Kategorie
Aktualności

Na końcu świata

Tak się składa, że na każdej fotowyprawie docieramy do któregoś z „końców świata”. Uszguli 01W Maroku był to Erg Chebbi, w Etiopii obóz w górach Semien, a w Gruzji – wioska Uszguli. Leży wysoko u stóp Wielkiego Kaukazu, w krainie zwanej Swanetią. Jeszcze do niedawna była niedostępna dla obcokrajowców: region stanowił schronienie dla wszelkiej maści typków spod ciemnej gwiazdy. Na szczęście gruzińskie oddziały antyterrorystyczne wykonały dobrą robotę i zlikwidowały problem. Jednak i dziś dotarcie do Uszguli wymaga samozaparcia. Najpierw trzeba dojechać górską szosą do Mestii, stolicy Swanetii (można też dolecieć, ale loty często są zawieszane). Potem następuje przesiadka na terenówkę albo rower górski. Najtwardsi wyruszają na własnych nogach. Dojazd jest trudny dla każdego, ale dla kierowców wiozących fotografów szczególnie. Nasi wykazywali się anielską cierpliwością, kiedy co rusz wykrzykiwaliśmy: „stop!”, „stop!” i prawie w biegu wyskakiwaliśmy żeby zrobić uszguli 02zdjęcie szczytu chowającego się za chmurę albo rogatej kozy zaglądającej zza kamieni.

Samo Uszguli, choć pojawia się tu coraz więcej turystów, nadal jest fascynującą górską miejscowością bez retuszu. Największe emocje budzi labirynt uliczek między kamiennymi domami. Uszguli 03Nie są utwardzone, a częste deszcze sprawiają, że zazwyczaj mają formę poślizgowego błotka. Chodzą po nich również zwierzęta domowe, które pozostawiają po sobie jeszcze bardziej poślizgowe pamiątki…

Uszguli to fantastyczne miejsce do fotografowania krajobrazów. Do tego stopnia, że nie mogliśmy się zdecydować na konkretną lokalizację porannej sesji i rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Uszguli 04Ja wybrałem punkt widokowy na wzgórzu z „czarną wieżą” (jest ciemniejsza od innych, a przynajmniej na taką wygląda na tle nieba). Widać stąd „klasyczną” panoramę najwyższego przysiółka Uszguli, Żibiani, ze spływającą z gór rzeką Enguri i wielką ścianą Szchary (5068 m n.p.m.) w zamknięciu doliny. Sama Szchara to najwyższy szczyt Gruzji i jeden z kilku kaukaskich pięciotysięczników. Choć pierwszego wejścia dokonano dawno temu (1888), zdobycie szczytu do dziś stanowi duże wyzwanie.

Odwracając się o 90 stopni w lewo ma się przed oczami rzeczoną wieżę z dwoma kolejnymi przysiółkami u jej stóp. Uszguli 05Jeśli dodatkowo nad głową pędzą chmury (naszły błyskawicznie, w kilka minut po sfotografowaniu Szchary), można pokusić się o ich rozmycie długim czasem naświetlania. Użyłem do tego celu wężyka spustowego i jest to ostatnie zdjęcie wykonane przy jego pomocy – zdechł jeszcze tego samego dnia. To jedna z moich dwóch strat na tym wyjeździe, oprócz osłony na obiektyw, którą jedna z Uczestniczek była łaskawa zwalić z przepaści do rzeki 😀

 

Kategorie
Aktualności

Relacja z fotowyprawy do Gruzji

Zapraszam do przeczytania relacji z naszej fotowyprawy do Gruzji. Okrasiłem ją kilkoma skromnymi zdjęciami. Relacja znajduje się w zakładce FOTOWYPRAWY/Fotowyprawa do Gruzji – czerwiec 2013, czyli tutaj.

Kategorie
Aktualności

I po Gruzji

Wróciliśmy z fotowyprawy do Gruzji. sesja na trasie Mestia-UszguliJak zwykle wczesne poranki i wieczory upłynęły nam na sesjach przy najlepszym świetle, za dnia przemierzaliśmy długie odcinki między poszczególnymi miejscówkami, a w nocy omawialiśmy sprawy mniej lub bardziej fotograficzne. Właśnie dlatego w ciągu ponad tygodnia przespałem tyle godzin co normalnie przez dwie noce. Pogoda dopisała, światło było rewelacyjne, a Uczestnicy – jak to zwykle w przypadku osób, które wiedzą czego chcą – świetnie się bawili konstruując niepowtarzalne kadry. W tym ostatnim – też jak zwykle – pomagali nasi fotograficzni guru, czyli Ewa i Piotr.

