Kategorie
Aktualności

Etiopia – Frequently Asked Questions

Wracamy do naszej fotowyprawy. Dostaję od Was sporo pytań, dlatego postanowiłem upublicznić odpowiedzi, żeby wszystkim się przydały.

1 – W co się spakować?

Trzeba mieć dwa bagaże, podręczny i główny. Ten pierwszy to mały plecak zwykły lub fotograficzny, ale na tyle pojemny żeby prócz sprzętu foto pomieścić w nim jeszcze najbardziej niezbędne rzeczy. To będzie nasz bagaż podręczny w samolocie a z doświadczenia wiem, że często tylko on dolatuje do celu (mamy kilka przesiadek i nie wiadomo gdzie linie lotnicze wyślą bagaż główny, ten który pójdzie do ładowni samolotu). Jeśli chodzi o ten główny to ja będę miał plecak, a prawie wszyscy walizki na kółkach. Napiszę jeszcze raz dobitnie: nastawiamy się, że do Lalibeli doleci z nami tylko bagaż podręczny i musimy mieć w nim wszystko co jest naprawdę niezbędne: sprzęt foto (oprócz statywu, bo wolno tylko w głównym), kosmetyczka, niektóre lekarstwa, itd. Oczywiście przy sobie mamy też wszystkie dokumenty i pieniądze. Trzeba też pamiętać, czego nie wolno przewozić w bagażu podręcznym (m.in. ostrych przedmiotów i płynów w pojemnikach ponad 100 ml – takim płynem jest też pasta do zębów i krem przeciwsłoneczny) Zdaję sobie sprawę, że to łatwo napisać: limit bagażu podręcznego w Ethiopian wynosi 7 kg, a łączna suma wymiarów (długość plus wysokość plus szerokość) 115 cm. Zdarzało mi się przewozić teleobiektyw w bagażu głównym, ale nie polecam tego rozwiązania (w przypadku kradzieży nie ma szans odzyskania). Ciepłe ubrania możemy mieć na sobie, co nie będzie trudne, bo wylatujemy w listopadzie. Bagaż główny nadamy z Warszawy do Frankfurtu i z Frankfurtu do Lalibeli. Prawdopodobnie będziemy jednak musieli odebrać go w Addis, żeby przeszedł kontrolę celną (i ponownie nadać do Lalibeli).

2 – Spotkanie na lotnisku.

Tak jak jest napisane w informacji przesłanej przez biuro Horyzonty: w Hali Odlotów lotniska Okęcie (Terminal A – sekcja C przy pierwszym wejściu od strony starego terminala) w Warszawie 9 listopada o godzinie 12:00. Ja tradycyjnie będę miał kapelusz Indiany Jonesa, dzięki czemu będzie mnie z daleka widać 🙂

3 – Przelot.

Będzie bardzo długi, ale nie mamy wpływu na „rozkład jazdy” samolotów. Głównym przewoźnikiem będą Ethiopian Airways – linia należąca do Star Alliance, podobnie jak Lufthansa, czy LOT, a więc oferująca podobna jakość usług. Nie trzeba się obawiać jej egzotycznego pochodzenia. To nie Sudan Airways, które podróżnicy określają pieszczotliwym mianem Sudden Death.

4 – Ile zabrać pieniędzy i jak się wyrabia wizę?

20 dolarów wiza, ok. 30 dolarów napiwki, ok. 100 dolarów dodatkowe wyżywienie i napoje według potrzeb plus według uznania na pamiątki. Powiedzmy 200 dolarów, może być 300, jeśli ktoś planuje duże zakupy. Lepiej mieć dolary niż euro. Jeśli chodzi o procedurę wizową, wszystko będziemy robić na miejscu (płaci się w dolarach). Trzeba mieć dwa zdjęcia (fotograf jest w stanie sprawdzić, jakich zdjęć wymagają Etiopczycy do wiz).

5 – Jaki zabrać śpiwór?

Taki jaki się ma. Teoretycznie można wypożyczyć w parku narodowym, ale zawsze lepiej spać w swoim, ewentualnie potraktować swój jako wewnętrzny, a wypożyczony włożyć na wierzch. Noc będzie dość zimna, ale jak znam życie, pewnie za długo nie będziemy spać. Nocą w takim miejscu też warto robić zdjęcia, korzystając z braku zanieczyszczenia świetlnego.

