca. Z Dolomitów zjedziemy do pobliskiej Wenecji. Tego miasta-scenografii teatralnej nie trzeba fotografom przedstawiać. Czekają na nas greatest hits, czyli gondole bujające się na wodzie, Plac św. Marka, kanały, kanaliki i kanaliczki, zachód słońca z najlepszego miejsca widokowego oraz wyspa Burano z kolorowymi domkami.

Dokładny opis naszej czerwcowej przygody w zakładce FOTOWYPRAWY, czyli tutaj.

Kategorie
Aktualności

Relacja z Maroka

Wróciłem z EDywanowy nalot na Essaouirętiopii, więc pora na relację z fotowyprawy do Maroka. To chyba logiczne? Można ją  znaleźć w zakładce FOTOWYPRAWY powyżej, czyli tutaj. Tym razem nie rozpisywałem się za dużo, umieszczając trochę więcej zdjęć. Oczywiście dalekie są od wyczerpania tematu, ale najważniejsze miejsca na nich widać.

A na fotografii obok niezwykły moment dywanowego ataku mew na medynę Essaouiry. Uchwyciłem go z portowej baszty, kiedy siedzieliśmy rządkiem zgodnie polując na wrzaskliwe ptaszyska. Wygląda jakby Hitchcock zmartwychwstał i szykował się do remake’u “Ptaków”. A może faktycznie były tresowane? 😀

Kategorie
Aktualności

Twarze Etiopii

Miał tu być inny wpis ale balonik missowo-misterowy tak się nadmuchał, że mógłby pęknąć. Poniżej kilka etiopskich portretów. Z szacunku dla fotografowanych osób darujemy sobie wybory miss i mistera, ale chętnie się dowiem, kto według Was najlepiej wyszedł w kategorii pan i w kategorii pani. Zresztą żeby rozwiać wątpliwości, na początku wstawiam zdjęcie mistera (to ten biały, w otoczeniu ziomali 😀 ):
01
A tu galeria. Najpierw panowie, bo są mniej ciekawi. Na razie nie piszę kto zacz i z jakiego plemienia – poszczególnym ludom Południa pewnie jeszcze poświęcę trochę miejsca.
m3 m4 m5 m1 m2

Teraz panie:

k3 k4 k5 k1 k2

 

Na koniec bonus, czyli para młoda z wesela w Aksum:

km

 

Kto najładniejszy? 🙂

Kategorie
Aktualności

I jeszcze jeden dziennik podróży

Dom
Na południu Etiopii nie ma wifi. Trudno żeby było na terenie gdzie luksusem jest elektryczność. W każdym miejscu noclegowym mieliśmy przerwy w dostawie prądu, a były też takie, w których nie było go wcale. W zamian udało nam się odwiedzić cały szereg wiosek plemiennych o kulturze tak odmiennej od naszej jak to tylko możliwe. Fotorelacja wkrótce.

Turmi, 03.12.2013, 18.04

Brak polskiej klawiatury bo jestem w kafei. Wiele sie dzialo. Wrocilismy samolotem do Addis (kontrola bagazu zmasakrowala nasza kolekcje lokalnego bimbru – bo latwopalny), dwie osoby wrocily do kraju (dwie sliczne dziewczyny – dlaczego to one musialy wyleciec?), a my zaladowalismy sie na cztery jeepy i ruszylismy na Poludnie. Tu odwiedzilismy plemie Dorze, ktore buduje chaty w ksztalcie glow sloni, poplynelismy na jezioro Chamo przyjrzec sie hipom i krokom (byly) i dotarlismy do Turmi, skad jest blizej do Ugandy niz do Addis. Ciekawy byl ostatni odcinek, po przekroczeniu Wielkiej Doliny Ryftowej. W Afryce czesto przy drodze jest pelno ludzi. Tu tez byli, tylko jacys inni… W miejsce zwyklych gosci, ubranych z grubsza po europejsku, zaczeli pojawiac sie ubrani, hmm, niezbyt kompletnie, smukli i wyprostowani jak strzaly, o dumnych wejrzeniach – chyba nawet przystojniejsi ode mnie 😀 To znak, ze trafilismy na tereny Hamerow, jednego z ciekawszych ludow w tej czesci Afryki. Ich kobiety maja spodnice ze skor z muszelkami, a wlosy wysmarowane glina i maslem i uformowane w dredy o ksztalcie helmow Wehrmachtu – bardzo twarzowe. Jutro odwiedzimy ich wi0ske – ponoc trudno tam zobaczyc jakiekolwiek zdobycze zachodniej cywilizacji.

