Kategorie
Aktualności

Pepeszą w niebo

W młodości przez kilkanaście lat mieszkałem w Szczecinku, miasteczku pięknie położonym wśród jezior i pagórków Pojezierza Drawskiego. Stacjonował tam wówczas radziecki garnizon wojskowy, czego najbardziej widocznym znakiem były chodzące po chodnikach „lotniskowce” (oficerowie w charakterystycznych czapkach, na których zmieściłby się samolot) oraz jeżdżące po ulicach furgonetki z napisem „ljudi”. Oczywiście wiedzieliśmy,  że w pobliżu jest słynne Borne Sulinowo: zamknięte ruskie miasto z zaopatrzeniem w sklepach, o którym opowiadano legendy. W rzeczywistości nic takiego tam nie było, może trochę więcej słodyczy, które wydelegowane „lotniskowce” przynosiły na szkolne uroczystości w wielkich tytkach z gazety. Notabene, militarna historia tego miejsca sięga czasów przedradzieckich – wcześniej istniał tu niemiecki garnizon Gross Born.

Dzisiaj Borne Sulinowo nie stanowi żadnej tajemnicy. Pokoszarowe, betonowe miasto z dużą ilością zieleni, otoczone tysiącami hektarów lasów. Wczoraj wybrałem się w tamte strony, odwiedzając dawny poligon obficie porośnięty przez wrzosy. Najcenniejsze miejsca objęte są rezerwatem przyrody Diabelskie Pustacie, choć akurat o tej porze roku nie ma tu mowy o żadnych pustaciach (pełno grzybiarzy).

Zajrzałem też na radziecki cmentarz, znany z pomnika z ręką trzymającą pepeszę. Nekropolia powstała tuż po II wojnie światowej i funkcjonowała aż do 1992 r. Co ciekawe, chowano tu głównie osoby zmarłe już po wojnie – większość nagrobków pochodzi z lat 1945–1967. Studiowanie dat może wiele powiedzieć o jakości życia w garnizonie: spoczywa tu wielu dwudziestoletnich żołnierzy, choć działania wojenne w chwili ich śmierci były już dawno zakończone. Jeszcze większe wrażenie budzą nagrobki z lakonicznym napisem „nieizwiestnyj”. To dezerterzy, którzy uciekali z koszar z bronią w ręku. W ciągu kilkudziesięciu lat zbiegło w ten sposób około 50 żołnierzy i niemal dla wszystkich ucieczka kończyła się w ten sam sposób: obławą i zastrzeleniem (ewentualnie samobójstwem, jeśli ktoś nie wytrzymał psychicznie). Cierpiała też ludność cywilna: jeden z oszalałych żołnierzy usadowił się z karabinem przy szosie Szczecinek–Czaplinek i pruł do przejeżdżających pojazdów. Sama pepesza – przeniesiona tu z centrum Bornego – upamiętnia niejakiego Iwana Poddubnego (1926–1946), plutonowego, który wdarł się do sąsiedniej wioski Krągi i urządził tam strzelaninę, zabijając kilkanaście osób.

Kategorie
Aktualności

Nie zapomnij czapki i szalika!

Kilka babcinych uwag dla uczestników naszej etiopskiej imprezy. Co prawda, już o tym wcześniej pisałem, ale nie zawadzi przypomnieć. W listopadzie będzie w Etiopii przyjemnie ciepło, a w porywach całkiem gorąco. Można oczekiwać pogody jak u nas w ciepłe lato. Średnia temperatura powietrza w Addis Abebie wynosi za dnia 22,6°C, a nocą 8,7°C. Na podobne temperatury można liczyć w Lalibeli i Gonderze.

Natomiast Góry Semien to już trochę inna bajka. W dzień nadal będzie gorąco i zapewne bardzo słonecznie. Oznacza to konieczność zabrania ze sobą kremu z wysokim filtrem UV (od 30 wzwyż) i smarowania się nim co jakieś 2 godziny. Konieczne jest też nakrycie głowy, okulary z filtrem UV i raczej t-shirt niż podkoszulek na ramiączkach, żeby się nie sparzyć.