6 – Malaria.

W górach moskitów nie będzie, ani w żadnym miejscu oprócz Bahyr Dar. Już o tym dość szeroko pisałem tutaj. Ja osobiście nie będę zażywał Malarone, ale będę miał opakowanie przy sobie (można ten lek stosować nie tylko profilaktycznie, ale też leczniczo). Jako zabezpieczenie będę miał moskitierę z środkiem odstraszającym owady oraz pomarańczowy Off na komary (ma największe stężenie antymoskitowego środka DEET ze specyfików łatwo dostępnych). Można też zamówić środek Mugga – o ile wiem, niektóre mają jeszcze większe stężenie DEET.

7 – Ile będzie chodzenia po górach?

Mało. W większość miejsc będziemy dowiezieni. W jednym możemy sobie zrobić ok. dwugodzinny łatwy spacer krawędzią klifu, z pięknymi widokami (jak ktoś nie chce, to może ten odcinek przejechać drogą). Chodzenie będzie głównie z aparatami w miejscach widokowych, żeby znaleźć najlepszy kadr.

8 – Jak to jest z tym kurzem?

Będzie przede wszystkim na drogach gruntowych, czyli głównie podczas przejazdów w górach Semien. Sprzęt lepiej wtedy mieć schowany, a nosy czymś zakryte, np. chustką. Trochę kurzu może też być w Lalibeli, bo tam utwardzonych ulic prawie nie ma. Ale przy kościołach nie powinno być z nim problemu.

9 – Jakie zabrać ubranie?

I na upały, i na zimno. W większości miejsc będzie przyjemnie ciepło (lub trochę za ciepło), ale np. w górach nocą temperatury mocno spadają, nawet do kilku stopni Celsjusza. W dzień można oczekiwać temperatur rzędu 20–30°C. Ważny jest krem z filtrem UV jak najwyższym (co najmniej 30) – w górach opalanie się jest niebezpieczne dla skóry.

Jeśli komuś nasuwają się inne kwestie, proszę pytać. Nie ma złych pytań!

Wyczerpujące informacje fotograficzne dotyczące wyprawy zamieścili u siebie Ewa i Piotr.

Kategorie
Aktualności

Trzy stolice na dobę

Tak mi się ostatnio ułożyła podróż, że w ciągu 24 godzin “zaliczyłem” trzy zakaukaskie stolice. Trasa miała dwa bardzo odmienne etapy.

image

Z Baku do Tbilisi nocnym pociągiem, a z Tbilisi do Erewania (w życiu nie zgodzę się na nazwę Erywań) – marszrutką. Pociąg to nówka sztuka produkcji ukraińskiej, za to atmosfera przypominała trochę dawne czasy. Wagonem rządziła prowadnica, która udzielała instrukcji jak korzystać z kibelka (tylko jednego, drugi był zamknięty). “Dlaczego?” “Bo zamknięty”. Po obu stronach granicy były godzinne postoje na szczere rozmowy z celnikami w czapkach-lotniskowcach (zajmowali jeden przedział i każdego wzywali pojedynczo), plombowanie wszystkiego co mogłoby posłużyć jako ewentualne schowki i nerwowe przemarsze zestresowanej prowadnicy. Na szczęście obyło się bez trzepania bagaży.
Co innego marszrutka (Ford Transit kursujący na prawach autobusu). Tu na granicy (gruzińsko-armeńskiej) był spokój, tylko wszyscy musieli czekać na osoby wyrabiające wizę (czyli na nas). Atrakcję stanowił za to sposób prowadzenia pojazdu. Na prostych odcinkach kierowca wyraźnie się przynudzał i prawie wszyscy go wyprzedzali. Podniecały go dopiero górskie serpentyny. Tu nie było na niego mocnych. Wchodził w zakręty jak Kubica w szczycie formy, a Łady, stare Golfy i nowe Lexusy czmychały przed nim na pobocza. Kiedy uznawał, że ma zbyt dobry czas, zatrzymywał się w jakiejś dziurze i szedł kupować słodkie bułki gata (którymi potem częstował pasażerów). Gdy dowiedział się skąd jesteśmy, oznajmił, że kilku jego sąsiadów pojechało w Polszu i tam “się poddali” (czyli pewnie poprosili o azyl). Ostatecznie szczęśliwie dowiózł nas do Erewania, czego dowodzi zdjęcie ormiańskiego krzyża chaczkara, które zrobiłem dziś w sąsiednim Eczmiadzynie.