Lalibela, 28.11.2013, 21.38
Droga wiła się przez góry jak boa ze skrętem kiszek. Za zakrętem zobaczyliśmy autobus stojący w poprzek z wyraźnym zamiarem zawrócenia. Johannes dał po hamulcach i wściekłym gestem uderzył w kierownicę. Wcześniej niż ja załapał o co chodzi, a po chwili jakiś kierowca potwierdził czarne przypuszczenia: dalej jest wypadek i przepuszczają tylko mniejsze pojazdy. A co z większymi? Muszą zawrócić i jechać trudną drogą przez góry. Trudną drogą przez góry? A to to niby co jest?! Po szybkiej naradzie z Ashenafim (nasz lokalny przewodnik) postanowiliśmy jechać dalej na pałę i najwyżej na miejscu rozeznać się w sytuacji. “Miejscem” okazała się być górska serpentyna, na której kierowca wielkiej chińskiej ciężarówki Howo nie dał rady i położył ją na szosie. Po obu stronach ustawiły się kolejki do przejazdu, a nad leżącym grzmotem debatowały dziesiątki Etiopczyków. Przejazd był możliwy tylko trzeba było wykopać dwa słupki przydrożne. Kilku miejscowych dobrze radziło sobie z jednym, ale praca nad drugim wyraźnie nie szła. Nabrała tempa dopiero gdy Mirek najpierw wziął kilof, a potem przejął dowodzenie nad akcją. Słupek wkrótce runął, a Mirek lakoniczne stwierdził, że jest inżynierem i taka jego robota. Wkrótce byliśmy z drugiej strony (Johannes zgrabnie wciął się kilkunastu ospałym ciężarówkom i ślamazarnym autobusom). Dalsza droga z Mekele do Lalibeli upłynęła bez większych przeszkód, jeśli nie liczyć hord giwmipenów (dzieciaków wykrzykujących “give me pen!”) na każdym postoju, zdechłej hieny na środku drogi, soku pomarańczowego, po którym mój brzuch zamienił się w piłkę i oszałamiających widoków zmuszających nas do częstych fotostopów, szczególnie pod koniec trasy. Jutro Lalibela – zobaczę co się przez rok zmieniło.
A na zdjęciu nasz dzisiejszy zator drogowy.
image

Wciąż Aksum, 25.11.2013, 17.21
Jak na swą rangę historyczną Aksum do dziś pozostaje niezbadane. Szacuje się, że odkryto dopiero pięć procent wartościowych stanowisk archeologicznych. Co roku dołączają do nich nowe, często bezcenne obiekty. Dla archeologów to raj na Ziemi – nic tylko wbijać łopatę.
Aksum jest też nieodkryte przez turystów. Większość dociera do Addis, Lalibeli, Gonderu, czy w góry Semien. Spotkaliśmy tylko jedną grupę farandżi – z kraju nadwiślańskiego. To chyba żadna sensacja sądząc po lokalnych wyrostkach wykrzykujących: “Jak się maś, blada twaś”.
A wieczorem trafiliśmy na etiopskie wesele. Tańcząc górną częścią ciała (na północy Etiopii dół pozostaje nieruchomy) i obserwując miejscowe dziewczyny wpadłem na pomysł wynajęcia modelki na naszą styczniową fotowyprawę. Mogłaby na przykład przebrać się za księdza w Lalibeli albo za dżeladę w górach Semien 🙂
A na zdjęciu coś z innej beczki czyli etiopska skrzynka pocztowa.
image