            Nocą w górach temperatura spada poniżej 10°C, zdarzają się nawet przymrozki (chociaż śniegu nie zobaczymy). Dlatego trzeba mieć ze sobą również ciepłe ubranie, przynajmniej jedną zmianę (np. polar i kurtka). Śpiwory dostaniemy od miejscowych organizatorów, choć jeśli ktoś ma lekki śpiworek, warto wziąć go ze sobą. Biwakować w namiotach będziemy jedną noc i nie wymaga to od nas żadnej specjalnej aktywności. Wszystko będzie zorganizowane, włącznie z posiłkami (kucharze będą podróżować z nami). Będzie nam też towarzyszył tzw. scout, czyli ranger z karabinem, którego z pewnością namiętnie będziemy fotografować. Taki jest wymóg dla wszystkich turystów w górach Semien, choć nie bardzo wiem po co – w każdym razie dzięki temu jest bardziej malowniczo.

            Przy okazji przypominam o szczepieniach. Najważniejsza jest żółtaczka (najlepiej A i B). Popularne szczepionki są tak skonstruowane, że przyjmuje się kilka dawek: pierwsza teraz, druga za miesiąc, trzecia za 6–12 miesięcy. Tak więc o pierwszej warto pomyśleć w najbliższym czasie. Jeśli ktoś chce się zaszczepić przeciw żółtej febrze to też warto, choć Etiopia nie wymaga tego szczepienia.

            Na zdjęciu lokalna moda w górach Semien.

 

Kategorie
Aktualności

Brzęczące samiczki

Dziś wpis głównie dla naszych „Etiopczyków”. Tematem są moskity i to co przenoszą. Jeśli spojrzy się na „malaryczną” mapę Afryki, na południe od Sahary widać wielką czerwoną plamę (zagrożenie malarią) z kilkoma małymi białymi punkcikami (teren bezpieczny). Te punkciki to najwyższe partie Wyżyny Abisyńskiej, czyli tereny, po których będzie się przemieszczać nasza fotowyprawa. Uważa się, że malaryczne moskity występują do wysokości 2000 m n.p.m. Na prawie całej naszej trasie będziemy wyżej, włączając w to Addis Abebę (ok. 2200 m n.p.m.). Stolica Etiopii ma w ogóle dość przyjemny klimat, dzięki czemu tak lubią zlatywać tu rozmaici przywódcy afrykańscy na konferencje, szczyty i inne bibki. Wyżej niż 2000 m n.p.m. są też Lalibela, Gonder i oczywiście Góry Semien. Jedynie Bahyr Dar leży niżej, a i to niewiele (coś w okolicach 1800 m n.p.m.). Jeszcze w niedalekiej przeszłości przypadki zachorowań w porze deszczowej były tu dość częste, jednak ostatnio powrócono do stosowania DDT i ryzyko znacznie spadło.

Co nie oznacza, że nie istnieje. Można je ograniczać stosując leki antymalaryczne, spraye i specjalnie nasączane moskitiery. Piszę o tym tu (punkt zatytułowany „Malaria”). Ostatnio znalazłem też inną ciekawostkę. Posiadacze smartfonów z androidem (innych pewnie też) mogą sobie ściągnąć bezpłatny program emitujący dźwięki odstraszające moskity. Jest ich kilka, np. Mosquito Repellent. Można go ustawić na 14, 16, 18, 20 kHz lub mieszankę powyższych (co kilka sekund dźwięk się zmienia). Niestety, nie wiem na ile jego działanie jest skuteczne. Ściągnąłem też drugi, podobny program, który ma tak samo działać na psy. Wypróbowałem go na swoim kocie, leżącym na podłodze w błogiej nieświadomości. Jedyne co osiągnąłem to to, że leniwie przewrócił się na drugi bok. Większe zainteresowanie okazał tylko przy którymś z bardziej piskliwych dźwięków – prawdopodobnie myślał, że to mysz. Tak więc jeśli Mosquito Repellent działa tak jak psi repelent to wiele nie pomoże. Ale jeść nie woła – lepiej mieć niż nie mieć. Jak namierzę jakiegoś komara to zrobię na nim eksperyment i dam znać o jego wynikach.