Kategorie
Aktualności

Pozdrowienia z Rwandy…

… a kawałek dalej z Himalajów albo Meksyku. Takie rzeczy tylko w Batumi, a dokładniej w tutejszym ogrodzie botanicznym, zawieszonym nad samym morzem. Zieleń jest podzielona tematycznie, częściami świata, dzięki czemu w ciągu kilku minut można przenieść się na inny kontynent. Okolice Batumi to idealna lokalizacja dla takiego obiektu: jest tu ciepło, a suma opadów kilka razy przekracza tę w Polsce (o czym boleśnie przekonałem się wczoraj). Zwiedzającym towarzyszą psy, zupełnie nieszkodliwe, które mają swoje rewiry – jeden “oprowadza” po części śródziemnomorskiej, inny po dalekowschodniej, a jeszcze inny pojawia się nad morzem. Może są tu na etacie?
Na zdjęciu “środkowoafrykański” motyw z Batumi.

image

Kategorie
Aktualności

Gamardżoba!

Od kilku dni podróżuję po Gruzji. Zacząłem od Tbilisi, gdzie nie sposób przejść przez ulicę w miejscach do tego nie przeznaczonych (taki ruch). Miasto leży na wzgórzach i na jedno można wjechać właśnie otwartą kolejką linową. Super przeżycie szczególnie po zmroku (kursuje do północy), kiedy całe Tbilisi migocze jak dogasające ognisko spod zmrużonych powiek. Innego typu przeżycia zapewnia wyjazd z miasta wypożyczonym samochodem (szybko może przybyć siwych włosów). Za to dalej już jakoś idzie, z wyjątkiem koszmarnie zatłoczonych głównych tras.
Uznałem że na kiepskie drogi potrzeba będzie czegoś specjalnego i wynająłem irańską furę o nazwie Samand. Rewelacyjna limuzyna na bazie Peugeota 405. Jak dotąd sprawdziłem go na Gruzińskiej Drodze Wojennej (kręta szosa przez Kaukaz), nowej autostradzie do Gori (polecam muzeum Stalina na Placu Stalina) i szosie dla samobójców do Kutaisi. Teraz jestem w Ureki nad Morzem Czarnym. Są tu unikatowe magnetyczne plaże, na których kurowali się kosmonauci Sojuza po lotach. Zrobiłem sobie sesję foto z dłuuugimi czasami naświetlania morza (próba nowego filtra szarego), a potem pani z hotelu mi powiedziała żeby na plażę nie zabierać żadnego sprzętu elektronicznego, bo można się już potem z nim pożegnać. Ponoć awaria ujawnia się po kilku dniach. Padażdjom, pasmotrim! Do następnego wifi 🙂

image

Kategorie
Aktualności

Co za zdjęcie?

Przed wyjazdem do Etiopii dostaję pytania dotyczące fotografowania miejscowych i ewentualnego dawania im czegoś w zamian. Najlepsza zasada to nic nie dawać, jeśli nie trzeba. Taki gest na zawsze nastawia komercyjnie do turystów osobę sfotografowaną: jak ten mi dał, to każdy następny też musi. Z drugiej strony, takich fotograficznych dziewic, które nigdy nie miały do czynienia z turystą, raczej się już nie spotyka i każdy chce coś dostać za pozowanie. W takiej sytuacji najlepsze będą jakieś drobne upominki. Można w tym celu wziąć paczkę cukierków i rozdawać po jednym albo – jeszcze lepiej – długopisy. Te ostatnie bardzo przydają się dzieciom w szkołach (a dostępność sprzętu piszącego nie jest tam wcale oczywista). Zdecydowanie nie wolno dawać dzieciom pieniędzy – to je uczy, że zamiast iść do szkoły, lepiej jest czatować w często odwiedzanym miejscu i robić za małpkę. Dobra metoda to fotografowanie przy zakupach pamiątek albo czegoś do jedzenia. Trzeba tylko wybrać odpowiednio atrakcyjnego sprzedawcę i grzecznie zapytać czy przy okazji można zrobić zdjęcie. I oczywiście nie fotografować nikogo jeśli sobie tego nie życzy. W Etiopii ten problem występuje rzadziej niż w Maroku, ale to nie znaczy, że każdy na nasz widok będzie się ustawiał do pozowania.