Aksum, 24.11.2013, 21.32
– One photo ten birr – powiedziała Miss World przygotowująca kawę w kompleksie królewskim w Gonderze.
– Nałóż strój regionalny to pogadamy – odparłem ironicznie, oczywiście w takim zakresie, w jakim normalny facet może odezwać się ironiczne do Miss World. To moja stara metoda, zawsze się sprawdzała. Do dzisiaj. Dziewczyna zniknęła w bramie, a po chwili wynurzyła się w pięknej, białej tunice (czy czymś takim) i spokojnie wróciła do swojej poprzedniej czynności. Były foto, były birry.
Z Gonderu pojechaliśmy nową drogą do Debarku w górach Semien. Hotel był nędzny (z wyjątkiem Miss Uniwersum podającej do stołu w restauracji), ale same góry zrekompensowały to z naddatkiem. Były widoki, sępy krążące nad przepaścią, setki dżelad na skarpie, a nawet buszbok w paski (paski widział tylko Kaziu, który miał lornetkę) i szakal.
Za Debarkiem droga robi się gruntowa i spada w dół skarpy Limalimo (czyli Zielona). Widoki są niezrównane, szczególnie o świcie, kiedy akurat tu byliśmy. Minus to jakość samego przejazdu: pierwszych 140 km pokonaliśmy w 10 godzin, lawirując między potężnymi machinami drogowymi (co akurat dobrze rokuje). Pod koniec zatrzymaliśmy się przy kanionie Tekeze żeby sfotografować go z góry, ale szybko nadbiegły dzieci i to one stały się głównym daniem. Jedna dziewczynka (Miss World za dziesięć lat) uporczywie ładowała się przed mój obiektyw, co jakoś niespecjalnie mi przeszkadzało.
Atrakcje były do samego końca – ostatni odcinek przed Aksum pokonaliśmy w burzy z gradobiciem.
Na koniec zagadka fotograficzna z gatunku raczej łatwych: what the hell is this?
image

Gonder, 21.11.2013, 21.30
Dziś pływaliśmy łodzią po jeziorze Tana, fotografowaliśmy rybaka łowiącego sumy z trzcinowej łódki tankwa, piliśmy kawę pod krzakami kawowców i robiliśmy inne ciekawe rzeczy, ale to nic w porównaniu z mixed juice w zapadłym sklepiku w Bahyr Dar. Sok z papai, mango, awokado i czegoś na “g” był ułożony warstwowo, a miąższ był tak gęsty, że warstwy nie mieszały się ze sobą. O smaku nie będę się rozpisywał, powiem tylko, że byłby wystarczającym argumentem, żeby przeprowadzić się do Etiopii.
Na zdjęciu bohater wpisu (ten z lewej):
image

Bahyr Dar, 20.11.2013, 21.40
Wyżyna Abisyńska w listopadzie to uczta dla oczu: krajobraz po deszczach jest optymistycznie świeżozielony i w niczym nie przypomina powszechnych kiedyś wyobrażeń o wypalonej słońcem i głodnej Etiopii. Jest tak ładnie, że nie męczą nas wielogodzinne przejazdy. Dziś zatrzymaliśmy się w zupełnie nieturystycznej dziurze na trasie i stanowiliśmy dla miejscowych taką samą atrakcję jak oni dla nas. A po południu odwiedziliśmy wodospad Tis Issat, opędzając się przed hordą kilkuletnich sprzedawców wszystkiego. Do mnie podchodzili z bezbłędnym pytaniem: you are a leader? Skąd te gnojki to wiedziały?
Na zdjęciu przywitanie kierowców na trasie.
image

Debre Markos, 19.11.2013, 20.35
Dziś nasza grupa przeszła inicjację: na lancz zamówiliśmy indzerę. Pierwsze spotkanie nie było łatwe – gdy wychodziliśmy z lokalu, większość porcji była ledwie ruszona. Za to wieczorem zrekompensowaliśmy sobie to niepowodzenie ceremonią parzenia kawy. W ciemnych zaułkach Debre Markos znaleźliśmy spelunę, w której jedna dziewczyna przyrządzała szlachetny napój siedząc na podłodze (i przetykając dzióbek dzbanka źdźbłem trawy z tejże podłogi), a druga zadymiała nas kadzidłami i zmysłowo falowała ramionami w rytm lokalnych przebojów (w północnej Etiopii tańczy się głównie górną częścią ciała). Kawa oczywiście była doskonała.