Już wkrótce pełniejsza relacja z wyprawy. A na zdjęciu zaimprowizowana sesja na trasie z Mestii do Uszguli, w głębokich ostępach Kaukazu. Wcale nie planowaliśmy tu stanąć, ale kiedy pojawiły się stada ciekawskich świnek, krów i kóz z wielkimi rogami, nie było innego wyjścia…

Kategorie
Aktualności

Euro albo dolary

Dostałem kilka pytań o wymianę walut, a mianowicie, czy w Gruzji koniecznie potrzebne są dolary. Nie, nie są. Euro można wymienić równie łatwo. Można też wypłacić pieniądze w bankomacie – na naszej trasie na pewno w Tbilisi i Batumi.

Warto mieć pewien zapas gotówki jeśli ktoś planuje kupowanie pamiątek (czyli pewnie prawie każdy). O tym, co kupować, porozmawiamy na miejscu.

Kategorie
Aktualności

Słownik bardzo mini

Do wyjazdu do Gruzji zostały dwa dni. Warto przyswoić sobie kilka słów po gruzińsku – ich znajomość (i używanie) często zjednuje sympatię. Jeśli ktoś nie zapamięta ani jednego, nie ma wielkiego problemu: w Gruzji można łatwo porozumieć się po rosyjsku, a z młodszym pokoleniem – po angielsku.

gamardżoba – dzień dobry

nachwamdis – do widzenia

tu szeidzleba – proszę

madlobt – dziękuję

diach (lub nieformalnie: ho) – tak

ara – nie

bodiszi – przepraszam

Na początek wystarczy. Dobry sposób to zagajenie po gruzińsku gamardżoba, a potem przejście na inny język. Z doświadczenia wiem, że jednym z najbardziej przydatnych wyrazów na wyjazdach jest „piękny”. Po gruzińsku: lamazi – piękny (lamaza – pięknie).

Na zdjęciu piękno po „demokratyczno-ludowemu”, czyli socrealistyczne malowidło zdobiące punkt widokowy nad kaukaskim wąwozem (będziemy tam – a jakże!).

Punkt widokowy na wąwóz

Kategorie
Aktualności

Świeżynka!

Właśnie ukazał się przewodnik Pascala po Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie. Ponoć nawet można go już znaleźć w niektórych sklepach. Mam przyjemność być jego autorem 🙂 Na okładce jest sympatyczne zdjęcie z krową leżącą dokładnie na jednej z naszych fotograficznych miejscówek, z widokiem na kościół Cminda Sameba. Niestety, nie ja je zrobiłem, choć moje nazwisko – umieszczone dokładnie pod krowim zadem – mogłoby sugerować coś innego. Początkowo w wydawnictwie powstał pomysł ozdobienia okładki którymś z moich zdjęć, ale pańskie oko wyjechało do Peru i koń się nie utuczył.

Oczywiście zabraniam Wyprawowiczom kupowania tego przewodnika! Jeszcze byście zaczęli wyszukiwać błędy ortograficzne albo sprawdzać moją wiedzę wypytując, co jest na stronie 152, a co na 216 😉

Kategorie
Aktualności

Gruzinie, chwyć za… aparat!

Do naszej fotowyprawy został już tylko tydzień z haczykiem. Sprzedaż czurczcheliPiotr ubiegł mnie z informacjami praktycznymi, ale tych nigdy za wiele, więc dodam co nieco od siebie (może się powtarzać).

1 – Radzę spakować się tak, jakbyśmy mieli przejechać całą Gruzję tylko z podręcznym bagażem. Najlepiej od razu nastawić się, że ten duży zgubią – najwyżej potem będzie się miało miłą niespodziankę. Czyli, prócz sprzętu fotograficznego (z wyjątkiem statywu), warto mieć w podręcznym wszystkie niezbędne rzeczy w miniaturze. Szczoteczka z pastą, choćby jeden zapas bielizny, jedne grube skarpety, klapki pod prysznic jeśli się zmieszczą, itd. W głównym nic cennego. Oczywiście podręczny musi spełniać standardy LOT-u, czyli wymiary nie większe niż 55 na 40 na 23 cm i waga do 8 kg. Z doświadczenia wiem, że linie lotnicze bardziej interesują wymiary. Wczoraj w Londynie widziałem jak para pasażerów musiała zapłacić 54 funty za dwie walizeczki, które przekroczyły normę wysokościową o… pół centymetra. Dlatego lepiej mieć podręczne plecaki: zawsze można je zdusić albo lekko przepakować, żeby zgadzały się na wymiar. Grube ubrania na sobie nawet jeśli w chwili odlotu będzie ciepło. Zawsze można je zdjąć w samolocie, a potem zostawiać w busie.