Na zdjęciu ulica w bezmoskitowej Addis.

Kategorie
Aktualności

Afryka dla początkujących

Czarny Ląd, jak wiadomo, nie należy do najłatwiejszych celów podróżniczych i lepiej nie zaczynać od niego przygody z „poza Europą”. W Ghanie, do której bardzo mądrze poleciałem w porze deszczowej, miałem świadomość, że każdy żrący mnie moskit (a było ich pełno) może oznaczać malarię. Na granicy z Togo ghańscy pogranicznicy powiedzieli mi na odchodnym „take care”. W Burkina Faso pierwszym człowiekiem, którego zobaczyłem, był niewidomy zarażony tzw. rzeczną ślepotą (Onchocerciasis jeśli dobrze pamiętam), roznoszoną przez muchy, które i mnie gryzły. Do Maroka wjeżdżałem niespełna tydzień po samobójczym zamachu w Marrakeszu.

            A Etiopia? Nuda panie, nic się nie dzieje 🙂 No dobra, krótko przed moim przedfotowyprawowym rekonesansem był napad na turystów w Kolinie Danakilskiej, ale ten region ma się do centralnej części kraju jak Krym do Rzymu (albo Rzym do Krymu). W wielu miejscach Etiopia jest bezpieczniejsza od Polski, a już na pewno dotyczy to tzw. northern circuit, czyli trasy z Addis Abeby do Lalibeli, Aksum, Gonderu, Bahyr Dar i w góry Semien. Na ulicach samej stolicy czułem się bardziej komfortowo niż w Poznaniu – nikt w tamtejszych zaułkach nie przyglądał mi się z bezczelnym zainteresowaniem: dać w mordę czy nie? Choć oczywiście w najciemniejsze zaułki nie chodziłem. Etiopskie drogi i bezdroża przemierzyłem z moją mamą – to chyba daje najlepsze pojęcie o tym, jakie mam zdanie na temat bezpieczeństwa w tym kraju.

Fotograficzne walory Etiopii są powszechnie znane: wymienione wyżej Lalibela, czy góry Semien, to unikaty na skalę światową. Te piękne miejsca zamieszkują piękni ludzie, na szczęście dość chętnie pozujący do zdjęć. W łodzi na jeziorze Tana poznałem Miguela – hiszpańskiego fotografika młodego pokolenia, który jeździ po świecie robiąc ludziom niesamowite portrety w stylu renesansowych malarzy. Być może spotkamy go też w czasie naszej fotowyprawy: jest zafascynowany urodą Etiopczyków i jesienią zamierza zorganizować studio w jednym z miejsc, które odwiedzimy.

A do wyprawy już coraz mniej czasu. Ci, którzy jeszcze się nie zapisali, mogą to zrobić tutaj. W jednym z najbliższych wpisów zamieszczę mini-słownik polsko-etiopski, który każdy uczestnik będzie musiał przyswoić 😉