            Reasumując: najzdrowszy układ to zdjęcie bez żadnych darów materialnych w zamian, a potem wysłanie osobie sportretowanej odbitki (trzeba w tym celu zadać sobie trud spisywania adresów i dodawania do nich numerów zdjęć z aparatu). Więcej na ten temat napisałem w jednym z czerwcowych wpisów.

            Na zdjęciu duchowny w Lalibeli. Duchowni zwykle nie mają nic przeciwko zdjęciom i nie chcą za to żadnego bakszyszu (ewentualnie można coś wrzucić do puszki z darami dla kościoła).

Kategorie
Aktualności

Uczymy się amharskiego!

Termin fotowyprawy do Etiopii zbliża się coraz większymi krokami, pora więc zacząć naukę języka amharskiego. W stopniu konwersacyjnym raczej go nie opanujemy, ale kilka podstawowych zwrotów bardzo się przyda. Choćby do przełamywania lodów – nie ma nic przyjemniejszego dla tubylca, niż obcokrajowiec zagadujący go w jego własnym języku. Zawsze kiedy jadę za granicę, staram się opanować przynajmniej kilka wyrażeń, które na podstawie praktyki uważam za najbardziej przydatne.

No to jedziemy 🙂 Wymawia się tak jak napisano poniżej, a akcent najczęściej pada na przedostatnią sylabę, jak u nas.

Cześćtadias

Do widzeniaciao (przejęte z włoskiego)

Chcęifelegalehu

Dziękujęameseginalehu

 

Takauo

Nieajdelem

Jestale

Nie majellem

Gdzie jest?jetno?

 

wczorajtilant

dzisiajzare

jutronege

 

Ile to kosztuje?uagau sintno?

Nie ma problemuczigger jellem

Ok, w porządku (spoko)iszi (bardzo popularny wyraz, najczęściej powtarzany podczas konwersacji)

Piękniekondzio (najlepszy wyraz jak nie ma co powiedzieć: zataczamy ręką wokół, rozglądamy się i mówimy „kondzio”)

Odejdź!hid! (działa na upierdliwe dzieciaki)

I tyle. Do podstawowej konwersacji z wymachiwaniem rękami wystarczy. Na miejscu na pewno mimochodem nauczymy się więcej słów (np. nazw potraw). Na pocieszenie dodam, że w najbliższym czasie mam w planie odwiedzenie trzech innych państw z równie pokręconymi językami i właśnie przerabiam taki słowniczek w wersji potrójnej 😉

 

Kategorie
Aktualności

Pepeszą w niebo

W młodości przez kilkanaście lat mieszkałem w Szczecinku, miasteczku pięknie położonym wśród jezior i pagórków Pojezierza Drawskiego. Stacjonował tam wówczas radziecki garnizon wojskowy, czego najbardziej widocznym znakiem były chodzące po chodnikach „lotniskowce” (oficerowie w charakterystycznych czapkach, na których zmieściłby się samolot) oraz jeżdżące po ulicach furgonetki z napisem „ljudi”. Oczywiście wiedzieliśmy,  że w pobliżu jest słynne Borne Sulinowo: zamknięte ruskie miasto z zaopatrzeniem w sklepach, o którym opowiadano legendy. W rzeczywistości nic takiego tam nie było, może trochę więcej słodyczy, które wydelegowane „lotniskowce” przynosiły na szkolne uroczystości w wielkich tytkach z gazety. Notabene, militarna historia tego miejsca sięga czasów przedradzieckich – wcześniej istniał tu niemiecki garnizon Gross Born.

Dzisiaj Borne Sulinowo nie stanowi żadnej tajemnicy. Pokoszarowe, betonowe miasto z dużą ilością zieleni, otoczone tysiącami hektarów lasów. Wczoraj wybrałem się w tamte strony, odwiedzając dawny poligon obficie porośnięty przez wrzosy. Najcenniejsze miejsca objęte są rezerwatem przyrody Diabelskie Pustacie, choć akurat o tej porze roku nie ma tu mowy o żadnych pustaciach (pełno grzybiarzy).