W Maroku spotkał nas podobny przypadek – sześć osób (w tym ja) dostało główny bagaż dopiero po 24 godzinach. Tylko że tam mieliśmy dwa noclegi w Marrakeszu i mogliśmy sobie pozwolić na ich odbiór. Z Tbilisi wyjeżdżamy po jednym dniu, a nie sądzę, żeby przedstawiciel LOT-u ganiał za nami po całym kraju z torbami.

2 – Będzie ciepło, będzie zimno, będzie sucho, będzie mokro. Czyli przydadzą się koszulki z krótkim rękawem, coś ciepłego (sweter albo polar) i kurtka przeciwdeszczowa. Spodnie najlepiej długie, jedne lekkie, drugie grubsze. Coś na głowę przeciwsłonecznego i ciepła czapka w zapasie (chyba że komuś głowa nie marznie i wystarczy mu kaptur od bluzy). Krem przeciwsłoneczny z filtrem UV, najlepiej powyżej 30 (ja mam 50). W górach dobrze jest się nim smarować nawet w pochmurne dni.

3 – Wygodne, sprawdzone buty. Mogą być z wodoodpornym „texem”, ale nie muszą. Na wysoką trawę mokrą od porannej rosy żadne „texy” nie pomogą, chyba że ktoś nosi wysokie buty górskie, jak Ewa i Piotr (w bardziej upalnych miejscach nogi będą się męczyć). Ja biorę jedną parę dość lekkich, sportowo-marszowych półbutów bez żadnych membran przeciwdeszczowych i do tego dużą ilość skarpet o różnej grubości. Jak się mocno pomoczą, wystarczy nałożyć kilka par skarpet, które szybko „wyciągną” wodę. A w plecaku zajmą mniej miejsca niż drugie buty.

4 – Warto mieć mały zapas leków, szczególnie na dolegliwości, które często nam się przytrafiają. Jeśli np. kogoś często boli gardło, może mieć na zapas coś do ssania. Na serpentynach Swanetii może wystąpić choroba lokomocyjna. Popularny Aviomarin skutecznie jej zapobiega, ale chce się po nim spać. Dobre są specyfiki na bazie imbiru, np. Avioplant albo Lokomotiv z dużymi, podłużnymi tabletkami do połykania. Lokomotiv występuje czasami w postaci mniejszych, owalnych tabletek. Nie są one tak skuteczne, o czym boleśnie przekonałem się na jednej trasie w Peru. Ja zawsze mam na wyjazdach małą apteczkę, więc w razie czego mogę wspomóc.

5 – Na trasie będzie kilka długich przejazdów, które zapewne większości z nas posłużą do nadrabiania zaległości sennych. Fotografowanie o świcie i zmierzchu ma ten minus, że skraca czas nocnego wypoczynku.

6 – Gruzja jest bezpieczna, dlatego można tu pozwolić sobie na noszenie sprzętu fotograficznego w systemie „Rambo na emeryturze”, czyli pasa z zawieszonymi na nim wokół futerałami na obiektywy. W Etiopii kilka osób tego używało i nikomu nic nie skradziono. Odradzam jednak używania takiego czegoś w Tbilisi, gdzie na ulicach może być tłoczno: takie miejsca lubią kieszonkowcy.

7 – Jeszcze raz powtórzę: Gruzja jest bezpieczna. Nawet w Swanetii, jeszcze dekadę temu znanej z licznych band i mafii, jest teraz spokojnie, a turystyka rozwija się skokowo. Oczywiście nie zwalnia nas to z konieczności uważania na sprzęt: nie istnieje kraj, w którym nie trzeba pilnować aparatu.