Kategorie
Aktualności

Grosser Donnerkogel

Dachstein to najbliższe polskich granic alpejskie pasmo górskie z prawdziwego zdarzenia. Najłatwiej się tu dostać przez Pragę, Czeskie Budziejowice i Linz. Z noclegiem nie ma problemów: w podgórskich wsiach są biura informacyjne kierujące do hoteli, pensjonatów lub kwater. W tych bardziej znanych na zewnątrz stoją infomaty (telewizorki wyświetlające informacje m.in. o noclegach) sprzężone z bezpłatnymi telefonami, z których można zadzwonić do wybranego obiektu. Region znany jest z gigantycznych jaskiń, prehistorycznej kopalni soli i miasta-pocztówki Hallstatt nad rajskim jeziorem. No i z samych gór – a te to już konkret: wyszczerzone zęby skalne wyglądają prawie jak Dolomity, a najwyższy masyw, Hoher Dachstein (2995 m n.p.m.), oblewa autentyczny lodowiec (niestety coraz mniejszy).
Bywałem tu już i mam jak najlepsze wspomnienia. Dziś postanowiłem zrobić sobie lajtową trasę i wspiąć się na szczyt Grosser Donnerkogel (raptem 2055 m n.p.m.). W mini-przewodniku przy mapie było napisane, że trasa jest leicht. Niemieckim władam nieco lepiej niż mój kot arabskim, więc uznałem, że oznacza to szlak łatwy. Pewnie taki był dla lokalnych babć z kijkami, które śmigały po skałach zwinnie jak kozice. Ja zaprezentowałem kondycję komputerową i wolałbym tego tematu nie rozwijać. Sama trasa jest nietypowa: za trudna na wygodny marsz i za łatwa, żeby nazwać ją turystyczno-wspinaczkową. Na szczęście nieprzyjemne wejście wynagrodził mi widok ze szczytu na najwyższe partie Dachsteinu (widoczne za butami) oraz towarzystwo czeskich alpinistów i alpinistek (najmłodsza na oko lat 9), którzy zdobyli górę w trochę inny sposób niż ja.
Do następnego wpisu!

image
Dachstein
Kategorie
Aktualności

Pozdrowienia z Czech.

Pogranicze Czech i Moraw to miasteczka jak ze snu, barokowe (!) chaty wiejskie, Pilsner i Budweiser, dwie elektrownie atomowe, zamki nad przepaściami i… częste oberwania chmur. Właśnie wróciłem z wieczornej sesji w Czeskim Krumlowie: statyw mokry, aparat mokry, ja mokry i bruk na ulicach też mokry, dzięki czemu elegancko odbijają się w nim światła latarń.
Notka “idzie” ze smartfona, więc nie ręczę za jej layout. Na zdjęciu barokowa wioska Holašovice z kilkusetletnimi chałupami pod opieką UNESCO.

image

Kategorie
Aktualności

Najgorszy zawód świata

Jezioro Chamo jest bodaj największym akwenem etiopskiej części Wielkiej Doliny Ryftowej. To bardzo piękne miejsce, z pofałdowanymi brzegami porośniętymi gęstą roślinnością – najlepiej podziwiać je z krawędzi skarpy doliny, gdzie ulokowało się miasto Arba Minch (samo w sobie dość wstrętne, nawiasem mówiąc). Przyroda rozwija się tu bez ograniczeń – dotyczy to też ryb, które świeżo po złowieniu trafiają na lokalne targowisko albo do ulicznej smażalni (palce lizać!).

            No właśnie – po złowieniu. Tu docieramy do tytułu wpisu. Ryby łowią – jak nietrudno się domyślić – rybacy. To bardzo prestiżowy zawód: rybak zarabia miesięcznie ok. 500 dolarów – kasa, o jakiej miejscowy bankier albo lekarz mogą tylko pomarzyć. Jednak musi na nią ciężko zapracować. Sieci zakłada i wyciąga stojąc po pas w wodzie, albo wypływa daleko od brzegu na chybotliwej konstrukcji łodziopodobnej (widać te 500 dolarów na łódź nie wystarczy).

            W czym problem? W tym, że w turystycznych folderach Chamo opisywane jest jako najlepsze miejsce w Afryce do obserwacji krokodyli (jest tu nawet miejsce zwane Crocodile Market, gdzie w niektórych porach dnia gromadzą się ich setki). Drugi problem to przejrzystość wody, a raczej jej brak. Pod tym względem Chamo stanowi przeciwieństwo Bajkału – widoczność nie przekracza kilkunastu centymetrów. Oznacza to, że krokodyl może niezauważony podpłynąć do rybaka i… chaps. Jakby tego było mało, są tu też hipopotamy. Te poczciwie wyglądające góry mięsa potrafią być zaskakująco szybkie, a ludzi atakują częściej niż lwy.