Zajrzałem też na radziecki cmentarz, znany z pomnika z ręką trzymającą pepeszę. Nekropolia powstała tuż po II wojnie światowej i funkcjonowała aż do 1992 r. Co ciekawe, chowano tu głównie osoby zmarłe już po wojnie – większość nagrobków pochodzi z lat 1945–1967. Studiowanie dat może wiele powiedzieć o jakości życia w garnizonie: spoczywa tu wielu dwudziestoletnich żołnierzy, choć działania wojenne w chwili ich śmierci były już dawno zakończone. Jeszcze większe wrażenie budzą nagrobki z lakonicznym napisem „nieizwiestnyj”. To dezerterzy, którzy uciekali z koszar z bronią w ręku. W ciągu kilkudziesięciu lat zbiegło w ten sposób około 50 żołnierzy i niemal dla wszystkich ucieczka kończyła się w ten sam sposób: obławą i zastrzeleniem (ewentualnie samobójstwem, jeśli ktoś nie wytrzymał psychicznie). Cierpiała też ludność cywilna: jeden z oszalałych żołnierzy usadowił się z karabinem przy szosie Szczecinek–Czaplinek i pruł do przejeżdżających pojazdów. Sama pepesza – przeniesiona tu z centrum Bornego – upamiętnia niejakiego Iwana Poddubnego (1926–1946), plutonowego, który wdarł się do sąsiedniej wioski Krągi i urządził tam strzelaninę, zabijając kilkanaście osób.

Kategorie
Aktualności

Nie zapomnij czapki i szalika!

Kilka babcinych uwag dla uczestników naszej etiopskiej imprezy. Co prawda, już o tym wcześniej pisałem, ale nie zawadzi przypomnieć. W listopadzie będzie w Etiopii przyjemnie ciepło, a w porywach całkiem gorąco. Można oczekiwać pogody jak u nas w ciepłe lato. Średnia temperatura powietrza w Addis Abebie wynosi za dnia 22,6°C, a nocą 8,7°C. Na podobne temperatury można liczyć w Lalibeli i Gonderze.

Natomiast Góry Semien to już trochę inna bajka. W dzień nadal będzie gorąco i zapewne bardzo słonecznie. Oznacza to konieczność zabrania ze sobą kremu z wysokim filtrem UV (od 30 wzwyż) i smarowania się nim co jakieś 2 godziny. Konieczne jest też nakrycie głowy, okulary z filtrem UV i raczej t-shirt niż podkoszulek na ramiączkach, żeby się nie sparzyć.

            Nocą w górach temperatura spada poniżej 10°C, zdarzają się nawet przymrozki (chociaż śniegu nie zobaczymy). Dlatego trzeba mieć ze sobą również ciepłe ubranie, przynajmniej jedną zmianę (np. polar i kurtka). Śpiwory dostaniemy od miejscowych organizatorów, choć jeśli ktoś ma lekki śpiworek, warto wziąć go ze sobą. Biwakować w namiotach będziemy jedną noc i nie wymaga to od nas żadnej specjalnej aktywności. Wszystko będzie zorganizowane, włącznie z posiłkami (kucharze będą podróżować z nami). Będzie nam też towarzyszył tzw. scout, czyli ranger z karabinem, którego z pewnością namiętnie będziemy fotografować. Taki jest wymóg dla wszystkich turystów w górach Semien, choć nie bardzo wiem po co – w każdym razie dzięki temu jest bardziej malowniczo.

            Przy okazji przypominam o szczepieniach. Najważniejsza jest żółtaczka (najlepiej A i B). Popularne szczepionki są tak skonstruowane, że przyjmuje się kilka dawek: pierwsza teraz, druga za miesiąc, trzecia za 6–12 miesięcy. Tak więc o pierwszej warto pomyśleć w najbliższym czasie. Jeśli ktoś chce się zaszczepić przeciw żółtej febrze to też warto, choć Etiopia nie wymaga tego szczepienia.

            Na zdjęciu lokalna moda w górach Semien.