Chartum, 18.11.2013, 18.00
Wysłać post z Chartumu – bezcenne. Gdy patrzyłem z okna samolotu na zachód słońca nad miastem, od razu przypomniałem sobie bohaterów Sienkiewicza: Staś i Nel, Idrys i Gebhr, Wołodyjowski… Co prawda, z samolotu w ogóle tu nie wyszliśmy, ale widok miasta z góry (oraz połączenia Nilu Błękitnego z Białym) wart był miedzylądowania. Nasz kolejny cel to Addis Abeba, skąd ruszam z grupą szesnastu zapaleńców na etiopskie drogi i bezdroża. Walę się z nóg, bo poprzedniej nocy – przygotowując się do wyjazdu – prawie nie zmrużyłem oka.

Kategorie
Aktualności

Zaczęło się w Maroku…

IMG_9140 zmn… a teraz wróciliśmy tu po raz drugi. To dla mnie pierwszy drugi raz na fotowyprawach 🙂 Nie jest to jednak tak jak w Toskanii, gdzie (chyba) jeździ się z grubsza w te same miejsca. Program był zupełnie odmienny od poprzedniego – powtarzał się tylko Marrakesz. Z Casablanki jedzie się do niego niewiele ponad trzy godziny, ale nam pokonanie tego dystansu zabrało prawie dziesięć dni. Trudno się dziwić, skoro po drodze zahaczyliśmy o cytadelę w El Jadida i kolorową Essaouirę, uciekaliśmy przed falami na wciąż jeszcze dzikiej plaży Legzira, a na koniec zdobywaliśmy niebieskie (!) skały w górach Antyatlas. W samym Marrakeszu tym razem z grubsza ominęliśmy dzielnicę tanich hotelików w sąsiedztwie Dżemaa el-Fna, ale samego placu nie sposób ominąć. Przeżyliśmy tu wiele pięknych chwil, pijąc soczki ze świeżo wyciśniętych owoców, targując się podczas kupowania pamiątek i oczywiście robiąc zdjęcia. Te ostatnie to prawdziwe wyzwanie – miejscowi wchodzący w kadr zwykle domagają się za to pieniędzy (szczególnie ci, którzy prezentują jakiś program artystyczny, np. noszenie małpy na ramieniu). Fotografowanie tak, żeby tego uniknąć jest niezłym sportem: niektórzy używali długich obiektywów, inni stosowali sprytny chwyt ukrywania się za innym fotografem (strzał spod pachy), a na końcu wszyscy poszliśmy do knajpy z tarasem na piętrze, skąd można było robić zdjęcia do woli. Choć ta ostatnia metoda nie jest za bardzo honorowa, bo „modele” nie mają jak się obronić.

Jak to na fotowyprawach, humory dopisywały znakomicie, co widać na drugim zdjęciu, zrobionym w czeluściach medyny Marrakeszu (na pierwszym jesteśmy w medynie Casablanki).

IMG_7170 zmn

Kategorie
Aktualności

Dziennik podróży

Marrakesz, 09.11, 22.50.
Znowu tu jesteśmy. Znowu przemykamy między kobrami, transowymi tancerzami, sprzedawcami chusteczek do nosa, fałszywie zawstydzonymi dziewczynami i handlarzami wszystkim na Dżemaa el-Fna – najbardziej zwariowanym placu miejskim na świecie. Codziennie wieczorem przychodzi tu pół Marrakeszu, tworząc spontaniczną imprezę, którą porównać można do zmultiplikowanego Sylwestra na naszych rynkach. Spektakl jest tak niesamowity, że oczarował nawet urzędników UNESCO, którzy wpisali plac i jego atmosferę na listę Światowego Dziedzictwa. Jutro znowu tam idziemy i na pewno przeżyjemy niezapomniane chwile…