            Śmiertelność wśród rybaków z Arba Minch i okolic wynosi kilka osób rocznie. Jeśli ktoś będzie jadł rybę w tutejszej restauracji, warto pamiętać w jakich warunkach została złowiona.

            Na zdjęciach rybacy i krokodyl z jeziora Chamo (na szczęście byli daleko od siebie).

Kategorie
Aktualności

Dumny i blady

Z radością informuję wszystkich zainteresowanych o moim pierwszym razie Wink W sierpniowym numerze DFV po raz pierwszy (ciekawe czy ostatni) wydrukowano mój tekst. Zważywszy, że jest to z grubsza najlepsza gazeta fotograficzna w Polsce, a ja jestem zdeklarowanym fotograficznym antyartystą, to całkiem spory sukces. Gdybym nie mieszkał w zimnokrwistej Wielkopolsce to pewnie przeleciałbym się po sąsiadach, żeby im pokazać. Utwór poświęcony jest bułgarskim górom i robieniu w nich zdjęć. Opisałem kilka miejsc w trzech pasmach: Rile, Pirynie i Rodopach. Wbrew pozorom, ten region nie jest zarezerwowany tylko dla zdeklarowanych górołazów – do wielu ciekawych obiektów można dojechać samochodem albo kombinacją autobusów i wyciągów krzesełkowych. Jego piękno znane jest na razie tylko nielicznym – przynajmniej jeżeli chodzi o obcokrajowców, bo mieszkańcy bliskiej Sofii chętnie wylegają tam na weekendy.

Teraz pozostaje mi tylko namówić Ewę i Piotra na bałkańską fotowyprawę 😉

Na zdjęciu mój autoportret w górach Riła, zrobiony – jak widać – “z ręki” 🙂

Kategorie
Aktualności

Ziemia jest płaska…

… chociaż nie wszędzie. Nawet w Wielkopolsce, raczej mało górzystej, znajdują się różne przyjemne wypukłości, jak np. Francuskie Góry, czy, za przeproszeniem, Góry Kobyleckie. Te pierwsze to łańcuch piaszczysto-sosnowych wydm na obrzeżach Puszczy Noteckiej, niedaleko Sierakowa. Nazwa pochodzi od opowieści o sunących na Moskwę wojskach napoleońskich, które nie mogły przepchać tędy swoich armat. Ponoć miejscowi chłopi pomogli im, robiąc wykopy i wykładając je belkami. Puszcza Notecka jest sucha i piaszczysta nie tylko w tym miejscu, dlatego czasami wybuchają tu pożary. Najbardziej znany był ten w 1992 r., kiedy przecinającą las linią kolejową przejechał pociąg z zatartą osią, wzniecając ogień na gigantycznym obszarze (drugi największy pożar lasu w Polsce po II wojny światowej). Akcja strażacka na wiele się nie zdała – pewnie spłonąłby cały las, gdyby nie gwałtowna ulewa po kilku godzinach, która uporała się z ogniem w kwadrans. Dwa lata później na półpustynnym pożarzysku samotnie wykonywałem prace geodezyjne. To był afrykański lipiec 1994 r. – ponad 40°C, zero cienia i katorżnik Adamczak wykopujący z ziemi trzystukilogramowe słupy oddziałowe. Spałem wtedy w blaszanym (!) baraku w wiosce Miały na końcu świata, a wieczorami stołowałem się w lokalnej restauracji Borowik, odwiedzanej przez kwiat miejscowej młodzieży, spośród której co rusz ktoś chciał wychodzić ze mną „na solo”. To były czasy…

Ostatnio wróciłem w te strony z moim przyjacielem i webmasterem w jednej osobie. Tym razem wyjazd był znacznie bardziej lajtowy – pojechaliśmy pobyczyć się nad jeziorkami w Sierakowie, a na solo wychodziliśmy jedynie przed świtem, żeby złapać ciekawe światło. Ujmując precyzyjniej, udało nam się to tylko raz – znacznie lepiej radziliśmy sobie z grillowaniem i zbieraniem kurek (pieprzników jadalnych) w lesie.