Na koniec dodam, jak zawsze: jeśli coś jest niejasne, proszę pytać. Nie istnieją głupie pytania, a pytać można (a nawet trzeba) o wszystko. Lepiej za dużo niż za mało. Można to zrobić w formie komentarza pod tym wpisem albo bardziej osobiście, na adres mailowy s.adamczak@onet.pl

Na zdjęciu stoisko z czurczchelami, czyli jednym z lokalnych specjałów: orzechy zanurzone w masie z soku winogronowego i mąki kukurydzianej. Mówi się na to „gruziński Snickers”.

Kategorie
Aktualności

Biały amfiteatr

Tym razem nie było kompromisów. Wzięliśmy taxi tylko dla siebie i w tumanach kurzu dojechaliśmy do następnego zaplanowanego miejsca w miarę o poranku. Znalazłem je w necie i zachwyciłem się zdjęciami: zielonkawa laguna i zygzak białych piramid wokół. W rzeczywistości było jeszcze piękniej, a urodę tego górskiego sanktuarium podkreślała kompletna cisza: byliśmy tu zupełnie sami. No i jeszcze nie było zbyt wielu chmur 😉
Na zdjęciu wznoszący się nad laguną szczyt Nevado Huandoy (6395 m n.p.m.). Tym razem zastosowałem mocno ujemną korektę ekspozycji (mój telefon ma takie wypasione funkcje 😀 ) i efekt jest znacznie lepszy niż wczoraj.

image

Kategorie
Aktualności

Andy na deser

Powoli kończy się moja zamorska eskapada. Moje myśli wędrują już ku Kazbekowi i Uszbie 🙂 Na koniec wybraliśmy się w najwyższe góry Peru, Cordillera Blanca. To tu wznosi się słynny Huascaran, najwyższy na świecie szczyt w tropikach. Dzisiaj miałem przyjemność go podziwiać. O tej porze roku rano jest tu zwykle słonecznie, a w południe szczyty chowają się za chmurami. Umówiłem się więc na transport na punkt widokowy (jedyne 4760 m n.p.m.), tak żeby być tam o 10.00 (wczesniej za Chiny się nie dało). No ale przecież kierowca musi po drodze zjeść śniadanie, zabrać grupę hałaśliwych Kanadyjczyków i załatwić inne ważne sprawy. Na miejscu byliśmy zatem dokładnie o 12.00 i dokładnie w tym momencie naszły chmury (wcześniej było czyściutko). Znękany wyszedłem z busa i poczłapałem ścieżką w dół, zgodnie z planem. Nie chce mi się po raz kolejny pisać o Zachmurzonych Twarzach, ani o przekleństwach, które miotałem ciężko grzesząc w tym pięknym bądź co bądź miejscu. I to niepotrzebnie: godzinę później stał się cud i wyszło słońce. A ja wyjąłem Zorkę 5 i zrobiłem kilka zdjęć 🙂
Poniżej – na specjalne życzenie – kwiatki dla Kwiatka. Użyłem smartfonowego programu camera HDR, jak widać bez sukcesu. Chyba że za taki uznać kompletną degradację obrazu. Myślę, że te z Canona będą trochę lepsze…

image

Kategorie
Aktualności

Dziennik podróży – część 2

Puerto Maldonado, 20 maja, godzina 20.49
Nasz przewodnik wyglądał zupełnie normalnie, ale gdy powiedział: “pochodzę z wioski, w której wszyscy chodzą na golasa”, spojrzałem na niego trochę inaczej. Przez dwa dni ciągał nas po amazońskich gęstwinach i mokradłach, pokazując to, czego sami byśmy nigdy nie zobaczyli. Na przykład rośliny o różnych właściwościach leczniczych i drzewo żelazne, w które jak się puknie to słychać 2 km dalej. Po ciemku szukaliśmy żmij (na szczęście ich nie było), na bagnach tropiliśmy anakondę (na szczęście jej nie było), próbowaliśmy też usłyszeć długie mmmmm wydawane przez jaguara (nic z tego). Były za to liczne ptaki (papugi, kolibry – metr ode mnie, sępy i takie bardzo głośne, na które Indianie mówią purak). Były też pekari, aguti, jeden mały kajman, pełno małp, a na deser wydłubywanie tarantul kijaszkiem z gniazda pod drzewem (całkiem skuteczne).
Dwa dni w raju upłynęły jak z bicza strzelił. Wracamy do cywilizacji, ale to jeszcze nie koniec…