Tafraoute, 07.11, 18.27
Czerwone łuki i niebieskie kamienie – to były nasze fotograficzne cele w ostatnim czasie. Oczywiście nie licząc scenek rodzajowych typu drzewo oblepione kozami, czy berberyjskie ciężarówki na krętych drogach. Czerwone łuki są na plaży Legzira – po raz pierwszy zawitałem tu pisząc przewodnik Pascala i postanowiłem, że wrócę. Miejsce jest jedyne w swoim rodzaju dzięki dwóm piaskowcowym mostom przecinającym plażę i kończącym się w Atlantyku. Są kapitalnym celem fotograficznym, zupełnie innym podczas przypływu i odpływu.
Niebieskie kamienie można znaleźć w górach Antyatlas. Płaskowyż usiany jest wielkimi głazami, a niektóre z nich jeden Belg pomalował na jaskrawe kolory (głównie niebieski). Widoki nie z tej planety. Piotr mówi, że to tak jakby w Kapadocji poustawiać wielkie krasnale ogrodowe.
Jutro dalsza eksploracja Antyatlasu.
Na zdjęciach łuk i kamień (niebieski inaczej 🙂 )
image

image

Wciąż Essaouira, 05.11, 22.17
Mewy, wiatr, niebieskie łodzie i stare mury – to najkrótszy opis Essaouiry, dawnego raju hippisów. Przed świtem zasadziliśmy się nad wielką połacią mokrego piasku na brzegu morza, który służył za noclegownię mewom. Wyglądało to świetnie, szczególnie gdy słońce zaczęło wynurzać się za mewami, a mewy zaczęły uciekać przed rozbrykanymi pieskami. Potem przenieśliśmy się do portu, z porannym chaosem potencjalnych kadrów. Śniadanie na tarasie (kapitalny widok z góry na Wielki Meczet) i start na mury medyny, o które rozbijają się potężne fale Atlantyku (kolejne pole do popisu dla szybkostrzelnych lustrzanek). Potem ryba w porcie (wiadomość o tyle istotna, że Marokańczycy przyrządzają ryby najlepiej na świecie) i… znowu mewy. Tym razem na tle murów medyny od strony oceanu. Ubaw był po pachy, kiedy próbowaliśmy umieścić je w mocnych punktach kadru. Choć latało ich tu mniej wiecej tyle, co w “Ptakach” Hitchcocka, jakoś nie chciały współpracować. Tym większa była radość, kiedy w końcu któraś łaskawie wlatywała w pole widzenia wizjera i ustawiała się zgodnie z życzeniem fotografa…

Essaouira, 04.11, 23.12
Pierwszym plenerem po Casablance była El Jadida. Znana jest z medyny, która pierwotnie była portugalską cytadelą. Ma rewelacyjne zakamarki bez turystycznego retuszu, otoczona jest murami obronnymi (10 m grubości), po których można chodzić, a jej największym skarbem jest manuelińska cysterna, czyli pomieszczenie na wodę z kamiennymi łukami podtrzymującymi sklepienie. Wszystko to brzmi super, ale mi coś tu nie szło. W zakamarkach zepsuł mi się Canon (error 99; znam przynajmniej jedną Nikoniarę, która to ubawi 😉 ), na murach wyrżnąłem głową w bramę baszty, a cysterny pilnowała bardzo nieatrakcyjna pani, która zażądała od nas “autorisation”, co zaowocowało robieniem zdjęć bez statywów (bez nich już nie byliśmy “professionel” i “autorisation” nie było potrzebne).
El Jadidę podsumowaliśmy kawoherbatą z rewelacyjnymi naleśnikami na tarasie miłej knajpki (zostawiliśmy 8 eurocentów napiwku) i ruszyliśmy na południe.
Kolejny postój zrobiliśmy w Safi: miescie boksytów i ceramiki z całkiem niezłą medyną. Nie mieliśmy go w planach, ale plany są po to, żeby je rozszerzać. Mury medyny tak pięknie oświetlało zachodzące słońce, że nawet ożył Canon (sorry Nikoniara… ). Pojechaliśmy dalej na południe – do Essaouiry.
Na fotce moja herbata w El Jadida.
image