Na zdjęciu jezioro Jaroszewskie w Sierakowie.

Kategorie
Aktualności

Kościeliska w wersji mini

Latem Tatry są koszmarnie zatłoczone – na co bardziej popularnych szlakach można odnieść wrażenie, że nie zeszło się z Krupówek. Na szczęście są też mniej popularne, jak np. zielony, wiodący Doliną Olczyską.Ma ona swój wylot w Jaszczurówce, kawał drogi od centrum Zakopanego. Nie prowadzi też do żadnego spektakularnego miejsca (choć można tędy wejść na Wielki Kopieniec – według mnie jeden z najlepszych punktów widokowych w całych Tatrach). Te dwa fakty sprawiają, że nigdy nie ma tu tłoku i można w spokoju nacieszyć się okolicznościami przyrody. Tak się miło składa, że najciekawsza jest dolna część doliny, w odległości krótkiego spaceru od Jaszczurówki. Przybiera formę wąskiego wąwozu, przypominającego najładniejsze partie Doliny Kościeliskiej, tylko bez takich efektownych ścian skalnych. Tuż obok drogi płynie Olczyski Potok, z brzegami porośniętymi upajająco pachnącym lepiężnikiem (ten zapach zawsze będzie mi się kojarzył z Tatrami). Ma nietypową genezę: wpływa nagle w tzw. Wywierzysku Olczyskim, największym w całych polskich Tatrach (do 6 tys. litrów na sekundę!). Wyżej dolina jest sucha i można tam spotkać drzewa bardzo egzotyczne w Tatrach, czyli sosny zwyczajne.

            Ostatnio wybraliśmy się tu o ciekawej porze. Było tuż po serdecznej tatrzańskiej ulewie i dolina na całej długości parowała, oddając powietrzu nadmiar wilgoci. Poziom wody w potoku wzrósł znacząco i nabrała ona lekko ziemistego koloru, jak w Amazonce. Późna pora dnia i ciemne chmury sprawiły, że można było eksperymentować z długim czasem naświetlania zdjęć bez nakładania szarych filtrów. To była jedna z najprzyjemniejszych wycieczek w czasie całego naszego pobytu w Tatrach – znacznie przyjemniejsza niż przepychanie się przez ludzkie mrowisko na Krupówkach godzinę później.

Kategorie
Aktualności

Klasyk z kupy gnoju

Właśnie wróciłem z Tatr Słowackich, za którymi byłem już dość mocno stęskniony. Oprócz ładowania akumulatorów na górskich szlakach pojechałem też kawałek dalej, zrobić zdjęcie, na które już od dawna miałem chrapkę.To klasyczna panorama ruin Spiskiego Zamku (Spišský hrad) z wieżami katedry Spiskiej Kapituły na pierwszym planie. Temat popularny i znany z folderów, więc jego realizacja nie powinna nastręczać większych problemów. Raz już się do niego przymierzałem, ale pogoda była wtedy tak beznadziejna, że dałem sobie spokój z szukaniem punktów widokowych.

            Tym razem wyglądało to bardziej obiecująco. Zatrzymałem samochód przy katedrze i wspiąłem się na przeciwlegle wzgórze. Kompleks sakralny prezentował się stąd rewelacyjnie, ale o zamku nie było mowy – zasłaniał go jeden z budynków. Poszedłem wyżej, aż do miejsca, w którym ruiny wreszcie wyłoniły się zza jego dachu. Zdjęcia jednak nie zrobiłem – tym razem w drogę weszły mi kable linii elektrycznej, efektownie przecinające ruiny w poprzek. Mogłem pójść jeszcze dalej, ale nie miało to sensu – całą scenę zasłaniał tam zagajnik.