Cusco, 17 maja, godzina 8.11
– O której dojedziemy do Cusco?
– O 23.00 lub 24.00, zależnie od stylu jazdy.
– O, to z tobą będziemy o 22.00!
To nie było mądre, za bardzo go podpuściłem. Spokojny peruwiański dziadek zamienił się w kierowcę Formuły 1. Brał podeszczowe andyjskie serpentyny jak Kubica, wyrąbując sobie drogę klaksonem i zmiatając innych prawie na pobocze. Na szczęście było już ciemno i nie było widać przepaści 😉
Do tego miał otwarte na oścież okno. Na wysokości 1000 m to nie przeszkadzało, ale na 4000 zaczęliśmy się trząść. Żeby nie zasnąć, włączył na cały regulator swoje ulubione nagrania: disco-pero, przy którym Majteczki w Kropeczki to Mozart. Wokalistka miała tak świdrujący głos, że bolały nas uszy. Jeszcze długo będzie robiło mi się niedobrze jak usłyszę te quiero i mi corazon.
Ale dojechaliśmy przed 22.00 😉
A świt w Machu Picchu? Zachmurzona Twarz był bardzo subtelny. Na czystym niebie otulił tylko słoneczko (pewnie żeby nie zmarzło) i wypuścił je dopiero po 9.00…

Aguas Calientes, 15 maja, godzina 18.54
Do Machu Picchu na szybko można dostać się na dwa sposoby. Pierwszy to pociąg z Cusco lub Ollantaytambo. Jest kilka kategorii, wszystkie drogie. Od kilkudziesięciu dolarów za podróż w składzie turystycznym po bodaj więcej niż tysiąc za najbardziej luksusowy Hiram Bingham. Pociągi dojeżdżają do osady Aguas Calientes poniżej słynnych ruin. Druga opcja to przejazd dookoła przez Andy i ośmiokilometrowy spacer wzdłuż torów od drugiej strony. Właśnie mamy ją za sobą. Przejazd piękną trasą, a potem marsz przez górską dżunglę, w której wycięto tory. Co prawda dwa ostatnie kilometry przeszliśmy po ciemku (rozmyślającg o wężach i innych bestiach), ale było warto. Jutro rano ruszamy na świt do Machu Picchu. Mam nadzieję, że uda mi się oszukać Indianina Zachmurzoną Twarz (żeby tylko nie przyplątał się Zamglona Twarz!) i zrobię piękne, pocztówkowe zdjęcie 😉
Ciąg dalszy nastąpi…

La Paz, 12 maja, godzina 18.58
Szczęśliwie wróciliśmy do cywilizacji. Za nami pustkowia południowo-zachodniej Boliwii: czerwono-brązowe wulkany, laguny o intensywnych kolorach wody, od zieleni po czerwień, stada flamingów, trzy wiskacze (nie mylić z popularnym napojem), no i on sam – Salar de Uyuni, największe wyschnięte słone jezioro na świecie. Stojąc na środku można się poczuć jak na innej planecie (dopóki nie spojrzy się w bok i nie zobaczy zaparkowanych jeepów oraz turystów pozujących do zdjęć w dziwnych pozach – taka tu moda). Wyprawa na Salar nie jest łatwa: najpierw trzeba dotrzeć do paskudnego miasta Uyuni, a potem spędzić kilka nocy na pustkowiu, w prymitywnych schroniskach bez ogrzewania (w naszym pokoju było rano poniżej zera). Ale warto – szczególnie jeśli zmobilizuje się kierowcę jeepa, żeby wstał o 4.30 i dowiózł grupę na wschód słońca na Salarze (grupę też trzeba zmobilizować 🙂 ).
Na zdjęciu drogowskaz na trasie do Uyuni. Jeszcze nie wiedzieliśmy co nas czeka…
image

Sucre, 6 maja, godzina 10.15
Od dziecka mnie uczono, że stolicą Boliwii jest La Paz. Tymczasem administracyjnie jest nią Sucre, o wiele mniejsze i spokojniejsze. To coś jak duet Casablanca-Rabat albo Nowy Jork-Waszyngton. Drogę między jednym miastem a drugim pokonaliśmy nocnym autobusem. Jeśli wierzyć przewodnikom, jest to szczyt nierozwagi: napruci kierowcy, niezabezpieczone przepaście, bandyci… To w Boliwii jest najbardziej niebezpieczna droga świata, na której jeszcze do niedawna nie było tygodnia bez wypadku. Tyle że już ją zamknięto, a trasę przemierzają jedynie gringos na rowerach górskich w ramach wycieczek z adrenaliną.
Nasz przejazd z La Paz do Sucre był bezpieczniejszy niż jazda przeciętną polską drogą, a jedyny problem stanowił wyjący przez połowę drogi niemowlak. Zobaczymy co będzie dalej. Od jutra ma się zacząć bloqueo, czyli blokady dróg wokół miasta przez rolników protestujących przeciwko czemuś tam (to popularna forma wyrażania swojego niezadowolenia – bloqueos zdarzają się tu prawie co tydzień). Trzeba będzie coś wymyślić – może wynajmiemy osiołki i będziemy przedzierać się przez góry 😉