Casablanca, 02.11, 20.42
Pierwsze pełnowartościowe wi-fi, dlatego wrzucam trzy wpisy na raz. Standard RAM był taki jak oczekiwałem – obiad uwolnił mnie od bólu brzucha, którego nabawiłem się po niemieckim śniadaniu. Casablanca przywitała nas rozkoszną pogodą: okolice 25 stopni i czyste niebo. Na kolację mix świeżych ryb i owoców morza, a na deser zabijający sok ze świeżo wyciśniętych pomarańcz 🙂
Na zdjęciu Ania przy przystawkach:

image

Bruksela, 02.11, 10.00
Niestety znowu trafiłem na linie lotnicze Brussels. Tym razem nie było spóźnienia bez wyjaśnień, ale płatne poczęstunki pozostały. Nie widzę różnicy między Brussels a budżetowymi easyJet (tam też są przydzielane siedzenia), z wyjątkiem ceny biletów. Na szczęście dalej lecimy Royal Air Maroc. Oczekuję wyższego standardu i myślę że się nie zawiodę:-)

Berlin, 01.11, 23.10
Wi-fi w hotelu to policzek dla tzw. niemieckiej solidności. Niby jest ale przemyka gdzieś na obrzeżach zasięgu. Za to pizzeria za rogiem bez zastrzeżeń. Żeby wdrożyć się w temat, zamówiliśmy pizzę Casablanca (pierwsze skrzypce w smaku grała pikantna papryczka – jakoś nie kojarzy mi się z Casablanką). Jutro już nie pizza, ale prawdziwa Casa. Zobaczymy co się zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Mam nadzieję, że nie za wiele, bo największe miasto Maroka póki co bardzo dobrze mi się kojarzy.
Jutro pobudka o czwartej, tak więc bonsoir!

Kategorie
Aktualności

Z wizytą u bliskich i trochę dalszych sąsiadów

Zapraszam do Echerntallektury relacji z C.K. Fotowyprawy. Odwiedziliśmy południe Czeskiej Republiki i austriackie Alpy, fotografując piękne plenery i świetnie się bawiąc. W ciągu niecałego tygodnia zapełniliśmy karty pamięci gigabajtami danych – teraz czas na ich sortowanie i obróbkę. Już to mówiłem w autobusie, ale jeszcze powtórzę: dziękuję wszystkim za stworzenie tak wspaniałej atmosfery. Dla Was warto przygotowywać takie wyjazdy.

Na zdjęciu Beata zagłębiająca się w dolinę Echerntal (doszła do samego końca).

Opis naszej fotograficznej przygody w zakładce FOTOWYPRAWY powyżej, czyli tutaj.

Kategorie
Aktualności

Gra w butelkę

Dachstein o zachodzie słońcaFotografowanie krajobrazu to bardzo emocjonująca czynność. Nigdy nie wiadomo co się zdarzy, szczególnie w nieznanym miejscu, kryjącym przed fotografem swoje skarby. Czy znajdzie się upragniony kadr, czy będzie odpowiednie światło, czy nie zrobi się jakiegoś głupiego błędu, który wszystko zniweczy. To trochę tak jak studencko-imprezowa gra w butelkę, w której kręci się butelką i całuje tego, na kogo wypadnie. I nigdy nie wiadomo kto to będzie, podobnie jak nie wiadomo jak ostatecznie wyjdą zdjęcia. Ale kiedy słoneczny laser przebije się przez chmury w tym właśnie miejscu, w którym powinien, kiedy czerwone światło nagle zaleje, na ten przykład, Hoher Dachstein albo – kiedy usta wreszcie zetkną się z tymi upragnionymi, następuje turbodoładowanie pozytywnych emocji, chwila, w której z nawiązką zwraca się trud targania statywu (albo kręcenia butelką 😉 ). To jedne z tych chwil, gdy człowiek żyje pełną gębą. Może ten wywód jest zbyt emocjonalny, a porównanie pretensjonalne, ale właśnie wróciłem z C.K. Fotowyprawy, gdzie miałem przyjemność zaznać kilku takich turbodoładowań (oczywiście fotograficznych 😀 ). Pogodę mieliśmy nieziemską, a miejscówki wspaniałe, co sprzyjało uniesieniom z okiem przy wizjerze. Właśnie dlatego tak uwielbiam fotowyprawy i mam zamiar je organizować póki starczy mi sił (na razie mam spory zapas 🙂 ).

Pozdrawiam wtajemniczonych, którzy też tak czują.

Na zdjęciu magiczny zachód słońca nad najwyższymi szczytami Dachsteinu. Pełen opis C.K. Fotowyprawy wkrótce.