            Zafrasowany wsiadłem do samochodu i ruszyłem na dalsze poszukiwania. Na wysokości katedry odbijał wąski asfalt, meandrujący dalej między polami. Po trzech zakrętach w lusterku wstecznym zobaczyłem z grubsza to, o co mi chodziło. Zjechałem w śródpolną dróżkę i wyskoczyłem z samochodu z aparatem w garści, szykując się na strzał dnia. Strzał jednak nie nastąpił: na polu rosła kukurydza, mniej więcej mojego wzrostu. Jak nietrudno się domyślić, uniemożliwiała sensowne kadrowanie, tym bardziej, że chciałem użyć statywu. Trochę już podirytowany ruszyłem dalej ścieżką w pole, szukając jakiegoś wyniesionego miejsca. Znalazłem tylko jedno – dużą kupę gnoju, ponętnie wilgotnego po niedawnych deszczach. Zanim pomyślałem o konsekwencjach, byłem już na szczycie (lepiej zgrzeszyć i żałować…). Podłoże było, powiedzmy, rozchwiane, więc statyw odpadał – pozostała tylko wersja „Old Surehand”. Kolebiąc się na prawo i lewo wykonałem kilka ujęć i wróciłem do samochodu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Efekt widoczny jest na zdjęciu: nie było może jakiegoś spektakularnego światła, ale popołudniowe słońce zrobiło swoje, a w takich warunkach i tak nie rozstawiłbym trójnogu o złotej godzinie. Może powinienem tu przyjechać zimą, kiedy gnój zamarznie?

Kategorie
Aktualności

Z kamerą wśród dżelad

Podczas fotowyprawy do Etiopii będziemy fotografować dżelady. To pewne. Żyją tylko w tym kraju, ale w górach Semien jest ich tyle, że ze spotkaniem nie będzie problemu. Niekiedy pasą się w stadach po kilkaset sztuk i w ogóle nie przejmują turystami (oczywiście jeśli zachowanie tych ostatnich nie odbiega od normy, a normą jest kucanie z aparatem w garści). Co ciekawe, potrafią ich odróżnić od miejscowych, za którymi raczej nie przepadają – szczególnie za dziećmi, rzucających w nie często kamieniami. Najlepsze zdjęcia dżelad można zrobić wczesnym rankiem, gdy wynurzają się zza krawędzi przepaści (śpią na skałach chroniąc się przed drapieżnikami) i pięknie oświetlają je ukośne promienie słoneczne. Choć akurat wtedy lepiej za bardzo się nie zbliżać. Małpa nie ma możliwości szybkiej ucieczki i może zrobić się nerwowa.

            W środku dnia najbardziej typowa czynność dżelad to siedzenie w trawie i posilanie się jej pędami: jedzą tylko rośliny, a ponieważ nie są one zbyt kaloryczne, muszą to robić niemal bez przerwy. Niekiedy monotonię urozmaicają kłótnie – wtedy małpy wrzeszczą, gwiżdżą i ganiają się po skałach, wymachując rękami. Mają wyjątkowo bogaty repertuar słów i potrafią nimi określić około trzydziestu obiektów (w tym człowieka i psa).

            Szefem stada jest samiec dominujący, łatwo rozpoznawalny po jaskrawoczerwonym znamieniu na klatce piersiowej. Jego władza jest jednak pozorna: wystarczy, że podpadnie towarzyszącym mu damom i mogą go zrzucić z piedestału w ciągu jednej chwili. A chętnych na to miejsce nie brakuje…

            Następny wpis będzie za grubo ponad tydzień. Proszę o cierpliwość jeśli nie będę odpowiadał na komentarze ani ich autoryzował.