 

Kategorie
Aktualności

Brzęczące samiczki

Dziś wpis głównie dla naszych „Etiopczyków”. Tematem są moskity i to co przenoszą. Jeśli spojrzy się na „malaryczną” mapę Afryki, na południe od Sahary widać wielką czerwoną plamę (zagrożenie malarią) z kilkoma małymi białymi punkcikami (teren bezpieczny). Te punkciki to najwyższe partie Wyżyny Abisyńskiej, czyli tereny, po których będzie się przemieszczać nasza fotowyprawa. Uważa się, że malaryczne moskity występują do wysokości 2000 m n.p.m. Na prawie całej naszej trasie będziemy wyżej, włączając w to Addis Abebę (ok. 2200 m n.p.m.). Stolica Etiopii ma w ogóle dość przyjemny klimat, dzięki czemu tak lubią zlatywać tu rozmaici przywódcy afrykańscy na konferencje, szczyty i inne bibki. Wyżej niż 2000 m n.p.m. są też Lalibela, Gonder i oczywiście Góry Semien. Jedynie Bahyr Dar leży niżej, a i to niewiele (coś w okolicach 1800 m n.p.m.). Jeszcze w niedalekiej przeszłości przypadki zachorowań w porze deszczowej były tu dość częste, jednak ostatnio powrócono do stosowania DDT i ryzyko znacznie spadło.

Co nie oznacza, że nie istnieje. Można je ograniczać stosując leki antymalaryczne, spraye i specjalnie nasączane moskitiery. Piszę o tym tu (punkt zatytułowany „Malaria”). Ostatnio znalazłem też inną ciekawostkę. Posiadacze smartfonów z androidem (innych pewnie też) mogą sobie ściągnąć bezpłatny program emitujący dźwięki odstraszające moskity. Jest ich kilka, np. Mosquito Repellent. Można go ustawić na 14, 16, 18, 20 kHz lub mieszankę powyższych (co kilka sekund dźwięk się zmienia). Niestety, nie wiem na ile jego działanie jest skuteczne. Ściągnąłem też drugi, podobny program, który ma tak samo działać na psy. Wypróbowałem go na swoim kocie, leżącym na podłodze w błogiej nieświadomości. Jedyne co osiągnąłem to to, że leniwie przewrócił się na drugi bok. Większe zainteresowanie okazał tylko przy którymś z bardziej piskliwych dźwięków – prawdopodobnie myślał, że to mysz. Tak więc jeśli Mosquito Repellent działa tak jak psi repelent to wiele nie pomoże. Ale jeść nie woła – lepiej mieć niż nie mieć. Jak namierzę jakiegoś komara to zrobię na nim eksperyment i dam znać o jego wynikach.

Na zdjęciu ulica w bezmoskitowej Addis.

Kategorie
Aktualności

Afryka dla początkujących

Czarny Ląd, jak wiadomo, nie należy do najłatwiejszych celów podróżniczych i lepiej nie zaczynać od niego przygody z „poza Europą”. W Ghanie, do której bardzo mądrze poleciałem w porze deszczowej, miałem świadomość, że każdy żrący mnie moskit (a było ich pełno) może oznaczać malarię. Na granicy z Togo ghańscy pogranicznicy powiedzieli mi na odchodnym „take care”. W Burkina Faso pierwszym człowiekiem, którego zobaczyłem, był niewidomy zarażony tzw. rzeczną ślepotą (Onchocerciasis jeśli dobrze pamiętam), roznoszoną przez muchy, które i mnie gryzły. Do Maroka wjeżdżałem niespełna tydzień po samobójczym zamachu w Marrakeszu.

            A Etiopia? Nuda panie, nic się nie dzieje 🙂 No dobra, krótko przed moim przedfotowyprawowym rekonesansem był napad na turystów w Kolinie Danakilskiej, ale ten region ma się do centralnej części kraju jak Krym do Rzymu (albo Rzym do Krymu). W wielu miejscach Etiopia jest bezpieczniejsza od Polski, a już na pewno dotyczy to tzw. northern circuit, czyli trasy z Addis Abeby do Lalibeli, Aksum, Gonderu, Bahyr Dar i w góry Semien. Na ulicach samej stolicy czułem się bardziej komfortowo niż w Poznaniu – nikt w tamtejszych zaułkach nie przyglądał mi się z bezczelnym zainteresowaniem: dać w mordę czy nie? Choć oczywiście w najciemniejsze zaułki nie chodziłem. Etiopskie drogi i bezdroża przemierzyłem z moją mamą – to chyba daje najlepsze pojęcie o tym, jakie mam zdanie na temat bezpieczeństwa w tym kraju.