Kategorie
Aktualności

Koka i munia

Podróż po Peru związana jest z szybkim zdobywaniem wysokości, a to – z realną szansą choroby wysokościowej (soroche). Zwykle ma dość łagodne objawy, ale na tyle uciążliwe, że warto im przeciwdziałać. W aptekach sprzedawane są soroche pills, jednak większość wybiera metody naturalne. Na pierwszym miejscu jest koka. Kiedy jechaliśmy do kanionu Colca (po drodze wjeżdża się na ponad 4900), podeszliśmy do sprawy poważnie: kupiliśmy ciastka z koką, wypiliśmy mate de coca i wzięliśmy garść liści koki do żucia. Podobno można je żuć nawet kilka godzin, najlepiej z substancją, która jest sprzedawana w pakiecie z nimi. Osobiście nie wiem jak to jest możliwe: po 20 minutach intensywnego żucia nic mi nie zostało w ustach – wszystko zjadłem. Nie wiem, czy pomogło, ale soroche z grubsza mnie ominęła.
Na wyspach na jeziorze Titicaca też żują liście koki (przy powitaniu nie uściska się tu dłoni, tylko wymienia kilkoma listkami) i piją z niej herbatę. Mają tu jednak w zanadrzu coś jeszcze: roślinkę o małych, pachnących liściach, zwaną munia. Na chorobę wysokościową jest “much better than coca, senior, much better”. Nie wiem czy jest much better, ale na pewno jako herbata bardziej smakuje. Prawdziwego kopa daje za to mix, czyli herbatka munia plus koka. Po tym to można z rękami w kieszeniach wejść na Aconcaguę. A już na pewno hasać po 4000 m n.p.m.
Na zdjęciu dwóch ziomali z wyspy Amantani po wypiciu herbaty mix. Ten z lewej pije codziennie i jest mu dobrze. Ten z prawej wypił pierwszy raz i boi się, co z nim będzie…

image

Kategorie
Aktualności

El cóndor wciąż pasa

Jednym z najlepszych na świecie miejsc do obserwacji kondorów jest punkt widokowy Cruz del Cóndor w kanionie Colca. To miejsce bardzo się zmieniło od czasu gdy polscy kajakarze jako pierwsi spłynęli rzeką, rozsławiając ją i pośrednio inaugurując lokalny ruch turystyczny. Obecnie jest to murowany punkt programu każdej wycieczki do Peru, a tutejsze wioski zamieniły się w cepelie, z dziećmi tańczącymi w rytm podjeżdżających autobusów. Każdego ranka na Cruz del Cóndor pojawiają się setki turystów pragnących zobaczyć króla Andów. To wszystko może nie brzmi zbyt zachęcająco, dopóki na niebie nie pojawi się On. A właściwie One, bo w porze suchej jest ich całkiem sporo. Szybują między ścianami kanionu, wypatrując jedzenia (czyli padliny) i kompletnie ignorując całą związaną z nimi turystyczną otoczkę. No, może niezupełnie: niektóre kołują nad tłumem obserwatorów tak jakby wyszukiwały najsłabszych osobników…
A widzowie wpadają w amok, pstrykając czym się da, mniej wiecej w stu procentach przypadków z zerowym rezultatem. Ja oczywiście też ustawiłem aparat w “tryb kondor” i zacząłem strzelać seriami ziemia-powietrze. Jeszcze nie wiem co z tego wyszło – już nie mogę się doczekać wieczornego przeglądu zdjęć. Jak nic więcej na ten temat nie napiszę to będzie znaczyło, że przegląd nie spełnił moich oczekiwań…
A na zdjęciu jedyny kondor, jakiego udało mi się ustrzelić smartfonem 🙂

image