Fotograficzne walory Etiopii są powszechnie znane: wymienione wyżej Lalibela, czy góry Semien, to unikaty na skalę światową. Te piękne miejsca zamieszkują piękni ludzie, na szczęście dość chętnie pozujący do zdjęć. W łodzi na jeziorze Tana poznałem Miguela – hiszpańskiego fotografika młodego pokolenia, który jeździ po świecie robiąc ludziom niesamowite portrety w stylu renesansowych malarzy. Być może spotkamy go też w czasie naszej fotowyprawy: jest zafascynowany urodą Etiopczyków i jesienią zamierza zorganizować studio w jednym z miejsc, które odwiedzimy.

A do wyprawy już coraz mniej czasu. Ci, którzy jeszcze się nie zapisali, mogą to zrobić tutaj. W jednym z najbliższych wpisów zamieszczę mini-słownik polsko-etiopski, który każdy uczestnik będzie musiał przyswoić 😉

Kategorie
Aktualności

Grosser Donnerkogel

Dachstein to najbliższe polskich granic alpejskie pasmo górskie z prawdziwego zdarzenia. Najłatwiej się tu dostać przez Pragę, Czeskie Budziejowice i Linz. Z noclegiem nie ma problemów: w podgórskich wsiach są biura informacyjne kierujące do hoteli, pensjonatów lub kwater. W tych bardziej znanych na zewnątrz stoją infomaty (telewizorki wyświetlające informacje m.in. o noclegach) sprzężone z bezpłatnymi telefonami, z których można zadzwonić do wybranego obiektu. Region znany jest z gigantycznych jaskiń, prehistorycznej kopalni soli i miasta-pocztówki Hallstatt nad rajskim jeziorem. No i z samych gór – a te to już konkret: wyszczerzone zęby skalne wyglądają prawie jak Dolomity, a najwyższy masyw, Hoher Dachstein (2995 m n.p.m.), oblewa autentyczny lodowiec (niestety coraz mniejszy).
Bywałem tu już i mam jak najlepsze wspomnienia. Dziś postanowiłem zrobić sobie lajtową trasę i wspiąć się na szczyt Grosser Donnerkogel (raptem 2055 m n.p.m.). W mini-przewodniku przy mapie było napisane, że trasa jest leicht. Niemieckim władam nieco lepiej niż mój kot arabskim, więc uznałem, że oznacza to szlak łatwy. Pewnie taki był dla lokalnych babć z kijkami, które śmigały po skałach zwinnie jak kozice. Ja zaprezentowałem kondycję komputerową i wolałbym tego tematu nie rozwijać. Sama trasa jest nietypowa: za trudna na wygodny marsz i za łatwa, żeby nazwać ją turystyczno-wspinaczkową. Na szczęście nieprzyjemne wejście wynagrodził mi widok ze szczytu na najwyższe partie Dachsteinu (widoczne za butami) oraz towarzystwo czeskich alpinistów i alpinistek (najmłodsza na oko lat 9), którzy zdobyli górę w trochę inny sposób niż ja.
Do następnego wpisu!

image
Dachstein
Kategorie
Aktualności

Pozdrowienia z Czech.

Pogranicze Czech i Moraw to miasteczka jak ze snu, barokowe (!) chaty wiejskie, Pilsner i Budweiser, dwie elektrownie atomowe, zamki nad przepaściami i… częste oberwania chmur. Właśnie wróciłem z wieczornej sesji w Czeskim Krumlowie: statyw mokry, aparat mokry, ja mokry i bruk na ulicach też mokry, dzięki czemu elegancko odbijają się w nim światła latarń.
Notka “idzie” ze smartfona, więc nie ręczę za jej layout. Na zdjęciu barokowa wioska Holašovice z kilkusetletnimi chałupami pod opieką UNESCO.

image